szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

sprawy wiecznie aktualne (page 2 of 5)

A jeśli Mojżesz… (inne spojrzenie na górę Synaj)

Czytam, słucham, myślę sobie i w trakcie tego wszystkiego naszła mnie refleksja na temat pierwszego przykazania religii chrześcijańskiej. Dawniej chrześcijaństwo wydawało mi się bardzo oddalone od religii i duchowości Wschodu. Nadal tak uważam, choć zaczynam dostrzegać w jego korzeniach to samo, co i wszędzie, tyle że wyrażone na sposób taki, by potrafiło się przebić w ówczesnej rzeczywistości bliskowschodnich społeczeństw. W gruncie rzeczy pierwsze przykazanie daje się zinterpretować w bardzo duchowy, a mało religijny sposób. Otóż „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną” w najprostszej zdawałoby się wykładni oznacza „Jestem jedynym prawdziwym bogiem i nie wolno ci czcić żadnych Manitou, Zeusów i Trygławów, a już szczególnie Złotych Cielców”. Mnie jednak kojarzy się ono z powszechną od wieków wśród duchowych nauczycieli Wschodu, a ostatnio i Zachodu tezą, że tak naprawdę istnieje jedna duchowość, jedno połączenie pomiędzy człowiekiem a transcendencją, a wszelkie podziały na bogów, religie, dogmaty itp. wynikają nie z faktycznego stanu rzeczy, a z kultury, z mentalności, ze sposobu myślenia o sprawach ostatecznych różnych kultur, z potrzeby opisywania tej transcendencji tak, a nie inaczej. I z władzy, bo kontrola nad tym, jak ludzie postrzegają sens swojego życia i śmierci daje ogromną władzę, z której mnóstwo wielkich, mniejszych i całkiem malutkich organizacji zawsze skwapliwie korzystało.

W Biblii Tysiąclecia znajdujemy rozwinięcie tego przykazania: „Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią! Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył”. Te słowa to przecież tylko inaczej, w formie nakazu, wyrażone przekonanie, że jakiekolwiek ukonkretnianie, opisywanie czy wyobrażanie tego, co poza materialną, zmysłową świadomością nie jest już nieskończonością i transcendencją, jest fałszywe. Absolut jest nieopisywalny i niewyrażalny. Jeśli mam rację, wielkim nieporozumieniem jest upieranie się, że jedyną transcendencję stanowi opisywany w Biblii Bóg, tak jak się go tam opisuje. Transcendencja jest transcendencją i w swej istocie jest jedyna. A nawet jeśli nie jest, jeśli jest dwoista, potrójna czy wielokrotna, to nadal jest to transcendencja – jedna. A przynajmniej tak tylko ją możemy postrzegać w opozycji do „świata widzialnego”. Opisywanie tej transcendencji to redukcja jej do opisu, upieranie się, że owa zredukowana wersja transcendencji (a więc jakiś jej obraz, wizerunek) jest transcednencją to nic innego jak… złamanie pierwszego przykazania. Mojżesz łamiący swoje pierwsze przykazanie w chwili wygłaszania go! I dalej, uznanie tej wersji transcendencji za jedyną słuszną daje pożywkę władzy i wszystkim wojnom religijnym, jakie z udziałem judaizmu i chrześcijaństwa miały miejsce od tamtej chwili. Nie dalej jak ok. tydzień później Mojżesz mówił nad zasłaną trupem ziemią: „«Tak mówi Pan, Bóg Izraela: „Każdy z was niech przypasze miecz do boku. Przejdźcie tam i z powrotem od jednej bramy w obozie do drugiej i zabijajcie: kto swego brata, kto swego przyjaciela, kto swego krewnego”». Synowie Lewiego uczynili według rozkazu Mojżesza, i zabito w tym dniu około trzech tysięcy mężów. Mojżesz powiedział wówczas do nich: «Poświęciliście ręce dla Pana, ponieważ każdy z was był przeciw swojemu synowi, przeciw swemu bratu. Oby Pan użyczył wam dzisiaj błogosławieństwa!»” (pełny kontekst – Wj 32).

W opisie pierwszego przykazania w Biblii Tysiąclecia są słowa „…ponieważ Ja Pan, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze występek ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia względem tych, którzy Mnie nienawidzą. Okazuję zaś łaskę aż do tysiącznego pokolenia tym, którzy Mnie miłują i przestrzegają moich przykazań”.  Z mojego niekatolickiej i niechrześcijańskiej perspektywy nierealistyczne wydaje mi się to, że tak szczegółowy, słowny przekaz mógł pochodzić z Niewiadomej. Wyobrażam sobie bieg wydarzeń tak, że człowiek doznający wówczas mistycznego widzenia (czyli wg przekazów Mojżesz) bardzo chciał, żeby ludzie wysłuchali go, żeby drogocenna wizja nie została tylko z nim. A najlepszym sposobem na skłonienie ziomków do przyjęcia nowych prawd wydało mu się (zapewne słusznie) wzbudzenie u nich strachu. Powiedział zatem to, co stanowiło istotę sprawy i żeby swoim słowom nadać mocy, dodał: „bo jak tego nie posłuchacie, zginiecie wy, wasze dzieci i wnuki!”. Poskutkowało…

