szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: Bóg (page 1 of 2)

o mojej drodze do drogi

Ludwig Wittgenstein

Anthony de Mello

Jedynym zachodnim filozofem, który naprawdę utkwił mi w pamięci i z którym było mi po drodze był Ludwig Wittgenstein. Jego stwierdzenie o tym, że granicami świata człowieka są granice języka i że nie da się wyjść ze swoją wiedzą czy intelektem poza to, co opisane, a więc nie da się powiedzieć czegokolwiek np. o Bogu, co mogłoby choćby ocierać się o prawdę, legły u podstaw mojego światopoglądu (w sumie to wszystko przez Ciebie, Kaziku). Oczywiście nie bez wstępu w postaci książek Anthony’ego de Mello czy Fabula rasy i Oto Stachury. Znamienne – de Mello czy Stachura niewiele mają z Wittgensteinem wspólnego, a w każdym razie moja świadomość zbieżności żadnych nie złapała. Ale pyłek kwiatowy po nich pozostał na tym obszarze i nieomylne pszczółki podświadomości pieczołowicie go zebrały.

Skoro intelekt nie może wyjść poza siebie, pozostaje poznanie pozazmysłowe. Przez długi czas poszukiwałem zatem wglądu przez medytację, przede wszystkim zazen. Zen wydaje mi się najbardziej ze wszystkich znanych mi duchowych dróg milczący, przechodzi obojętnie wobec wszelkiego intelektualizowania i filozofii z jednej, a rytuałów, autorytetów i wiary z drugiej strony. Tylko samodyscypliny brakuje mi do tego, by tak jak kiedyś codziennie siedzieć i patrzeć w ścianę, jak pan Budda przykazał. Samodyscypliny i rezygnacji, bo świat mój musi być kolorowy, pełen tego i owego, inaczej mnie roznosi. A o zazen mógłbym rzec, że jest czarno-biały, gdyby nie to, że ani czarny, ani biały,

Budda Śakjamuni

ani żaden inny on nie jest.

Połączenie koloru i medytacji znalazłem w ezoteryce. Właściwie to ezoteryka znalazła mnie, ale to długa opowieść i ani miejsce na nią, ani czas. Grunt, że tuż przed moim przybyciem do Wimlandu, czyli na Warmię i Mazury, serce moje i umysł rzuciłem w wir tańca z newage’ową duchowością Sekretu, afirmacji i ogólnie kształtowania świata za pomocą myśli. Wszedłem w to równie głęboko, jak wcześniej w buddyzm. Zresztą to, że po drodze znad morza do Krakowa zupełnie spontanicznie zatrzymałem się tutaj, by szukać domu, zawdzięczam właśnie medytacyjnemu natchnieniu, pod

czarodziej :)

wpływem którego byłem. A kształtowaniu rzeczywistości myślą zawdzięczam to, że znaleźliśmy do wynajęcia dom obok jeziora w cenie takiej samej, jak poprzednio przez nas zamieszkała kawalerka przy hałaśliwym skrzyżowaniu w Łodzi. I to, że zostaliśmy w Wimlandzie mimo że jeszcze kilka miesięcy wcześniej wydawało się do odległym i mglistym marzeniem. Pisałem zresztą o tym nieraz na tym blogu. Wiele innych rzeczy również „wykreowałem”. Nadal wierzę w moc wiary, opisaną zresztą również w Ewangeliach (najbardziej wprost chyba w Jana 14:12), a na temat afirmacji prowadziłem nawet warsztaty i – chwaląc się – zebrałem podziękowania od uczestników, którym dzięki tej metodzie pracy nad sobą i życiem coś się udało osiągnąć lub od życia otrzymać.  Wplątawszy się jednak w owo czarodzicielstwo trochę za bardzo jak na swoją duchową odporność, zauważyłem, że wkręcam się w rzecz straszną – skoro każda myśl kreuje, a ja w to wierzę, nie mogę przestać myśli kontrolować ani na chwilę, inaczej zginę marnie w jakimś wypadku wykreowanym przez własny lęk. Taka obawa lęk oczywiście potęgowała. I nie było ratunku poza ciągłą „produkcją” myśli przeciwnych, nawet (szczególnie) gdy wcale nie byłem w nastroju. Podczas gdy na przykład wiara ewangeliczna ma ogromne wsparcie – ktoś nad czyniącym cuda czuwa, ktoś większy od niego i jego demonów, tutaj nie było nic. Tylko ja. Sam sobie bogiem. Człowieczek na tratwie afirmacji dryfującej po wzburzonym, jakże często nieprzewidywalnym oceanie myśli.

Tymczasem pod płytką, sekretowo-motywacyjno-ezoteryczną skorupką całej tej alternatywnej duchowości kryła się wiara w prowadzenie, w wyższą siłę, wyższy plan, nazywany raz Bogiem, raz Kosmosem, innym razem Wszechświatem (choć często „Wszechświat” zdawał się istnieć tylko po to, by bezmyślnie odbijać wysyłane przez miliardy umysłów myśli i kształtować dzieje planety i jej mieszkańców, wszystkich i każdego z osobna, według nich). A ja przypomniałem sobie, że przecież od samego początku, od dziecka działanie takiej dobrej, ojcowskiej czy matczynej siły w swoim życiu czułem, choć na początku myślałem, że ma Ona jedną tylko obowiązującą nazwę, brodę oraz białą szatę i mieszka w niebie. Potem, w czasach buddyjskich, nie zastanawiałem się, jak tę siłę określić, i zgodnie z postawą zen nie chciałem się zastanawiać. Czasem myślałem o Niej z wdzięcznością, ćwiczyłem zaufanie, mówiłem i pisywałem o Niej, terminologię zapożyczając z taoizmu, któremu zen tak przecież jest bliski. A w tych dziwnych czasach ezoterycznych straciłem z Nią kontakt. Sam byłem kreatorem, a istnienie jakichkolwiek sił zależało od tego, czy ja w nie wierzę, czy nie.

