szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Page 3 of 34

Kot yin yang

Piękny przykład ilustrujący koncepcję yin yang. Słodki, śliczny i uroczy kotek, a w uszach ma wstrętne, ohydne świerzbowce. Świerzbowce są ohydne i wstrętne, ale mieszkają w ślicznych uszkach uroczych i słodkich kotków… Wszystko zawiera w sobie pierwiastek swojego przeciwieństwa. Ale cóż – jest nasz (a my jego), więc kuracja w toku.

Gienio

 

Piątkowa wycieczka

Zrobiłem sobie wczoraj wycieczkę na Festyn Archeologiczny w Gadach. Poznałem tam pewnego mocno zakręconego (pozytywnie!) człowieka, który buduje na swojej działce pruski gród. Rzeźbi posągi wojowników, robi nalewki wg średniowiecznych receptur, warzy na modłę pruskich plemion zupę z kiełkującej pszenicy, struga broń, szyje stroje, słowem – wskrzesza zapomniany kawał historii, łatając białe plamy etnologiczną rekonstrukcją. Muszę odwiedzić jego miejscówkę, gdy będę jechał na południe.

Miałem też okazję postrzelać z łuku i zrobić kilka zdjęć. Szczególnie długo polowałem na strzałę w ruchu.

Oczywiście nie tylko impreza stanowiła główny punkt programu, ale i droga w tę i z powrotem. Piękna nasza Warmia cała. Choć do domu miałem niecałe 40 km, jechałem z półtorej godziny.

Dziwny wpis, jak na nocnego grajka

IMG_0350Odkąd zacząłem znowu medytować, wprowadzając medytację w codzienne życie, przestawił się mój zegar biologiczny. Przez tyle lat usiłowałem zmienić swoje „godziny otwarcia” z 11-3 na, powiedzmy, 8-24. I nic. Teraz wreszcie się udało. Również dlatego, że ułożyłem sobie inaczej plan dnia – tak, żeby motywował mnie do wstania rano. Pracę staram się bowiem zaczynać najwcześniej w południe, a najlepiej dopiero po obiedzie i nie dbam o to, by skończyć ją przed 23. W ten sposób mój wolny czas przypada na poranek i zwyczajnie szkoda mi go przesypiać. A po skończonej pracy tak mi się już chce spać, że nie mam ochoty na nic, uderzam zatem w kimę mocno i zdecydowanie.

Myślę jednak, że bardziej pomogła mi w dokonaniu tej zmiany orientacja na „teraz”.  A to dlatego, że na początku nie udało się. Nie ważne dlaczego. Po prostu skończyło się tak jak za każdym razem, gdy próbowałem przestawić godziny snu. Zasiedziałem się nad jakąś grą i następnego dnia wstałem o 10. Wcześniej jednak zupełnie inaczej patrzyłem na ten fakt. Miałem w głowie historię o tym, że przechodzę nieudaną próbę, muszę zebrać siły na kolejną, przemyśleć strategię itp. Kolejna akcja następowała po kilku miesiącach, gdy późne chodzenie spać i wstawanie znów dawało mi się szczególnie mocno we znaki. Tym razem żadnych takich refleksji nie miałem. Może gdzieś tam się tłukły po mózgu, ale po prostu nie zwracałem na nie uwagi, bo w znacznie większym niż kiedyś stopniu skoncentrowany jestem na obserwacji, na danym momencie. Wprawiłem się w tym do tego stopnia, że teraz, gdy piszę te słowa, nie tylko o nich myślę, ale czuję też klawiaturę pod palcami, słyszę przyjemne klikanie klawiszy, słyszę ptaka za oknem, zauważam własny oddech… i uśmiecham się. Po nieudanej próbie położenia się spać o pożądanej porze po prostu ją wznowiłem. Od razu, następnego dnia. W pewnym momencie coś musiało się ruszyć w moim biologicznym mechanizmie, bo nawet po koncertowym after-party, które skończyło się ok. 2 w nocy, wstałem bez problemu o 8 i poczułem się senny dopiero po południu. Po smacznej drzemce wszystko wróciło do normy i przed północą smacznie chrapałem. Żadnych analiz, refleksji, znajdowania problemów i szukania rozwiązań. Dobrze mówi Tolle: tu i teraz nie ma problemów. Problemy są tylko w przyszłości lub w przeszłości. Chwilę obecną albo akceptujemy taką, jaka jest, albo się z nią mierzymy i coś zmieniamy – również tu i teraz. Gdy nie możemy nic zmienić, pozostaje nam tylko akceptacja. Gdy zmiana będzie już możliwa, dokonujemy jej.  Ale wtedy też jest „teraz”.  Kwestia mojego przestawiania zegara biologicznego to świetny przykład na to, jak coś rozwiązać dzięki zaprzestaniu robienia z tego problemu.