o mojej drodze do drogi

Ludwig Wittgenstein

Anthony de Mello

Jedynym zachodnim filozofem, który naprawdę utkwił mi w pamięci i z którym było mi po drodze był Ludwig Wittgenstein. Jego stwierdzenie o tym, że granicami świata człowieka są granice języka i że nie da się wyjść ze swoją wiedzą czy intelektem poza to, co opisane, a więc nie da się powiedzieć czegokolwiek np. o Bogu, co mogłoby choćby ocierać się o prawdę, legły u podstaw mojego światopoglądu (w sumie to wszystko przez Ciebie, Kaziku). Oczywiście nie bez wstępu w postaci książek Anthony’ego de Mello czy Fabula rasy i Oto Stachury. Znamienne – de Mello czy Stachura niewiele mają z Wittgensteinem wspólnego, a w każdym razie moja świadomość zbieżności żadnych nie złapała. Ale pyłek kwiatowy po nich pozostał na tym obszarze i nieomylne pszczółki podświadomości pieczołowicie go zebrały.

Skoro intelekt nie może wyjść poza siebie, pozostaje poznanie pozazmysłowe. Przez długi czas poszukiwałem zatem wglądu przez medytację, przede wszystkim zazen. Zen wydaje mi się najbardziej ze wszystkich znanych mi duchowych dróg milczący, przechodzi obojętnie wobec wszelkiego intelektualizowania i filozofii z jednej, a rytuałów, autorytetów i wiary z drugiej strony. Tylko samodyscypliny brakuje mi do tego, by tak jak kiedyś codziennie siedzieć i patrzeć w ścianę, jak pan Budda przykazał. Samodyscypliny i rezygnacji, bo świat mój musi być kolorowy, pełen tego i owego, inaczej mnie roznosi. A o zazen mógłbym rzec, że jest czarno-biały, gdyby nie to, że ani czarny, ani biały,

Budda Śakjamuni

ani żaden inny on nie jest.

Połączenie koloru i medytacji znalazłem w ezoteryce. Właściwie to ezoteryka znalazła mnie, ale to długa opowieść i ani miejsce na nią, ani czas. Grunt, że tuż przed moim przybyciem do Wimlandu, czyli na Warmię i Mazury, serce moje i umysł rzuciłem w wir tańca z newage’ową duchowością Sekretu, afirmacji i ogólnie kształtowania świata za pomocą myśli. Wszedłem w to równie głęboko, jak wcześniej w buddyzm. Zresztą to, że po drodze znad morza do Krakowa zupełnie spontanicznie zatrzymałem się tutaj, by szukać domu, zawdzięczam właśnie medytacyjnemu natchnieniu, pod

czarodziej :)

wpływem którego byłem. A kształtowaniu rzeczywistości myślą zawdzięczam to, że znaleźliśmy do wynajęcia dom obok jeziora w cenie takiej samej, jak poprzednio przez nas zamieszkała kawalerka przy hałaśliwym skrzyżowaniu w Łodzi. I to, że zostaliśmy w Wimlandzie mimo że jeszcze kilka miesięcy wcześniej wydawało się do odległym i mglistym marzeniem. Pisałem zresztą o tym nieraz na tym blogu. Wiele innych rzeczy również „wykreowałem”. Nadal wierzę w moc wiary, opisaną zresztą również w Ewangeliach (najbardziej wprost chyba w Jana 14:12), a na temat afirmacji prowadziłem nawet warsztaty i – chwaląc się – zebrałem podziękowania od uczestników, którym dzięki tej metodzie pracy nad sobą i życiem coś się udało osiągnąć lub od życia otrzymać.  Wplątawszy się jednak w owo czarodzicielstwo trochę za bardzo jak na swoją duchową odporność, zauważyłem, że wkręcam się w rzecz straszną – skoro każda myśl kreuje, a ja w to wierzę, nie mogę przestać myśli kontrolować ani na chwilę, inaczej zginę marnie w jakimś wypadku wykreowanym przez własny lęk. Taka obawa lęk oczywiście potęgowała. I nie było ratunku poza ciągłą „produkcją” myśli przeciwnych, nawet (szczególnie) gdy wcale nie byłem w nastroju. Podczas gdy na przykład wiara ewangeliczna ma ogromne wsparcie – ktoś nad czyniącym cuda czuwa, ktoś większy od niego i jego demonów, tutaj nie było nic. Tylko ja. Sam sobie bogiem. Człowieczek na tratwie afirmacji dryfującej po wzburzonym, jakże często nieprzewidywalnym oceanie myśli.