Ale jak już wspomniałem, cała ta „ezotera” w swoich głębszych pokładach przypomniała mi o Siłach Najwyższych  – takiego umownego określenia używam najczęściej, a z innych – Tao, Bóg, bogowie, karman, rzeka życia itp. – korzystam zależnie od kontekstu, w ramach praktyki nieprzywiązywania się do etykietek (znowu de Mello). I przywróciła mi rzecz bardzo ważną – przekonanie o mocy wdzięczności. Wdzięczności, która nie musi być skierowana do konkretnej istoty lub siły. Wdzięczności na tyle pokornej, że potrafi złożyć dziękczynny bukiet pod drzwiami i oddalić się, nie śmiąc sprawdzać, kto te drzwi otworzy.

Bert Hellinger

I znowu czuję wsparcie. Kluczową rzeczą stało się też dla mnie znowu zaufanie i gotowość na to, gdzie niesie mnie rzeka życia, niż „wyczarowywanie” różnych fajnych rzeczy za pomocą afirmacji. Które nadal czasem stosuję – dają mi motywację i dobre, mocne nastawienie. Mobilizują do działania, kuszą wizją celu. A religia? Pięknie o niej mówił Bert Hellinger, postać, która szczególnie bliska mi się stała podczas przygody z duchowością alternatywną, i której słowa, czyny, medytacje i metoda pracy nad sobą bardzo dużo mi dały. Powtórzę tu tylko jeden fragment. Po tym wszystkim, co napisałem powyżej, nie muszę chyba mówić, jak bardzo we mnie on rezonuje:

Kto żąda  przysięgi lub ślubowania, ten chce zastraszyć podwładnego, jak gdyby miał Boga po swojej stronie i jak gdyby Bóg był mu poddany. Taki Bóg nie może istnieć. Kto go wzywa w taki sposób lub chce do tego zmusić drugą osobę, stawia się ponad Bogiem. 

Czyli Bóg stawiany na świadka przysiąg, będący usprawiedliwieniem dla jakichkolwiek czynów, a przede wszystkim określony ludzkimi kategoriami nie jest Bogiem lecz bożkiem. Wracając do Wittgensteina, skoro zawiera się w świecie ludzkich pojęć, jak może być od człowieka większy? Jeśli zatem istnieje coś, co przekracza człowieka i jego rozumienie, nie można o tym powiedzieć niczego pewnego. Ani tego, że występuje pod jedną czy wieloma postaciami, ani tego, że jest istotą inteligentną, ani tego, że nią nie jest, że jest siłą lub prawem, ani tego, że jest miłością, ani tego, że jest obojętny/-a/-e. Z pewnym ryzykiem mogę najwyżej powiedzieć, że jest, bo czuję jego działanie. Choć to oczywiście rzecz subiektywna, może to tylko procesy chemiczne w mózgu i interpretacja rzeczywistości. Ja jednak wierzę w istnienie owych sił wyższych i ich źródła lub źródeł, czerpię siłę z tego właśnie, że tak to wszystko dla mnie wygląda. Nie wiem, ale wierzę – to dwie różne rzeczy. Dlatego w stwierdzeniu „Jest jeden Bóg” zawsze były dla mnie o dwa słowa za dużo.

Nie tak dawno przeczytałem książkę Jacka Kleyffa pod tytułem Rozmowa. Jest to wywiad z naszym znanym w wielu kręgach songwriterem, w którym opisuje on swoje sceniczne i pozasceniczne przygody, a przede wszystkim wizję świata, sposób myślenia i poglądy. Pamiętam, że zbierałem szczękę z podłogi, gdy czytałem rzeczy, o których myślałem, że tylko w mojej zrodziły się głowie i że stanowią wyłącznie moje własne spostrzeżenia. Na przykład o wielkim Nie Wiem, które u Jacka zawsze wznosiło się jak niebo i kosmos ponad najwyższymi nawet drabinami złożonymi z logicznych wniosków jak nieskończoność nad milionem, a u mnie rozpościerało się pod każdym założeniem, od jakiego nieuchronnie zaczynać się musi każde rozumowanie, teza i dowód. Pisze też w książce Jacek o wspomnianym zaufaniu, i o wdzięczności, i o świętej naiwności. Określa się zdecydowanie jako taoista. „No to i ja pewnie jestem taoistą” – pomyślałem. „Albo i nie, kogo to obchodzi?”.

Zhuangzi

Wraz z nadchodzącą wiosną zrobiłem coś, czego nie robiłem od lat – poświęciłem cały dzień na wędrówkę. Przyroda coś we mnie obudziła. Odkurzyłem swoje stare ezoteryczne audiobooki z wykładami i medytacjami, dokonałem ostrego przesiewu i zostawiłem trzy, których znowu słucham. Wczoraj coś mnie tknęło i wziąłem do rąk książkę Taoizm dla żółtodziobów, którą z pięć lat temu odłożyłem po przeczytaniu kilkudziesięciu stron. Otworzyłem jednak spis treści, wybrałem najbardziej interesujący mnie tytuł rozdziału i wsiąkłem. Zrozumiałem, co sprawiało, że choć wiele razy krążyłem wokół taoizmu jak ciekawska mucha, nigdy nawet na nim nie przysiadłem na dłużej. Zatrzymywałem się na opisach Tao, które zawsze znajdują się na początku. Tymczasem dla mnie jako dla dwudziestolatka, który wyszedł z przytulnej kaplicy w gąszcz obcych ulic i próbował przeczytać ze zrozumieniem Dao de jing na działce u babci, było to po prostu zbyt trudne. Lata później, po lekcjach myślenia i postrzegania, jakie otrzymałem w darze, próby opisu tego, jak nieopisywalne jest nieopisywalne, po prostu mnie nudziły. Nie minęła godzina lektury Taoizmu dla żółtodziobów wspartej zapuszczaniem żurawia w zakurzoną Księgę drogi i cnoty, a już wiedziałem, że zamiast w kółko zaczynać intelektualne zgłębianie Tao, lepiej skierować się ku naukom Zhuangziego.