No to teraz do roboty! Już 14…

A zimą… wschody słońca na co dzień… Ech…

Kosmos

Jestem pod wrażeniem serialu dokumentalnego Kosmos wyprodukowanego przez National Geographic. Twórcy przyznają się do czerpania z tradycji Carla Sagana, który był gospodarzem serialu o tym samym tytule z 1980 r. Powiem tylko tyle, że Sagan nie ma się czego wstydzić. Oglądałem już kilka produkcji na temat astronomii i bez wahania polecam nowy Kosmos jako najlepszą. Ważna rzecz – jest to serial interdyscyplinarny – pięknie ukazuje, ile wspólnego mają ze sobą astronomia, fizyka i biologia. W dodatku twórcy nie obrażają inteligencji widza katastroficzną retoryką i językiem tabloidu. Zamiast zapowiedzi ogromnej katastrofy niby to czekającej ludzkość po zderzeniu dwóch galaktyk, z której jeden z podobnych seriali tłumaczył się potem przez pół odcinka (sensacja musi być, nawet jeśli nieprawdziwa), w Kosmosie mamy opowieść o „tańcu galaktyk”, któremu towarzyszy piękna wizualizacja.

Szczególnie namieszał mi w mojej małościsłej głowie odcinek na temat ewolucji. Dał mi zupełnie inne spojrzenie na dzieje gatunków i na przyrodę. Zainspirował do myślenia w sposób, w jaki do tej pory nie myślałem. Bardzo, bardzo mocno polecam przynajmniej ten jeden odcinek wszystkim, których interesuje coś więcej niż czubek własnego nosa. Wiem, nieładnie tak mówić, ale usprawiedliwia mnie to, że sam z biologią byłem zawsze na bakier. Gdyby jednak lekcje w szkołach planowano tak jak scenariusz serialu Kosmos, byłby to być może mój ulubiony przedmiot.

O twórczej rezygnacji

2015-05-13 20-27-43Odpuszczam, puszczam, pozwalam płynąć, rezygnuję w ogóle z praw administratora do udzielania takich pozwoleń. Zrzucam ciężar z pleców i prostuję się. Teraźniejszość rzadko jest ciężka. A jeśli nawet, to przez krótki czas, gdy rzeczywiście istnieje potrzeba poradzenia sobie z jakimś problemem. Teraźniejszość wydaje się ciężka, gdy dźwigamy w niej sprawy z przeszłości lub z przyszłości. Rozpamiętujemy to, co już się wydarzyło i bezproduktywnie mielimy w myślach to, na co dopiero przyjdzie czas.

Zrzucam też z siebie chcenie. Nieuzasadnioną odpowiedzialność za innych. Pozostaje odpowiedzialność za siebie, za swoje dziecko i za tę część wspólnych przedsięwzięć, która rzeczywiście mi przynależy. Być może kilka spraw się nie powiedzie, być może zabraknie na nie energii, jeśli nikt nie zechce jej uzupełnić. Ale za to ile sił zostaje na to, co działa i chce się radośnie rozwijać! I na działania nowe…

Czuję coraz więcej spokoju i coraz mniej ciśnienia. Mimo że pracy i innych spraw coraz więcej.

Maj, dokoła maj

Chociaż piździ sakramencko, jest pięknie, a zieleń traw i słoneczne złoto wlewa się przez okna do domu tak, jakby był małym pudełeczkiem upuszczonym przez kogoś na łące. Serce rośnie, radość w sercu wzbiera, choć tyle już lat mieszkamy daleko od miasta w wymarzonej krainie. Dzisiaj fotograficznie. Tak to u nas jest w maju:

Nad wodospadem

Gdybym miał użyć porównania ze światem religii katolickiej, mógłbym śmiało rzec, że woda płynąca jest dla mnie jak kościół. A wodospad – jak wielka msza po długiej pielgrzymce.

Podczas podróży po Portugalii poszliśmy zatem na taką mszę. Zaczęła się już właściwie wtedy, gdy kilka kilometrów niemalże górskim szlakiem dzieliło naszego niezdolnego do jazdy po wyboistej drodze, pożyczonego fiacika od wodospadu Pulo do Lobo.

2015-04-12 14-58-36 - Parque Natural do Vale do GuardianaPo długim czasie obcowania z przyrodą, a właściwie z resztą przyrody, bo sam się czuję jej częścią, czułem taką tęsknotę do rzeki, że mimo ostrych i niebezpiecznych skał otaczających Guardianę, postanowiłem zejść do samego wodospadu.