Tymczasem pod płytką, sekretowo-motywacyjno-ezoteryczną skorupką całej tej alternatywnej duchowości kryła się wiara w prowadzenie, w wyższą siłę, wyższy plan, nazywany raz Bogiem, raz Kosmosem, innym razem Wszechświatem (choć często „Wszechświat” zdawał się istnieć tylko po to, by bezmyślnie odbijać wysyłane przez miliardy umysłów myśli i kształtować dzieje planety i jej mieszkańców, wszystkich i każdego z osobna, według nich). A ja przypomniałem sobie, że przecież od samego początku, od dziecka działanie takiej dobrej, ojcowskiej czy matczynej siły w swoim życiu czułem, choć na początku myślałem, że ma Ona jedną tylko obowiązującą nazwę, brodę oraz białą szatę i mieszka w niebie. Potem, w czasach buddyjskich, nie zastanawiałem się, jak tę siłę określić, i zgodnie z postawą zen nie chciałem się zastanawiać. Czasem myślałem o Niej z wdzięcznością, ćwiczyłem zaufanie, mówiłem i pisywałem o Niej, terminologię zapożyczając z taoizmu, któremu zen tak przecież jest bliski. A w tych dziwnych czasach ezoterycznych straciłem z Nią kontakt. Sam byłem kreatorem, a istnienie jakichkolwiek sił zależało od tego, czy ja w nie wierzę, czy nie.

Ale jak już wspomniałem, cała ta „ezotera” w swoich głębszych pokładach przypomniała mi o Siłach Najwyższych  – takiego umownego określenia używam najczęściej, a z innych – Tao, Bóg, bogowie, karman, rzeka życia itp. – korzystam zależnie od kontekstu, w ramach praktyki nieprzywiązywania się do etykietek (znowu de Mello). I przywróciła mi rzecz bardzo ważną – przekonanie o mocy wdzięczności. Wdzięczności, która nie musi być skierowana do konkretnej istoty lub siły. Wdzięczności na tyle pokornej, że potrafi złożyć dziękczynny bukiet pod drzwiami i oddalić się, nie śmiąc sprawdzać, kto te drzwi otworzy.

Bert Hellinger

I znowu czuję wsparcie. Kluczową rzeczą stało się też dla mnie znowu zaufanie i gotowość na to, gdzie niesie mnie rzeka życia, niż „wyczarowywanie” różnych fajnych rzeczy za pomocą afirmacji. Które nadal czasem stosuję – dają mi motywację i dobre, mocne nastawienie. Mobilizują do działania, kuszą wizją celu. A religia? Pięknie o niej mówił Bert Hellinger, postać, która szczególnie bliska mi się stała podczas przygody z duchowością alternatywną, i której słowa, czyny, medytacje i metoda pracy nad sobą bardzo dużo mi dały. Powtórzę tu tylko jeden fragment. Po tym wszystkim, co napisałem powyżej, nie muszę chyba mówić, jak bardzo we mnie on rezonuje:

Kto żąda  przysięgi lub ślubowania, ten chce zastraszyć podwładnego, jak gdyby miał Boga po swojej stronie i jak gdyby Bóg był mu poddany. Taki Bóg nie może istnieć. Kto go wzywa w taki sposób lub chce do tego zmusić drugą osobę, stawia się ponad Bogiem. 

Czyli Bóg stawiany na świadka przysiąg, będący usprawiedliwieniem dla jakichkolwiek czynów, a przede wszystkim określony ludzkimi kategoriami nie jest Bogiem lecz bożkiem. Wracając do Wittgensteina, skoro zawiera się w świecie ludzkich pojęć, jak może być od człowieka większy? Jeśli zatem istnieje coś, co przekracza człowieka i jego rozumienie, nie można o tym powiedzieć niczego pewnego. Ani tego, że występuje pod jedną czy wieloma postaciami, ani tego, że jest istotą inteligentną, ani tego, że nią nie jest, że jest siłą lub prawem, ani tego, że jest miłością, ani tego, że jest obojętny/-a/-e. Z pewnym ryzykiem mogę najwyżej powiedzieć, że jest, bo czuję jego działanie. Choć to oczywiście rzecz subiektywna, może to tylko procesy chemiczne w mózgu i interpretacja rzeczywistości. Ja jednak wierzę w istnienie owych sił wyższych i ich źródła lub źródeł, czerpię siłę z tego właśnie, że tak to wszystko dla mnie wygląda. Nie wiem, ale wierzę – to dwie różne rzeczy. Dlatego w stwierdzeniu „Jest jeden Bóg” zawsze były dla mnie o dwa słowa za dużo.