Poszedłem zjeść kolację, ale znowu coś mnie tknęło, zupełnie z czapy, z nieba, z kosmosu. Zadzwoniłem do brata mojej mamy, S., żeby zechciał mi przypomnieć, co to za książki słucha w kółko w samochodzie i mówi, że go tak bardzo inspiruje. Podziwiam S. między innymi za to, że choć lat już ma tyle na karku, nadal potrafi czymś się zachwycić, nie wpadł w tę taką „dorosłą” wyniosłość, która ogranicza skalę doznań i ocen pozytywnych do „ciekawych” i „niezłych”. Dla S. wciąż niektóre rzeczy są „rewelacyjne” i „wspaniałe”. Określenia te w jego ustach mają znaczenie, bo daleko mu do egzaltacji. Zadzwoniłem zatem do niego, a on mówi, że autorem audiobooka jest Eckhart Tolle. Wrzuciłem znane mi już z jakichś przypisów czy cytatów nazwisko w Gugla i co zobaczyłem? To:

Bing! Coś rykoszetem odbiło się od moich przekonań, zburzyło to i tamto – jeszcze nie wiem co – zrobiło przestrzeń. Płyty tektoniczne mojego świata poszły w ruch w łagodnym trzęsieniu-kołysaniu ziemi. Zakotłowało się we mnie. Poczułem ferment.  I miałem dość wrażeń jak na jeden dzień.

Dzisiaj, przerywając lekturę Taoizmu dla żółtodziobówKsięgi, przy okazji zamawiania książki Eckharta Tollego i dzieła Zhuangziego poszukałem na YouTubie innych materiałów Eckharta Tollego i okazało się, że ma on z taoizmem wiele wspólnego. Cóż, taoizm mnie dorwał ze wszystkich stron. Poddaję się! Jak to dobrze, że trzymanie się jednej doktryny naraz przez całe życie to tylko specyficzna cecha zachodniej mentalności, a nie naturalny stan umysłu człowieka! Może dlatego nie przepadam za podróżami, że czuję się, jakbym cały czas odbywał wielką wyprawę…

o boskości, o Bogu małym i Bogu wielkim (z Hellingera)

Czytając książkę pt. Odchodzimy spełnieni, napisaną dość niedawno przez Berta Hellingera, byłem zaskoczony tym, jak ów terapeuta, szaman, szarlatan, cudotwórca, magik i banita postrzega boskość, religijność, relacje międzyludzkie i relacje z absolutem. I tym jak bardzo moje własne, skrystalizowane w jakimś stopniu przez ostatni rok poglądy na ten temat znajdują wyraz w jego pisaninach. Przytaczam fragmenty. Popodkreślał – nocny grajek :)

Wielki jest tylko ten, kto czuje się równy innym, ponieważ to, co mamy największego, jest wspólne wszystkim ludziom. Kto czuje i uznaje w sobie to coś wielkiego, uważa się za wielkiego i jednocześnie powiązanego ze wszystkimi. Uznając to w sobie, uznaje to jednocześnie we wszystkich innych. Uważa się za równego im i czuje się z nimi równy. Bez problemu może się przyznać do tej wielkości, ponieważ nie wywyższa go ona, lecz czyni równym. Tym samym potwierdza on wielkość innych, a oni potwierdzają jego wielkość. Kocha on innych w ich wielkości, a inni kochają jego w jego wielkości. Ta wielkość łączy wszystkich ludzi w miłości i pokorze.

*

Gdy ktoś mówi: „Mam duszę”, jest tak jak gdyby rzeka powiedziała: „Mam wodę”.

*

Oczyszczenie człowieka ma uszlachetnić jego serce, duszę i ducha. Serce, żeby czyste i proste mogło się zająć sprawą, którą uważa za niezwykłą i istotną. Dlatego oczyszczenie serca związane jest ze skupieniem. Serce skupia się na tym, co istotne. Oczyszczenie i uszlachetnienie oznaczają więc, że wrota serca zamykają się na wiele rzeczy. (…)

Dusza i duch, podobnie jak serce, zostawiają wielość i wielorakość za drzwiami. Stają się proste w tym sensie, że otwierają się na coś, co z ukrycia wyrywa się do światła, na coś istotnego, co ma siłę.

Ponadto duch musi się pożegnać z czymś, co może wydaje mu się czymś najwyższym: z sumieniem, z rozróżnianiem między dobrem a złem, z religiami, które na tym rozróżnieniu budują.

Dlatego u kresu tego oczyszczenia dochodzimy do wglądu, że jesteśmy równi każdemu człowiekowi, ba, nawet każdej żywej istocie. Tutaj wypala się wszelkie poczucie wyższości.

*

Tam, gdzie jest powaga, kończą się płytka nadzieja, błaganie i uspokajanie. Dlatego powaga jest zarówno uległa, jak i opanowana. Uległa wobec potęgi rzeczywistości, na przykład wobec śmiertelnej choroby, ostatecznej straty, nieuniknionej winy i wobec kresu naszego rozumienia. Jednak ta powaga przejawia się w rezygnacji z pytanie: „dlaczego i po co?”, w patrzeniu nagiej rzeczywistości w oczy i stawianiu jej czoła, nawet z drżeniem.

*

Gdy ktoś mnie pyta: „Czy wierzysz w Boga?”, w gruncie rzeczy pyta: „Czy wierzysz w mojego Boga?”. I gdy odpowiem: „Tak”, triumfuje wewnętrznie, jak gdyby posiadł nade mną władzę. Wydaje mu się też, że i jego Bóg posiadł nade mną władzę. (…)

Wierzący w Boga wierzy w obraz Boga, który sobie stworzył. Albo wierzy w obraz Boga, stworzony przez kogoś. Ten ktoś, posługując się stworzonym obrazem, nawraca teraz innych na wiarę i przez to udaje mu się nimi zawładnąć.