2015-04-12 15-34-06 - Pulo do Lobo

Samo przechodzenie z kamienia na kamień stanowiło świetny trening uważności. Świadomość nie mogła opuszczać mojego ciała, inaczej zsunąłbym się w jedną z wypełnionych wodą szczelin, w najlepszym razie mocząc ubranie i obcierając skórę, a w najgorszym łamiąc kończynę.

2015-04-12 15-34-12 - Pulo do Lobo

Piękno tych skał, przez tysiące lat żłobionych przez wodę, zamieszkałych przez dziesiątki gatunków płazów rozpraszało mnie na początku. W pewnym jednak momencie uznałem, że potrafię świadomie stawiać kroki i jednocześnie cieszyć się widokiem. Nie miałem już jednak głowy… do myślenia.

2015-04-12 15-42-03 - Pulo do Lobo

Przechodząc z kamienia na kamień, zbliżałem się do huczącej gniewnie rzeki – tak łagodnej przed wodospadem i w miejscach, gdzie spotykaliśmy się z nią wcześniej.

2015-04-12 15-41-56 - Pulo do Lobo

Wreszcie dotarłem do miejsca, gdzie krople spadającej wody mogłem poczuć na twarzy, huk wodospadu zagłuszał mój oddech, a kamienie oddzielające mnie od rzeki były zbyt mokre i śliskie, by dalej iść. Zresztą nie było mnie tam w takim sensie, w jakim jeszcze niedawno byłem na drodze. Czułem się częścią nieograniczonej całości. Uwolniony od wszystkiego – przeszłości, przyszłości, problemów, stresów i konieczności. Szczęśliwy jak prawie nigdy. Jak małe dziecko. I było tak, jakby cała ta droga została wyrzeźbiona przez żywioł specjalnie po to, by człowiek mógł ją uważnie przejść i zjednoczyć się świadomością z Guardianą, Strażniczką. Jakby człowiek był tą drogą, jakby wszystko nią było, a potem wpadało silnym, zdecydowanym strumieniem w skalne rozlewisko rzeki. Sekundy, chwile, godziny, dni i lata stały się kroplami wody rozbijanej o skałę. Mijały w mgnieniu oka, a jednocześnie trwały nieprzerwanie. Stałem tak, śmiejąc się jak głupi, bo i żadna konkretna myśl, która mogłaby mnie zatrzymać, nie pojawiała się w mojej głowie. Przelatywały pewnie przez głowę ich strzępki z taką prędkością, że wyraźnie widać przez nie było świat. Nawet teraz śmieję się, wspominając to wydarzenie.

2015-04-12 15-36-00 - Pulo do Lobo

Tamtego dnia ziemia dała mi lekcję uważności, a spokojna, gniewna i znów spokojna rzeka nauczyła mnie czegoś o moim własnym gniewie i spokoju.

2015-04-12 15-38-32 - Pulo do Lobo

Wracając, zdałem sobie sprawę z tego, o ile łatwiej było ludziom przed wiekami nie zapomnieć o tym, że są częścią natury. Nie potrzebowali do tego książek, filozofii, mistycyzmu itp., bo ich codzienne życie polegało na przemierzaniu trudnego terenu, nasłuchiwaniu każdego szmeru, unikaniu niebezpieczeństw. Musieli wtedy często „przebywać” w takim stanie umysłu jak ja nad Pulo do Lobo. Jak żałośnie brzmią w tym świetle hasła typu „zen w biurze”, „świadomość a efektywność” itp. Człowiek odszedł od świadomości daleko, daleko w stronę tożsamości intelektualnej i teraz usiłuje zaprząc wszystko w jej służbę, nawet to, co najbardziej pierwotne. Ale na szczęście wszystko, co najważniejsze, dostępne jest zawsze, wystarczy się ku temu zwrócić.

 

 

o różnobarwnych odwiedzinach

wiosnaPrzyszedł do nas dziadek, niosąc dwa pęki pościnanych gałęzi obwiązanych drutem.
– Miotełkę pan kupisz? Pięć złotych jedna.
– Dziękuję – mówię. – Mamy miotłę – pokazuję stojącą pod ścianą.

Ale dziadek miło wyglądał, miał jasne, pogodne oczy, a w ruchach i w mowie spokój, pytam więc:
– A pan stąd?
– A nie, idę z Kierwin.
Dziadek wędrownik. Super!
– Dobra, daj pan tę miotełkę, jedną wezmę – mówię.
– Weź pan dwie, dziesięć złotych i nie będę niósł z powrotem.