Nie tak dawno przeczytałem książkę Jacka Kleyffa pod tytułem Rozmowa. Jest to wywiad z naszym znanym w wielu kręgach songwriterem, w którym opisuje on swoje sceniczne i pozasceniczne przygody, a przede wszystkim wizję świata, sposób myślenia i poglądy. Pamiętam, że zbierałem szczękę z podłogi, gdy czytałem rzeczy, o których myślałem, że tylko w mojej zrodziły się głowie i że stanowią wyłącznie moje własne spostrzeżenia. Na przykład o wielkim Nie Wiem, które u Jacka zawsze wznosiło się jak niebo i kosmos ponad najwyższymi nawet drabinami złożonymi z logicznych wniosków jak nieskończoność nad milionem, a u mnie rozpościerało się pod każdym założeniem, od jakiego nieuchronnie zaczynać się musi każde rozumowanie, teza i dowód. Pisze też w książce Jacek o wspomnianym zaufaniu, i o wdzięczności, i o świętej naiwności. Określa się zdecydowanie jako taoista. „No to i ja pewnie jestem taoistą” – pomyślałem. „Albo i nie, kogo to obchodzi?”.

Zhuangzi

Wraz z nadchodzącą wiosną zrobiłem coś, czego nie robiłem od lat – poświęciłem cały dzień na wędrówkę. Przyroda coś we mnie obudziła. Odkurzyłem swoje stare ezoteryczne audiobooki z wykładami i medytacjami, dokonałem ostrego przesiewu i zostawiłem trzy, których znowu słucham. Wczoraj coś mnie tknęło i wziąłem do rąk książkę Taoizm dla żółtodziobów, którą z pięć lat temu odłożyłem po przeczytaniu kilkudziesięciu stron. Otworzyłem jednak spis treści, wybrałem najbardziej interesujący mnie tytuł rozdziału i wsiąkłem. Zrozumiałem, co sprawiało, że choć wiele razy krążyłem wokół taoizmu jak ciekawska mucha, nigdy nawet na nim nie przysiadłem na dłużej. Zatrzymywałem się na opisach Tao, które zawsze znajdują się na początku. Tymczasem dla mnie jako dla dwudziestolatka, który wyszedł z przytulnej kaplicy w gąszcz obcych ulic i próbował przeczytać ze zrozumieniem Dao de jing na działce u babci, było to po prostu zbyt trudne. Lata później, po lekcjach myślenia i postrzegania, jakie otrzymałem w darze, próby opisu tego, jak nieopisywalne jest nieopisywalne, po prostu mnie nudziły. Nie minęła godzina lektury Taoizmu dla żółtodziobów wspartej zapuszczaniem żurawia w zakurzoną Księgę drogi i cnoty, a już wiedziałem, że zamiast w kółko zaczynać intelektualne zgłębianie Tao, lepiej skierować się ku naukom Zhuangziego.

Poszedłem zjeść kolację, ale znowu coś mnie tknęło, zupełnie z czapy, z nieba, z kosmosu. Zadzwoniłem do brata mojej mamy, S., żeby zechciał mi przypomnieć, co to za książki słucha w kółko w samochodzie i mówi, że go tak bardzo inspiruje. Podziwiam S. między innymi za to, że choć lat już ma tyle na karku, nadal potrafi czymś się zachwycić, nie wpadł w tę taką „dorosłą” wyniosłość, która ogranicza skalę doznań i ocen pozytywnych do „ciekawych” i „niezłych”. Dla S. wciąż niektóre rzeczy są „rewelacyjne” i „wspaniałe”. Określenia te w jego ustach mają znaczenie, bo daleko mu do egzaltacji. Zadzwoniłem zatem do niego, a on mówi, że autorem audiobooka jest Eckhart Tolle. Wrzuciłem znane mi już z jakichś przypisów czy cytatów nazwisko w Gugla i co zobaczyłem? To:

Bing! Coś rykoszetem odbiło się od moich przekonań, zburzyło to i tamto – jeszcze nie wiem co – zrobiło przestrzeń. Płyty tektoniczne mojego świata poszły w ruch w łagodnym trzęsieniu-kołysaniu ziemi. Zakotłowało się we mnie. Poczułem ferment.  I miałem dość wrażeń jak na jeden dzień.

Dzisiaj, przerywając lekturę Taoizmu dla żółtodziobówKsięgi, przy okazji zamawiania książki Eckharta Tollego i dzieła Zhuangziego poszukałem na YouTubie innych materiałów Eckharta Tollego i okazało się, że ma on z taoizmem wiele wspólnego. Cóż, taoizm mnie dorwał ze wszystkich stron. Poddaję się! Jak to dobrze, że trzymanie się jednej doktryny naraz przez całe życie to tylko specyficzna cecha zachodniej mentalności, a nie naturalny stan umysłu człowieka! Może dlatego nie przepadam za podróżami, że czuję się, jakbym cały czas odbywał wielką wyprawę…

o tym, że lepiej z mądrym zgubić niż z głupim znaleźć

rideNie jestem wrogiem ludzi wierzących ani niewierzących w tego czy innego boga. Nie jestem wrogiem lewo- i prawostronnych, czarnych ani białych, szczepiących dzieci i nieszczepiących, pewnych, że UFO istnieje i pewnych, że nie istnieje. Jestem wrogiem ściemy i manipulacji.