A co się dzieje, gdy moja odpowiedź brzmi: „Nie”? Wtedy pytający czuje się obrażony i zmuszony do sprzeciwu lub nawet do ataku. Czuje się tak, jakbym zabrał mu coś, co uważał za część siebie, coś, co wziął w posiadanie. Zaczyna bronić swojej wiary jak zagrożonej własności. To pokazuje jak bardzo zagarnął Boga, jak wspiera się na nim i wywyższa dzięki niemu, wykraczając poza swoje granice.

Ograniczyłem się tutaj do spraw wstępnych. Więcej mówić mi nie przystoi.

*

…To, co w naszej rodzinie uważaliśmy za rozdzielające i złe, zwalczamy także w świecie, chcemy to być może nawet wykorzenić i zniszczyć.

Sądzimy nawet, że Bóg rozróżnia dobro i zło dokładnie tak jak my. W ten sposób podział na dobro i zło jest dokonywany w imię Boga i w jego imieniu wielu posuwa się do tego, że wyklucza i przeklina tych, którzy są inni.

Co prowadzi do pokoju, który godzi to, co podzielone i z pozoru niemożliwe do połączenia? Pożegnanie się z podziałem na dobro i zło, wzniesienie się ponad ten podział i uznanie, że dobro i zło wzajemnie się do siebie odnoszą.

*

To, co boskie, nie musi się odgraniczać.

*

To, co właściwe, jest czymś bliskim, czymś, co jest zarówno konieczne, jak i możliwe bez dużych nakładów. Pozostaje w harmonii ze swoim otoczeniem, czerpie z niego wgląd i siłę. Dlatego pozostaje skromne, nie obciąża, ma na nas dobroczynny wpływ, nawet jeśli nagle wkracza zdecydowanie, ponieważ po czynie znów się dyskretnie wycofuje.

Mimo, że jest nakierowane na to, co najbliższe, działa znacznie dalej, tak jak korzeń, który odżywia rozłożyste gałęzie, chociaż ich nigdy nie widzi. Dlatego też my, czyniąc w naszym najbliższym otoczeniu to, co dla nas stosowne, nie musimy się troszczyć o to, co odległe.

Gdy zaś niepokoimy się o to, co dalekie, i wyobrażamy sobie, że potrafimy naszym zamartwianiem się wymusić kierunek, który jest dla nas wygodniejszy lub wydaje nam się lepszy, wtedy łatwo gubimy się w wielości i mamy mało siły.

To, co właściwe, dzieje się w stosownym czasie, w odpowiednim miejscu i tam, gdzie możliwe jest działanie.

*

Niektórzy myślą, że ich cierpienie zbawi świat. Jednak ono często tylko pozbawia innych szczęścia.

*

(na temat przysiąg i ślubów, w których na świadka powołuje się Boga)

Kto żąda  przysięgi lub ślubowania, ten chce zastraszyć podwładnego, jak gdyby miał Boga po swojej stronie i jak gdyby Bóg był mu poddany. Taki Bóg nie może istnieć. Kto go wzywa w taki sposób lub chce do tego zmusić drugą osobę, stawia się ponad Bogiem. Dlatego wszystkie przysięgi lub śluby, gdy są czymś więcej niż zwykłą obietnicą albo zapewnieniem, stają się nieważne.

Skoro mówimy tu o Bogu w ludzkich wyobrażeniach, wolno nam powiedzieć także i to: ze względu na swoją cześć i godność Bóg nie jest w służbie takich przysiąg i ślubowań. Jeśli ktoś zasługuje na karę, to nie ci, którzy łamią taka przysięgę lub taki ślub, tylko ci, którzy takiej przysięgi lub takiego ślubu żądają.

(…)

Czym więc byłaby ta niewierność i wierność? Tylko ktoś, kto ma odwagę w obliczu Boga złamać takie obietnice lub śluby i nie podporządkować się obietnicy czy ślubowi innych, jest wierny czemuś większemu – co jest ludzkie i boskie.

W tym fragmencie Hellinger mówi o ustawieniach rodzinnych, ale jego metafora doskonale obrazuje też źródła różnych form religijności. Ta krótka refleksja nosi znamienny tytuł Bezpieczeństwo:

Z ruchami duszy pokazującymi się w ustawieniach rodzinnych, pewne osoby obchodzą się jak dziecko, które po raz pierwszy widzi morze. Najpierw staje zdumione przed jego rozległością i przeczuwa głębię. Potem jednak bierze swoje małe wiaderko, nabiera wody, wraca i mówi: „Patrzcie, to jest to”.

Są jednak i tacy, którzy odważają się wyruszyć na otwarte morze. Powierzają się wiatrowi, burzy, ciszy, płyną w nieznane i powracają przemienieni. Gdy opowiadają coś o tym po powrocie, słuchacze odpowiadają z lękiem: „To niemożliwe”.

o tym, że prawda jedyna i obiektywna istnieje, jeśli tylko sobie życzysz, a jeśli nie, to nie

Czy prawda jest jedna czy wiele? Czy dotyczy wszystkich, czy każdy ma swoją?

Ja nie wiem czy jest prawda obiektywna, czy jej nie ma. Żeby to rozstrzygnąć na zasadzie: “tak jest i koniec”, musiałbym ograniczyć cały wielki wszechświat do granic własnego poznania, zredukować go i przyciąć na własną miarę. A wtedy to już nie byłby prawdziwy świat ze swoimi prawdami. Po prostu nie wiem.

Mam jednak własne doświadczenie i to, co mówią inni. W zdecydowanej większości przypadków zakładam, że kiedy opowiadają o tym co i jak widzą i co czują, to mówią prawdę, choćby nie wiadomo jak absurdalna mi się ona wydawała. Sam przecież spotykam się nieraz z zupełnym niedowierzaniem. Bywa, że ktoś nie może pojąć jak można widzieć świat takim, jakim ja go widzę. A jednak tak jest, tak go widzę. Naprawdę. I skoro moje szczere poglądy mogą wydawać się komuś absurdalne, mnie absurdalne mogą wydać się czyjeś. Ludzie mówią rozmaite rzeczy: Jeden mówi, że jest Bóg, Duch Święty i Syn, a życie mu daje na to niezbite dowody. Drugi mówi, że Boga nie ma i też doświadczenie utwierdza go coraz bardziej w tym przekonaniu. Są ludzie, którzy twierdzą, że w Polsce jest coraz lepiej. I jest im coraz lepiej i widzą, że innym jest coraz lepiej. A są ludzie, którzy uważają, ze w Polsce wciąż panuje cenzura i nacisk. I doświadczają tego nacisku i cenzury na własnej skórze.