Przeszukałem portfel – nie ma dziesięciu złotych. Nie uwierzy, że w domu gotówki nie mam, ale go w końcu przekonałem, że ja kartą tylko płacę, gotówki mało trzymam. Tylko banknot milionzłotowy z Kukizem wyciągnąłem, co już był w portfelu, gdy go kupowałem, i mówię:
– O tu mam jeszcze milion. Jak pan wyda, to wezmę drugą miotełkę.
– Łoo, panie! – zaśmiał się dziadek.
– No widzi pan, nikt mi nie chce wydać, to po co mi milion.

Dziadek poprosił o szklankę wody, to mu przyniosłem i posiedzieliśmy chwilę pod domem. Wspomniał kowala, który mieszkał tu przed laty, pokazał, gdzie była kuźnia, wypił wodę i poszedł ze swoją miotełką, spróbować dalej u sąsiadów.

Ciekawi ludzie do nas przychodzą. Trochę tu jest tak, jak na moim przystanku w rodzinnym miasteczku, gdzie przesiadywałem ongiś z gitarą. Tyle że na tym przystanku mieszkam na stałe. Raz zawitał tu człowiek skupujący porzucone przez jelenie poroża, zaglądają tu poszukiwacze złomu, innym razem wtoczył mi się na podwórko pijany profesor z leżącego na drugim końcu Polski Krakowa wraz z kolegą. Okazało się, że zna kilku moich wykładowców. Niemile wspominam tylko nocną wizytę (bez pukania) miejscowego chuligana, który na dwa dni rąbnął mi leżący przy oknie portfel i stojący za domem samochód. Oprócz ludzi przychodzą też zwierzęta. Psy przeganiam gniewnymi okrzykami, a gdy nie pomaga, ganiam za nimi z miotłą. Ale już wiedzą, że to nie dla nich żerowisko, bo jedno im trzeba przyznać – bywają inteligentne. Poza całą masą życzliwie przez nas przyjmowanych kotów przybywają tu też lisy, różnego rodzaju ptaki, a dwa lata temu przyplątał się nawet kozioł.

A z tą Portugalią… Ech, wspomnienie blaknie, choć warto napisać. Skoro wspomniałem już o tym i Ktoś czeka (dziękuję za odzew! :))… Dobrze, napiszę, napiszę.

Potęga teraźniejszości

To, co negatywne, jest absolutnie sprzeczne z naturą. Ponieważ zaś wszystko, co negatywne, zanieczyszcza psychikę, istnieje głęboki związek między zatruciem i zniszczeniem przyrody a ogromnymi pokładami negatywizmu, nagromadzonymi w zbiorowej psychice ludzkiej. Żadna inna forma życia na kuli ziemskiej nie wie, co to negatywizm: znany jest on wyłącznie ludziom; żadna też spośród innych form życia nie zadaje gwałtu planecie, której zawdzięcza samo swoje trwanie, ani planety tej nie zatruwa. Widziałeś kiedyś nieszczęśliwego delfina, żabę, która miała problemy z samooceną, kota, co nie potrafił się zrelaksować, albo ptaka hołubiącego nienawiść i urazę? Jedynie zwierzęta żyjące w bliskim kontakcie z ludźmi i poprzez nich wchodzące w kontakt z ludzkim umysłem oraz jego obłędem zdradzają czasem coś w rodzaju negatywnych skłonności czy objawów nerwicy. Przyjrzyj się dowolnemu zwierzęciu lub roślinie i ucz się od tego żywego organizmu, jak w pełni akceptować to, co jest – jak poddać się teraźniejszości. Niech zwierzę lub roślina uczy cię Istnienia. Niech cię uczy rzetelności – tego, jak być jednią, jak być całym, być sobą, być rzeczywistym. Niech cię uczy, jak żyć i umierać – i jak z życia i z umierania nie robić problemu.

Eckhart Tolle, Potęga teraźniejszości

potega terazniejszosciMógłbym cytować Tollego tutaj cały czas. Od kilku tygodni mój umysł zanurzony jest w treści jego książki, a ja dość często w medytacji, która wykroczyła poza siedzenie przed ścianą i zajmuje coraz więcej miejsca w codziennym życiu. I jest tak, jak autor pisze we wstępie – nie czytam niczego nowego. Przypominam lub uświadamiam sobie to, co już wiem lub gdzieś tam we mnie trwało od zawsze.

Trudno jest pisać o życiu, o tym, co było, gdy człowiek nie zajmuje się przeszłością. Ale chciałbym napisać o takiej jednej przygodzie, która mi się przytrafiła kilka dni temu w Portugalii. Zatem „stay tuned”. W końcu się zbiorę i napiszę.

« Older posts Newer posts »