Wpadła mi w oko kiedyś piękna modlitwa, mówiąca o tym, że wszyscy jesteśmy jednością. O miłości, o tym, jak nasze postępowanie i myśli kształtują nasze życie i naszego ducha. Wszystko byłoby super, gdyby nad nią nie napisano, że to prawdziwy, niewykoślawiony przez Kościół przekład „Ojcze nasz” z aramejskiego. Łatwo było sprawdzić, że to bzdura, aramejski tekst „Ojcze nasz” – bardzo podobny do współczesnych wersji językowych, a diametralnie różny od tego nibyprzekładu, można znaleźć w internecie, ludzi uczących się tego języka też nie brakuje. Po co ktoś kala piękne, wymyślone przez siebie lub kogoś innego słowa taką ściemą rodem z telezakupów? I co ważniejsze: kto mu uwierzy, jakich ludzi wokół siebie zgromadzi?

Myślę, że nie tyle ważne, co myślimy i w co wierzymy, ile jak. Ile w tym rozumu, szczerości. Czy nie znajdujemy przypadkiem swojej mądrości i wiary w bagienku kłamstwa i na polu cudzych ambicji? Czyje ego karmimy, wierząc, że piękne słowa naprawdę wypowiedział Einstein czy Dalajlama? Kto zbiera nasze „lajki” na Facebooku? Czy jeśli piękna treść i mądrość są narzędziem marketingu lub cudzych ambicji, czy rzeczywiście mogą zaprowadzić nas w jasną stronę? A może to wszystko jedno, czy w słusznej sprawie staniemy w jednym rzędzie z ziejącym nienawiścią oszołomem czy z dobrym, rozumnym człowiekiem? Może cel uświęca środki?  Nie wiem. Wątpię. Nie chcę, żeby tak było.

Zawsze gdy ktoś powołuje się na jakieś szemrane źródła, dziwne witryny typu „My powiemy Ci prawdę, bo objawił nam ją Wielki Trójkąt” albo „Tajemnice Watykanu, o których nie masz pojęcia”, zadaję mniej lub bardziej wprost powyższe pytania bez względu na to, czy zgadzam się z meritum przekazu czy nie. Tylko słabe treści wymagają grania na emocjach i potrzebie autorytetu. Gdy popieramy ludzi stosujących takie strategie, propagujemy treść z takich witryn, osłabiamy to, w co wierzymy – odstraszamy od tego tych, którzy manipulacją i fałszem się brzydzą, a przyciągamy tych, którym one nie przeszkadzają.

Staram się skłonić ludzi do poszukiwania informacji, a nie bełkotu, który powstał tylko dlatego, że ktoś za wszelką cenę chce przepchnąć własną ideologię, a nie potrafi zrobić tego z szacunkiem dla inteligencji czytającego. Niestety, przeważnie się nie udaje. Ludziom wszystko jedno, czy są oszukiwani czy nie. Może nawet potrzebują, żeby ktoś zagrał im na emocjach, nawet nieczysto. Cóż, ja pozostanę przyjacielem treści głęboko przemyślanych i płynących ze szczerego serca. Nawet tych przeciwnych temu, co sam myślę – lubię zderzać własne poglądy z dobrą, czystą i solidnie podpartą polemiką – to otwiera umysł. Czasem wtedy zmieniam zdanie.

zamiast wszystkich moich wypocin na temat prawdy

„Prawda nie istnieje” – głoszą niektórzy.

I głoszą to tak, jakby to była prawda.

(Bert Hellinger, Odchodzimy spełnieni)

Pani Magda

Biega, krzyczy pani Magda:
„Gdzie jest obiektywna prawda?”
Szuka w jodze i w buddyzmie,
W jednym „izmie”, w drugim „izmie”
Setek ksiąg kartki przewraca,
W tę i nazad się nawraca,
„Szukam – płacze – od tak dawna!
Gdzie jest najprawdziwsza prawda?”
Pojechała do Bombaju,
Do Tybetu, do Szanghaju!
Jada grzybki, pali ziele,
Leży krzyżem, wcale nie je,
Wierzy w Boga wpierw, potem nie,
Zamiast jaśniej – coraz ciemniej!
Wtem – trzasnęła jakaś gałąź,
I się pojawiła – całość…
„Szukam prawdy – powiem panu
– Tak jak kropla oceanu.”

słowa otrzymane kiedyś w darze

PRZYJACIELU,

Nie interesuje mnie, czym się trudnisz.

Chcę wiedzieć, nad czym bolejesz i czy śmiejesz marzyć o spotkaniu z tym za czym tęskni Twoje serce.

Nie interesuje mnie ile masz lat.

Chcę wiedziesz czy gotów jesteś wyjść na głupca dla miłości, dla marzeń, dla przygody, jaką jest życie.

Nie interesuje mnie jakie planety zrównują się z Twoim księżycem.

Chcę wiedzieć, czy dotknąłeś środka własnego smutku; czy zdradzony otwarłeś się, czy skurczyłeś i zamknąłeś w sobie ze strachu przed dalszym cierpieniem! Chcę wiedzieć czy potrafisz siedzieć z bólem, moim lub Twoim, nie poruszając się, by go ukryć, stłumić lub uleczyć.