To właśnie te naoczne dowody, jednoznaczne doświadczenia potwierdzające światopogląd sprawiają, że łatwo uwierzyć, że wszystko jest dokładnie tak jak to widzimy, a ci, którzy mówią co innego jeszcze po prostu tego nie zrozumieli, nie dotarło to do nich, nie wiedzą. A skoro oni nie wiedzą, a ja wiem, to ja jestem bardziej wtajemniczony niż oni. To niemożliwe, że Bóg nie istnieje, skoro przecież czuję jak mnie prowadzi i odpowiada na moje pytania i wątpliwości,

zsyłając takie, a nie inne zdarzenia i doświadczenia. Jeśli ktoś twierdzi, że Go nie ma,  znaczy – nie czuje Go i nie słyszy. Może nawet błądzi. A ja nie błądzę.

Jeśli ja wiem, że prawda jest taka, a nie inna i że jest to jedynie słuszna, wszystkich obowiązująca prawda, muszę przyznać, że wiem więcej niż ci, którzy nie zgadzają się z głoszonym przeze mnie poglądem. To automatycznie stawia mnie „wyżej”, ponad nimi. Jak nauczyciela nad uczniami, jak dorosłego nad dziećmi. Dlatego wierze w jakąkolwiek jedyną  obiektywną prawdę i manifestacji tej wiary w kontaktach z innymi musi towarzyszyć albo wyniosłość albo nieszczerość (jeśli np. wiemy lepiej, ale nie chcemy tego powiedzieć) albo po prostu brak kontaktu i niezrozumienie (ja wiem swoje, ty wiesz swoje, do widzenia).

Czy to znaczy, że prawda ma charakter wyłącznie subiektywny? Że jest tyle światów ile ludzi? Że ci, których spotykam, to tylko manifestacje mojego umysłu? Ja mam na to inny pomysł.

Moje doświadczenie polega na tym, że jeśli wyrażam, choćby w myślach, głębokie pragnienie, jeśli idą za tym dobre uczucia, a potem zaufanie i wdzięczność, wtedy to pragnienie realizuje się na planie fizycznym. Jeśli potrzebuję jakiejś nauki – nadchodzi takie czy inne doświadczenie, które mnie uczy. Jeśli czegoś, co jest mi potrzebne do dobrego życia nie zauważam, zostaję o tym poinformowany w nieco mniej subtelny sposób. Gdy wykazuję wyjątkową ignorancję czy nieuwagę, czasem dość brutalnie nadchodzi odpowiednia lekcja. Ale zawsze jest to lekcja najlepsza z możliwych w danym momencie.

Nie wiem kim lub czym jest Ten/To, co kształtuje tak te koleje mojego losu, nie wiem nawet czy jest to we mnie samym, czy gdzieś poza mną, ale jestem Mu – powtórzę się – bardzo wdzięczny i czuję, że ja (to „ja”, które tu teraz pisze, to, które myśli to wszystko) jestem z Niego. Nie muszę wierzyć w Jego taką czy inną konkretną postać, zasadę bytu, osobowość lub bezosobowość. Nie jest mi to objawione bezpośrednio, a to znaczy, że nie jest mi potrzebne. Co mógłbym z taką wiedzą zrobić? Kłócić się o nią? Głosić ją wszem i wobec? A dlaczego ktokolwiek miałby mi wierzyć w to, co mówię? A może miałbym być dumny, że taką wiedzę posiadam, a inni nie? A może cierpieć, że nie mam z nią co zrobić, a jest tak wielka? Bóg, wszechświat, cokolwiek – jest taki jaki jest. „Jestem, który jestem” – bardzo piękne określenie.

Wierzę, że moje myśli i uczucia kształtują w pewien sposób moje życie. Wiara w ośmiu Buddów, w Wielkiego Manitou, w jedynego Boga, ateizm, materializm, wreszcie wiara w obiektywną prawdę lub jej brak również kształtuje życie. To stwierdzenie mogłoby być jakąś obiektywną prawdą, w którą wierzę, ale ona zakłada, że jeśli Ty wierzysz w coś przeciwnego, to też masz rację: tego nie ma dla Ciebie, a dla mnie to nadal jest obiektywne i dotyczy wszystkich. A skoro dla Ciebie nie ma (i ja to nie tylko szanuję, ale i przyjmuję za fakt), a dla mnie jest, to co to za obiektywizm?

Ostatnie zdania są mocno zamotane i wewnętrznie sprzeczne. Ale to nie dlatego, że są bez sensu. Po prostu w tym momencie, droga wycieczko, dotarliśmy do granic możliwości logicznego dyskursu. Tam, gdzie nie ma już „tak lub nie”. Tam gdzie może być „ani tak, ani nie” oraz „i tak i nie”. Jesteśmy poza założeniami tkwiącymi u podstaw każdego światopoglądu, poza opisywalnym światem. I niech tak zostanie. Obiektywna prawda jednocześnie jest i jej nie ma.

Wszechświat, rzeczywistość, Bóg, duch – to wszystko jest nieskończone, a nawet jeśli jest skończone, my tego końca nie jesteśmy w stanie dostrzec. Nasze logiczne rozumowanie natomiast, myśli, wiedza i wiara, są w porównaniu z tym skończone bardzo. Jeśli potrafisz całą rzeczywistość zamknąć w granicach tego, co myślisz, wiesz i w co wierzysz, to to jest rzeczywistość mniejsza od Ciebie.

I jeśli jesteś wierzącym – jak nieskończony Bóg miałby się zmieścić w takiej ograniczonej przez Twoje własne postrzeganie puszce? Może tam jest tylko taki skończony model Boga, a innego Boga nie ma?

Jeśli jesteś ateistą: Boga nie ma w tym, co obejmuje Twoja wiedza i wiara, ale skąd wiesz, że Twoja wiedza i wiara nie jest obejmowana przez Niego?

Jeśli rzeczywistość jest nieskończona i wykracza poza Ciebie, to skąd wiesz czy jest obiektywnie taka-a-taka? A może przejawia się w życiu każdego z nas w inny sposób? Może w ogóle ten świat jest taki, jakim go widzimy – dla każdego z nas

nieco inny? Fizyka kwantowa odkrywa róże takie dziwne rzeczy, na przykład to, że nasze badania początków wszechświata mają wpływ na te początki. I miliardy lat dzielące nas od nich nie stanowią żadnej przeszkody. Myślę, że świat nie jest taki, że tu oto mamy materię, a wokół niej unosi się duch. Myślę, że świat ma w całości duchową naturę. A materia to tylko emanacja (mówiąc po chrześcijańsku – obraz). Ale i o to nie będę się spierał. Jeżeli dla Ciebie jest inaczej, to tak jest. I tak i tak. Obiektywnie. To nielogiczne, ale cóż – myślę, że wszechświat nie czuje się w obowiązku wyglądać tak, żeby pasować do ludzkich kategorii logicznych.

Na południu o tej porze (2 w nocy) bardzo jasno świeci Jowisz. Fajnie jest popatrzeć nań nawet przez zwykłą lunetę. Widać mały krążek i skupione wokół niego punkciki księżyców. Zupełnie nam niepotrzebnych. My tu sobie na Ziemi kłócimy się czy jest Bóg, czy Go nie ma, a tam krąży sobie kilkadziesiąt księżyców wokół wielkiej planety Jowisz, na której człowiek nawet nie mógłby wylądować. A dalej kończy się zasięg naszego Słońca. A dalej kończy się galaktyka. Nie jesteśmy nawet w jej środku. I takich galaktyk jak nasza są miliardy. Warto sobie popatrzeć w niebo i pomyśleć o tym. A potem, z tej perspektywy jeszcze raz zadać sobie pytanie: „Czy ja wiem jaka jest prawda i ile ich jest?”

o nieszczęściach potrzebnych do szczęścia

Trudno jest nie być ofiarą okoliczności, losu, przypadku, Boga, Szatana, prawa karmy, ludzi, świata, Polski i tzw. „ułomnej ludzkiej kondycji”. Trudno, bo jeśli się nią nie jest, bierze się świadomie odpowiedzialność za wszystko. To są drzwi do nieograniczonej mocy jaka w nas drzemie. Chrześcijanie mówią, że zostaliśmy stworzeni na podobieństwo Boga. Myślę, że nie chodzi tu o to, że Jezus też miał ręce i nogi. Chodzi o to, że my też mamy nieograniczoną moc kreacji. Kreacji własnego życia. I nieograniczoną wolność.

Jedyne bariery jakie stoją przede mną, postawiłem ja sam. Cały ból, jaki mi się przydarzył, wynikał z tego, co we mnie. Będąc tego głęboko świadomym, łatwo mi było stać się z kolei ofiarą samego siebie. Dlatego uczę się akceptować siebie i kochać. Bo wszystko co się dzieje, służy temu, żebym wzrastał i był szczęśliwy. Pytanie: „Jak może istnieć dobry wszechmocny Bóg, skoro jest tyle nieszczęść” jest bez sensu. Nie ma nieszczęść. Są mniej lub bardziej dosadne komunikaty, jakie nam daje życie. I jest nasza niezgoda na te z nich, które nazywamy nieszczęściami. Niezgoda całkiem zrozumiała, bo to bardzo trudna sprawa by była – tak wszystko zawsze akceptować z pokorą. Są tacy, którzy potrafią i ja ich bardzo podziwiam. Często jednak przyciągamy do siebie takie doświadczenia, które przerastają naszą zdolność do wzięcia za nie odpowiedzialności, wyciągnięcia nauki i zrobienia dzięki nim kroku naprzód. To samo tyczy się mnie. Czasem użalam się nad sobą, innym razem coś zmieniam i działam.

Tak zwane „nieszczęście”, ból, choroba, niefortunny zbieg okoliczności, wypadek, poczucie braku perspektyw, niemocy, zniewolenia – to wszystko jest wołaniem o to, żeby coś zmienić. Im bardziej dotkliwie to odczuwamy, tym ważniejsza jest sprawa i tym większej zmiany w myśleniu czy w postrzeganiu musimy dokonać. I tylko temu służy skala „nieszczęścia”. Nie temu, żebyśmy głośniej narzekali, tylko temu, żebyśmy głębiej szukali i bardziej się za siebie wzięli.

o niemalże wiosennej niedzieli na wsi i o rusałkach w kościele

W małym kościółku kameralna msza, trochę dla dzieci, trochę dla dorosłych. Taka, jaką pamiętam z dzieciństwa. W kazaniu skierowanym do najmłodszych proboszcz porównał rozwój człowieka do przepoczwarzania się gąsienicy w pięknego motyla. Wysoko pod sklepieniem o kolorowy witraż obijało się kilka przykładowych egzemplarzy, chyba rusałek. Dojrzały po to, by umrzeć tu z głodu.

Nie wierzę, że zwierzęta są pozbawione duszy, jak utrzymuje wielu chrześcijan (i Kartezjusz, a za nim, świadomie lub nie, większość członków naszej cywilizacji). Wszystko przenika ten sam duch, a cierpienie i ból odbierane przez układ nerwowy są cierpieniem i bólem bez względu na to, czy dotyczą człowieka czy motyla. Coś we mnie bardzo buntowało się przeciwko losowi rusałek z wiejskiego kościółka. Coś innego mówiło mi jednak, że taki jest porządek ich życia, takie są prawa natury. Pomyślałem sobie, że one nie mają chyba na szczęście świadomości beznadziejności swojego położenia i dlatego mimo wszystko nie da się porównać ich sytuacji z sytuacją beznadziejnie uwięzionego i pozbawionego środków do życia, umierającego z głodu człowieka. Wierzę, że życie jest częścią nie mającej początku wędrówki. Te motyle nie były na najszczęśliwszym etapie i moja modlitwa popłynęła w kierunku radośniejszej manifestacji ich kolejnych żywotów.