Pragnę wiedzieć,

Czy możesz współistnieć z radością, moją lub swoją;

czy umiesz zapamiętać się w tańcu  i pozwolić, by ekstaza wypełniła Cię po czubki palców dłoni i stóp, nie każąc zachowywać ostrożności, myśleć realistycznie czy pamiętać o ograniczeniach kondycji ludzkiej.

Nie interesuje mnie, czy opowiadasz mi prawdziwą historię.

Chcę wiedzieć, czy potrafisz rozczarowywać innych, aby pozostać wiernym sobie;

czy umiałbyś znieść oskarżenie o zdradę  i nie zdradzić własnej duszy.

Chcę wiedzieć, czy potrafisz zaufać, a zatem i być godnym zaufania. Chcę wiedzieć, czy potrafisz dostrzec piękno, nawet gdy nie co dzień jest ładna pogoda, i czy umiesz wywodzić swe życie z obecności Boga.

Chcę wiedzieć, czy potrafisz żyć z porażką, nie tylko swoją, stanąć nad brzegiem jeziora i do srebrnego księżyca krzyczeć: TAK!

Nie interesuje mnie gdzie mieszkasz i ile masz pieniędzy.

Chcę wiedzieć czy umiesz wstać po nocy żalu i rozpaczy, wyczerpany, zbity jak pies, i robić to co trzeba, dla swoich dzieci.

Nie interesuje mnie, kim jesteś, skąd tu się wziąłeś.

Chcę wiedzieć, czy staniesz ze mną w środku ognia, i nie cofniesz się.

Nie interesuje mnie, gdzie, jakie i u kogo pobierałeś nauki.

Chcę wiedzieć co Cię podtrzymuje od środka, gdy wszystko inne odpada.

Chcę wiedzieć, czy umiesz być sam ze sobą; i czy naprawdę lubisz tego, z którym przystajesz w chwilach pustki.

o różnicy między podążaniem skądś, a podążaniem dokądś

Nie przekonuje mnie walka z aborcją – kiedy słyszę takie hasła, w umyśle mam walkę i aborcję. Jestem za to ogromnym zwolennikiem egzekwowania prawa do życia nienarodzonych. Mam wówczas w umyśle prawo i życie. Przygnębia mnie też narzekanie na bezmyślną konsumpcję. Przez cały czas gdy miałem w głowie opinię, że „to straszne, że tyle wokół bezmyślnej konsumpcji”, czułem się jak jakiś mały, bezbronny człowieczek w nieprzyjaznym świecie. Kiedy natomiast myślę o propagowaniu zdrowego, świadomego stylu życia lub innej pozytywnej, ale konkretnej alternatywie dla owej konsumpcji, czuję jak razem ze mną świat idzie do przodu.

Sądzę zresztą, że kwestia doboru słów dla swojego przekazu nie kończy się na odczuciach. Wierzę, że wszelka zmiana jest bardziej możliwa, skuteczniejsza, trwalsza, przyjemniejsza i bardziej satysfakcjonująca gdy zamiast zabierać sobie, ludziom czy światu to, co jest niepożądane, daję coś, co jest pożądane. Walczący z terroryzmem, jeśli zwyciężają, osiągają najwyżej brak terroryzmu. Walcząc o pokój i zgodę – i zwyciężając – osiągają pokój i zgodę. To ostatnie jest dla mnie bardziej przekonujące i przede wszystkim konkretne. W postulatach z Porozumień Sierpniowych więcej było o tym, czego postulujący chcą niż czego nie chcą. Może dlatego udało im się coś osiągnąć?

Oczywiście nie ma stuprocentowych recept na zmianę świata. Świat jest w porządku, nie trzeba go zmieniać. Mamy wszystko, co jest potrzebne do szczęścia. W drodze do tego, czego pragnę dla siebie i dla świata, zamiast iść tyłem wolę patrzeć naprzód. Nie idę OD, lecz DO.

o dostrzeganiu zła, ofiarności, szlachetnej porażce i innych strasznych rzeczach

Ostatnio często słyszę narzekania. Narzekania szlachetne i słuszne. Ponarzekam sobie na nie :)

Bardzo nie lubię słuchać narzekań. Mam do nich słabość: potrafię sobie cudzymi narzekaniami zepsuć cały dzień. Pół biedy, jeśli od narzekającego uda się łatwo uwolnić przez zmianę tematu lub zwykłe oddalenie się w bezpieczne, dobre i pozbawione narzekania miejsce. Ale nie zawsze tak się da. Są tacy, którzy każdy temat traktują jak pole do narzekań. Nie ważne jakie piękno, miłość i cudowności wspomnę, narzekanie zaczyna się po pięciu sekundach. I im dłużej uda mi się wytrzymać bez jakiejkolwiek reakcji, tym szybciej ma szansę się skończyć. Ale niestety czasem tak czy siak trwa to długo. Wtedy pocieszam się, że ja jestem wystawiony na działanie narzekacza tylko przez jakiś krótki czas. A on sam siedzi w tym przecież na okrągło…

Usprawiedliwienia narzekaczy są zazwyczaj identyczne: „Nie można ciągle tylko mówić o tym co dobre, nie widząc zła na świecie. Zaszywać się w swoim bezpiecznym, ciasnym światku. Człowiek może naprawić zło tylko kiedy je dostrzeże, wywlecze na wierzch i będzie o nim mówił tak, żeby wszyscy je zauważyli.”