Lody pomału topnieją. Jezioro ma kolor cyny. Wciąż można po nim chodzić. Warstwy śniegu rozmarzają i zamarzają znów, wrastając w lodową pokrywę, dzięki czemu lodu raczej przyrasta niż ubywa. Nie jest jednak zbyt miło zapadać się co chwila w dziesięciocentymetrową breję. Znacznie fajniej jest leżeć sobie w pełnym słońcu na drewnianym pomoście, chłonąc nadchodzącą wiosnę.

Gdyby mi ktoś dwa lata temu powiedział, że w ostatni dzień lutego 2010 r. pójdę do kościoła, a potem powygrzewam się w słońcu na pomoście przy jeziorze koło domu, nie uwierzyłbym.

Jest takie jedno uczucie, które sprawia, że czuję się zupełnie szczęśliwy. Jest nim wdzięczność.

o tym, że jestem czarodziejem

apron 006Cuda się dzieją. Po prostu cuda. Sam je wywołuję, a wszechświat czy też Bóg, który nim jest, je urzeczywistnia. Mam być za co wdzięczny, oj, mam! Jestem czarodziejem. Zawsze byłem, ale nie wiedziałem o tym. Nie chciałem wiedzieć, bo to wielka odpowiedzialność. Dopiero kiedy w moim życiu nadszedł moment, że na własne życzenie straciłem wszystko, otrzymałem najwyraźniejszą jak tylko się da, piękną, bolesną i wstrząsającą  informację o tym kim jestem i o tym, że nigdy nie jestem sam.

Gabriel Garcia Marquez, list pożegnalny

Tekst przypisywany Marquezowi. To coś w rodzaju łańcuszka szczęścia, więc bez wahania kopiuję go z bloga dr Ewy:

Jeśliby Bóg zapomniał przez chwilę, że jestem marionetką i podarował mi odrobinę życia, wykorzystałbym ten czas najlepiej jak potrafię. Prawdopodobnie nie powiedziałbym wszystkiego, o czym myślę, ale na pewno przemyślałbym wszystko, co powiedziałem. Oceniałbym rzeczy nie ze względu na ich wartość, ale na ich znaczenie. Spałbym mało, śniłbym więcej, wiem, że w każdej minucie z zamkniętymi oczami tracimy 60 sekund światła. Szedłbym, kiedy inni się zatrzymują, budziłbym się, kiedy inni śpią.

Gdyby Bóg podarował mi odrobinę życia, ubrałbym się prosto, rzuciłbym się ku słońcu, odkrywając nie tylko me ciało, ale moją dusze. Przekonywałbym ludzi, jak bardzo są w błędzie myśląc, że nie warto się zakochać na starość. Nie wiedzą bowiem, że starzeją się właśnie dlatego, iż unikają miłości! Dziecku przyprawiłbym skrzydła, ale zabrałbym mu je, gdy tylko nauczy się latać samodzielnie. Osobom w podeszłym wieku powiedziałbym, że śmierć nie przychodzi wraz ze starością lecz z zapomnieniem opuszczeniem.

Tylu rzeczy nauczyłem się od was, ludzi… Nauczyłem się, że wszyscy chcą żyć na wierzchołku góry, zapominając, że prawdziwe szczęście kryje się w samym sposobie wspinania się na górę. Nauczyłem się, że kiedy nowo narodzone dziecko chwyta swoją maleńką dłonią, po raz pierwszy, palec swego ojca, trzyma się go już zawsze.

Nauczyłem się, że człowiek ma prawo patrzeć na drugiego z góry tylko wówczas, kiedy chce mu pomóc, aby się podniósł.

Jest tyle rzeczy, których mogłem się od was nauczyć, ale w rzeczywistości na niewiele się one przydadzą, gdyż, kiedy mnie włożą do trumny, nie będę już żył.

Mów zawsze, co czujesz, i czyń, co myślisz. Gdybym wiedział, że dzisiaj po raz ostatni zobaczę cię śpiącego, objąłbym cię mocno i modliłbym się do Pana, by pozwolił mi być twoim aniołem stróżem. Gdybym wiedział, że są to ostatnie minuty, kiedy cię widzę, powiedziałbym „kocham cię”, a nie zakładałbym głupio, że przecież o tym wiesz. Zawsze jest jakieś jutro i życie daje nam możliwość zrobienia dobrego uczynku, ale jeśli się mylę, i dzisiaj jest wszystkim, co mi pozostaje, chciałbym ci powiedzieć jak bardzo cię kocham i że nigdy cię nie zapomnę.

Jutro nie jest zagwarantowane nikomu, ani młodemu, ani staremu. Być może, że dzisiaj patrzysz po raz ostatni na tych, których kochasz. Dlatego nie zwlekaj, uczyń to dzisiaj, bo jeśli się okaże, że nie doczekasz jutra, będziesz żałował dnia, w którym zabrakło ci czasu na jeden uśmiech, na jeden pocałunek, że byłeś zbyt zajęty, by przekazać im ostatnie życzenie. Bądź zawsze blisko tych, których kochasz, mów im głośno, jak bardzo ich potrzebujesz, jak ich kochasz i bądź dla nich dobry, miej czas, aby im powiedzieć „jak mi przykro”, „przepraszam”, „proszę”, „dziękuję” i wszystkie inne słowa miłości, jakie tylko znasz.

Nikt cię nie będzie pamiętał za twoje myśli sekretne. Proś więc Pana o siłę i mądrość, abyś mógł je wyrazić. Okaż swym przyjaciołom i bliskim, jak bardzo są ci potrzebni.

Prześlij te słowa komu zechcesz. Jeśli nie zrobisz tego dzisiaj, jutro będzie takie samo jak wczoraj. I jeśli tego nie zrobisz nigdy, nic się nie stanie. Teraz jest czas.