Biorąc udział w sporze pomiędzy „widzącymi to, co dobre”, a „widzącymi to, co złe” bardzo łatwo wpaść w bezproduktywne i krzywdzące zestawienia. Oto optymista, chcąc przekonać walczącego ze złem rozmówcę mówi:

– Niektórzy to siedzą na tyłku i narzekają, psując atmosferę, a tymczasem tylu jest wizjonerów pełnych pozytywnej energii i działających dla dobra ludzkości!

A na to adwersarz:

– Popatrz ilu ludzi oddało życie za dobrą sprawę, ilu ludzi potrafiło dostrzec zło i storpedować szkodliwe działania! Nie potrzeba nam egzaltowanych optymistów, co odwracając oczy od ludzkiego nieszczęścia siedzą i mówią jaki to świat jest piękny!

Ani jedno, ani drugie zestawienie nie jest uczciwe. Dlatego proponuję nie zajmować się ani siedzącymi na tyłku narzekajłami z pierwszej wypowiedzi, ani egzaltowanymi ślepcami z drugiej. Proponuję zestawić wyłącznie pozytywnych bohaterów: energicznego wizjonera i torpedującego złe działania wojownika.

Najpierw o walce ze złem. Moim zdaniem zło może istnieć tylko tam, gdzie ktoś je dostrzega. Jak już kiedyś pisałem, wierzę, że życie ma dla mnie zawsze najlepszą ofertę, choć czasem trudno uwierzyć w to, że może być nią choroba czy wypadek. Tak to niestety działa, jest przyczyna i skutek, jest karma i oczyszczenie, jest grzech i pokuta. Jeśli to nie jest odpowiedni porządek dla świata myślących, wolnych ludzi, jak można wierzyć w Boga, we wszechświat, w cokolwiek? Jeszcze raz: nie mówię tutaj, że należy na wszystko się godzić i być obojętnym kiedy ktoś cierpi, a my możemy mu pomóc lub kiedy jest coś do zrobienia i możemy to zrobić. Ja mówię, że można wszystko zrobić na dwa sposoby: walcząc lub tworząc. Niszcząc lub budując. I bardzo łatwo wpaść w pułapkę i niszczyć, myśląc, że się buduje. A nie da się budować w stanie umysłu człowieka walczącego. Budować da się tylko w twórczym stanie umysłu.

Walka ze złem przyciąga dwie rzeczy: walkę i zło, z którym trzeba walczyć. I potwierdza to życie największych pesymistów, ludzi, którymi powoduje gniew i niezgoda: oni wszędzie widzą zło, bezsens, głupotę i bezmyślność, z którymi trzeba walczyć, walczyć i walczyć… Kiedy chcą czegoś dokonać, mają ręce pełne ciężkiej, katorżniczej roboty, poświęcają się wielkim sprawom i wyniszczają się w niekończącej się walce dobra ze złem. Szkoda ich. Myślę, że ludzie, którzy narzekają, nawet gdy robią mnóstwo pożytecznych i szlachetnych rzeczy, kończą zazwyczaj jako bohaterskie ofiary, oddające swoją energię, czas, życie za sprawy, które po tej ofierze nadal wymagają poprawy. Stawia się im marmurowe tablice z napisem: „Oddał życie w walce”. I będą wymagać, dopóki nie znajdzie się ktoś, kto robiąc coś, nie będzie „walczył ze złem” tylko „przynosił dobro”. Ktoś, kto zamiast roztaczać wokół atmosferę apokalipsy i toczyć wojnę, mówiąc jak zła, beznadziejna i chora jest sytuacja, wzbudzi uśmiech i doda sił, mówiąc jak dobrze, zdrowo i pięknie będzie. Ludzie roztaczający takie wizje, napędzający się nimi i nie potrafiący wytrzymać bez ruchu, by ich nie zrealizować aż promienieją. Nie straszne im żadne przeszkody, potrafią świecić niebiańskim blaskiem pośród największej nędzy i cierpienia. Stawia się im pomniki z napisem: „Poświęcił życie niesieniu dobra”.

Oczywiście kogoś takiego narzekacze nigdy nie polubią, nawet gdy odniesie zwycięstwo (a tacy ludzie zawsze odnoszą zwycięstwo). Uśmiechać się i mówić o szczęściu gdy wokół trąd, dżuma i głód – to dla walczących ze złem obraza. Ktoś, kto wszędzie widzi zło, będzie wszędzie widział zło, nawet jeśli go wokół nie będzie. Dla ludzi walczących ze złem zwycięstwo jest niemożliwe. Ani ich własne, ani niczyje inne. A kto twierdzi, że jest dobrze, ten albo kłamie albo jest ślepy.

Ktoś mądry napisał, że wdzięczność za to, co mamy (a każdy ma coś, za co może być wdzięczny), przyciąga więcej tego, za co możemy być wdzięczni. Wdzięczność rodzi wdzięczność. Poczucie braku rodzi poczucie braku. Uśmiech rodzi uśmiech. Walka rodzi walkę. Miłość rodzi miłość. Proste. Dlatego jeżeli już mam siedzieć na tyłku i gadać, wolę sławić, doceniać, przypominać i cieszyć się z tego, co jest piękne. Nawet jeśli ktoś w pobliżu niczego pięknego już nie jest w niczym w stanie dostrzec, tak dzielnie walczy ze złem. A kiedy mam już z tej radości i wdzięczności tak dobry humor, że raźno się mogę wziąć do roboty, biorę się do budowania tego, co może być piękniejsze, wspanialsze i lepsze, do tego, co chcę, żeby było takie, a nie inne, do tego, co przyniesie pożytek i radość. I jeśli gadam przy pracy, opowiadam o tym jak to mądrze, dobrze i pięknie będzie wyglądać, kiedy już skończę.

o tym, że cokolwiek myślisz o swoim życiu, masz rację i o tym co mnie łupie w kręgosłupie

Był czas, gdy uważałem, że nie mam żadnej mocy. Że świat jest wymagającym polem bitwy, tworem twardym, nieustępliwym i zależnym ode mnie co najwyżej w części jednej sześciomiliardowej, czyli żadnej. Myślałem, że toczę wojnę. I wiecie co? Naprawdę toczyłem wojnę. Z twardym, nieustępliwym światem. Nie miałem żadnej mocy. Miałem zupełną rację co do własnego miejsca w świecie i co do tego czym on jest, a kolejne doświadczenia utwierdzały mnie w tym przekonaniu.

Dziś nie za bardzo odczuwam obecność „świata” pojmowanego w taki sposób. Świat tworzy się wraz z życiem. Świat jest życiem. A ono wynika ze mnie. Kiedy kocham – jest piękne. Kiedy nienawidzę – gaśnie. Poczuciem winy ściągam na siebie karę, uczuciem szczęścia – szczęście. Kiedy krytykuję – przyciągam krytykę, kiedy dzielę się dobrym słowem, przyciągam dobre słowo. Mam lub mogę mieć wszystko, co – jak głęboko wierzę – należy mi się. To, do czego nie daję sobie prawa – pozostaje nieosiągalne. Kiedy o czymś dużo i intensywnie myślę – to się objawia. I wiecie co? Też mam rację. Dlatego wbrew wszelkim racjonalnym przewidywaniom mieszkam w domku nad jeziorem, choć nie chodzę do pracy i żyję tylko z tego, co najbardziej lubię tworzyć i wymyślać. Dlatego mam cudowną, piękną żonę o niezwykłej mądrości i wiedzy, choć nie zawsze ta sama żona była dla mnie piękna i mądra. Ale też dlatego od tygodni nieustannie boli mnie kręgosłup, choć wcześniej już mnie nie bolał, dlatego podczas ostatnich wojaży urwano mi lusterko od samochodu, choć wcześniej nigdy nic mi się takiego nie przydarzało. Dlatego cudze narzekanie i złe słowa pod jakimkolwiek adresem potrafią popsuć mi nastrój na dłuższy czas, choć zdaję sobie sprawę, że nie mają one nic wspólnego z moim życiem i moją wdzięcznością za świat, w którym niczego nie brak i w którym można osiągnąć wszystko.

Żadna z tych wspaniałości i trudności nie przychodzi do mnie przypadkiem, ani jako nagroda czy kara za cokolwiek. Wspaniałości są naturalne – ten świat, życie obfituje we wszystko, co tylko można sobie wymarzyć. Za życie i za świat należy się tylko wdzięczność. Trudności pokazują mi że gdzieś stawiam sobie przeszkody, że czegoś nie chcę wiedzieć, zaakceptować, przyjąć, że gdzieś na to swoje życie się zamykam. I będą trwać i powtarzać się, póki nie znajdę tego, co oznaczają.

I za urwane lusterko, za ból kręgosłupa, za ludzi, których nie lubię też jestem wdzięczny, choć ciężko mi przychodzi świadomość tego co za tym może stać. Ale znajdę to, uświadomię sobie to, czego dziś nie wiem, zaakceptuję coś i wtedy wyleczę te plecy raz na zawsze, a ludzie, których ciężko znoszę pójdą straszyć gdzieś indziej.

To zresztą już się dzieje. Właśnie dzięki temu, że boli.  Na świecie istnieje  ponoć ok. 60 osób, które nie czują bólu i jest to straszna choroba. Przypomnijcie sobie Pinokia, który stracił nogi, bo nie czuł, że zajęły się od pieca.

Older posts Newer posts