Pozdrawiam i życzę szczęścia!!!

*

Gabriel Garcia Marquez, 74-letni wybitny pisarz kolumbijski, autor m.in. słynnej powieści Sto lat samotności, laureat Nagrody Nobla z 1982 roku – jest chory na raka limfatycznego. Pisarz wycofał się z życia publicznego i do swoich przyjaciół rozesłał pożegnalny list, rozpowszechniany w Internecie. – Dostałem ten list od przyjaciół z Chile. Wynika z niego jasno, że autor chce, aby list został rozpowszechniony. Dlatego przetłumaczyłem go szybko i rozesłałem do redakcji i osób zajmujących się Ameryką Łacińską – powiedział prof. Zdzisław Jan Ryn z Katedry Psychiatrii Collegium Medicum UJ, ambasador RP w Chile i Boliwii w latach 1991-96.

o korporacji i jej wybrańcach

Korporacja jest jak starotestamentowy Bóg. Do wielkiego zadania wybiera tego, który w jej oczach jest największy. Obsypuje go łaskami i bogactwem i wydaje rozkazy. Kiedy zadanie jest skończone, łaski się kończą, zaś korporacja przestaje objawiać się temu, który dla niej i w jej imię dzieła dokonał.

Może porównanie wydać się niestosowne dla kogoś religijnego. Ale tak już na świecie jest – za religię dominującą i siłę najmocniej działającą w społeczeństwie mamy korporacjonizm, a nie teizm.

Od św. Józefa do nowej Dharmy

A dzisiaj to dopiero miałem dialog chrześcijańsko-buddyjski! Pani Dorota, dentystka, u której bywam co jakiś czas, żeby załatać kolejną dziurę w szkliwach, jest, jak się okazało, bardzo wierzącą chrześcijanką, czytelniczką Mertona, dawniej Stachury i w ogóle – osobą o bardzo pogłębionym spojrzeniu na wszechświat. Zamiast więc wiercić mi dziury nieprzyjemnymi wiertłami, mogła przez chwilę podyskutować z kimś, kto ma inny pogląd na świat.

Troszkę poopowiadałem pani Dorocie o buddyzmie, bo okazało się, że nie bardzo potrafi wyobrazić sobie wizję świata, która do postaci Boga nie odnosi się wcale, w której tego Boga po prostu nie ma. Dosyć szybko jednak dała sobie wyjaśnić kilka kwestii. Z kolei pani Dorota postanowiła odważnie dać świadectwo własnej wiary i roztoczyć przede mną chrześcijańską wizję świata. Znałem tę wizję (nie na darmo studiuję przecież na uczelni teologicznej) i moim głównym zadaniem podczas tej wymiany myśli było uświadomienie pani Doroty, że również i buddyzm ma swój pogląd na inne wierzenia.

Pani Dorota miała jednak nade mną w dyskusji ogromną przewagę strategiczną. Przeszło mi przez myśl, że zechce ją niecnie wykorzystać, gdy zatkała mi paszczę wacikami i włączyła wiertło.
– A ja panu powiem, panie Pawle, że Bóg się cały czas o pana troszczy – mówiła łagodnie i czule, gdy potworne urządzenie w jej dłoni bzyczało złowrogo, by po chwili nieprzyjemnie zajazgotać o moje szkliwo. – Prowadzi pana pańską drogą i bardzo, bardzo pana kocha.

Na szczęście po chwili dana mi została możność wysłowienia się i powiedziałem właśnie to coś, czego nie powiedziałbym jeszcze miesiąc temu:
– Z perspektywy wielu wierzeń buddyjskich można by to samo rzec o Buddzie. Mimo, że nie jest on Bogiem i nie „dał” ludziom chrześcijaństwa, buddyjskie tzw. Ciało Dharmy przenika cały wszechświat nieskończonym współczuciem.

Zgodziliśmy się z panią Dorotą, że wizje są różne, że każdy wierzy w swoje i że jest dobrze, kiedy tylko jest prawdziwie głęboki rozwój duchowy i to, co najważniejsze tu i teraz: miłość. Mój mózg naukowy z kolei wcisnął klawisz ENTER, podsumowując kształtowanie się swej nowej opinii – że tak jak buddyzm zmieniał się trafiając do Chin, zmieniał się przechodząc do Tybetu i do Japonii, tak też zmienia się na Zachodzie. Tutaj bardzo krytykuje się deifikację Buddy i opinię, że bez pomocy buddów i bodhisattwów nie osiągniemy oświecenia. Sam się nie raz po niej przejechałem w te i we wte. Prawda jest jednak taka, że w Azji większość ludzi wierzy w Buddę jako wszechobecną istotę, którą prosi się o pomoc w duchowym i nie tylko duchowym życiu. Sama filozofia Śakjamuniego, tzw. na Zachodzie „buddyzm pierwotny” mówi o tym, że człowiek jest pozostawiony sam sobie w drodze do oświecenia. I to najbardziej trafia w nasze potrzeby, bo wypełnia ogromną przepaść, która zieje pomiędzy bezdusznym i materialistycznym ateizmem a wiarą w Boga. Buddyzm na Zachodzie może pełnić rolę ateizmu uduchowionego. I dlatego jest taki, jaki jest. Nikt nie mówił, że ma być identyczny do tego w Indiach, w Tybecie czy w Chinach. Wyznawcy europejscy nie są przeważnie rolnikami i mieszkańcami wsi, jak to jest w Azji. Buddyzm Zachodu to głównie buddyzm wykształconych mieszkańców dużych miast, którzy mają dostęp do takich nauk, jakie na Wschodzie zarezerwowane są raczej dla mnichów. To buddyzm konwertytów i poszukiwaczy duchowych. To dopiero kształtująca się, nowa wielka gałąź Dharmy.

Ufff… A wszystko zaczęło się od życzliwej rady pani Doroty, bym w sprawie szukania pracy skonsultował się ze św. Józefem…

Older posts