szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

dziennik pokładowy (page 2 of 26)

Piątkowa wycieczka

Zrobiłem sobie wczoraj wycieczkę na Festyn Archeologiczny w Gadach. Poznałem tam pewnego mocno zakręconego (pozytywnie!) człowieka, który buduje na swojej działce pruski gród. Rzeźbi posągi wojowników, robi nalewki wg średniowiecznych receptur, warzy na modłę pruskich plemion zupę z kiełkującej pszenicy, struga broń, szyje stroje, słowem – wskrzesza zapomniany kawał historii, łatając białe plamy etnologiczną rekonstrukcją. Muszę odwiedzić jego miejscówkę, gdy będę jechał na południe.

Miałem też okazję postrzelać z łuku i zrobić kilka zdjęć. Szczególnie długo polowałem na strzałę w ruchu.

Oczywiście nie tylko impreza stanowiła główny punkt programu, ale i droga w tę i z powrotem. Piękna nasza Warmia cała. Choć do domu miałem niecałe 40 km, jechałem z półtorej godziny.

Dziwny wpis, jak na nocnego grajka

IMG_0350Odkąd zacząłem znowu medytować, wprowadzając medytację w codzienne życie, przestawił się mój zegar biologiczny. Przez tyle lat usiłowałem zmienić swoje „godziny otwarcia” z 11-3 na, powiedzmy, 8-24. I nic. Teraz wreszcie się udało. Również dlatego, że ułożyłem sobie inaczej plan dnia – tak, żeby motywował mnie do wstania rano. Pracę staram się bowiem zaczynać najwcześniej w południe, a najlepiej dopiero po obiedzie i nie dbam o to, by skończyć ją przed 23. W ten sposób mój wolny czas przypada na poranek i zwyczajnie szkoda mi go przesypiać. A po skończonej pracy tak mi się już chce spać, że nie mam ochoty na nic, uderzam zatem w kimę mocno i zdecydowanie.

Myślę jednak, że bardziej pomogła mi w dokonaniu tej zmiany orientacja na „teraz”.  A to dlatego, że na początku nie udało się. Nie ważne dlaczego. Po prostu skończyło się tak jak za każdym razem, gdy próbowałem przestawić godziny snu. Zasiedziałem się nad jakąś grą i następnego dnia wstałem o 10. Wcześniej jednak zupełnie inaczej patrzyłem na ten fakt. Miałem w głowie historię o tym, że przechodzę nieudaną próbę, muszę zebrać siły na kolejną, przemyśleć strategię itp. Kolejna akcja następowała po kilku miesiącach, gdy późne chodzenie spać i wstawanie znów dawało mi się szczególnie mocno we znaki. Tym razem żadnych takich refleksji nie miałem. Może gdzieś tam się tłukły po mózgu, ale po prostu nie zwracałem na nie uwagi, bo w znacznie większym niż kiedyś stopniu skoncentrowany jestem na obserwacji, na danym momencie. Wprawiłem się w tym do tego stopnia, że teraz, gdy piszę te słowa, nie tylko o nich myślę, ale czuję też klawiaturę pod palcami, słyszę przyjemne klikanie klawiszy, słyszę ptaka za oknem, zauważam własny oddech… i uśmiecham się. Po nieudanej próbie położenia się spać o pożądanej porze po prostu ją wznowiłem. Od razu, następnego dnia. W pewnym momencie coś musiało się ruszyć w moim biologicznym mechanizmie, bo nawet po koncertowym after-party, które skończyło się ok. 2 w nocy, wstałem bez problemu o 8 i poczułem się senny dopiero po południu. Po smacznej drzemce wszystko wróciło do normy i przed północą smacznie chrapałem. Żadnych analiz, refleksji, znajdowania problemów i szukania rozwiązań. Dobrze mówi Tolle: tu i teraz nie ma problemów. Problemy są tylko w przyszłości lub w przeszłości. Chwilę obecną albo akceptujemy taką, jaka jest, albo się z nią mierzymy i coś zmieniamy – również tu i teraz. Gdy nie możemy nic zmienić, pozostaje nam tylko akceptacja. Gdy zmiana będzie już możliwa, dokonujemy jej.  Ale wtedy też jest „teraz”.  Kwestia mojego przestawiania zegara biologicznego to świetny przykład na to, jak coś rozwiązać dzięki zaprzestaniu robienia z tego problemu.

No to teraz do roboty! Już 14…

A zimą… wschody słońca na co dzień… Ech…

O twórczej rezygnacji

2015-05-13 20-27-43Odpuszczam, puszczam, pozwalam płynąć, rezygnuję w ogóle z praw administratora do udzielania takich pozwoleń. Zrzucam ciężar z pleców i prostuję się. Teraźniejszość rzadko jest ciężka. A jeśli nawet, to przez krótki czas, gdy rzeczywiście istnieje potrzeba poradzenia sobie z jakimś problemem. Teraźniejszość wydaje się ciężka, gdy dźwigamy w niej sprawy z przeszłości lub z przyszłości. Rozpamiętujemy to, co już się wydarzyło i bezproduktywnie mielimy w myślach to, na co dopiero przyjdzie czas.

Zrzucam też z siebie chcenie. Nieuzasadnioną odpowiedzialność za innych. Pozostaje odpowiedzialność za siebie, za swoje dziecko i za tę część wspólnych przedsięwzięć, która rzeczywiście mi przynależy. Być może kilka spraw się nie powiedzie, być może zabraknie na nie energii, jeśli nikt nie zechce jej uzupełnić. Ale za to ile sił zostaje na to, co działa i chce się radośnie rozwijać! I na działania nowe…

Czuję coraz więcej spokoju i coraz mniej ciśnienia. Mimo że pracy i innych spraw coraz więcej.

Maj, dokoła maj

Chociaż piździ sakramencko, jest pięknie, a zieleń traw i słoneczne złoto wlewa się przez okna do domu tak, jakby był małym pudełeczkiem upuszczonym przez kogoś na łące. Serce rośnie, radość w sercu wzbiera, choć tyle już lat mieszkamy daleko od miasta w wymarzonej krainie. Dzisiaj fotograficznie. Tak to u nas jest w maju:

Nad wodospadem

Gdybym miał użyć porównania ze światem religii katolickiej, mógłbym śmiało rzec, że woda płynąca jest dla mnie jak kościół. A wodospad – jak wielka msza po długiej pielgrzymce.

Podczas podróży po Portugalii poszliśmy zatem na taką mszę. Zaczęła się już właściwie wtedy, gdy kilka kilometrów niemalże górskim szlakiem dzieliło naszego niezdolnego do jazdy po wyboistej drodze, pożyczonego fiacika od wodospadu Pulo do Lobo.

2015-04-12 14-58-36 - Parque Natural do Vale do GuardianaPo długim czasie obcowania z przyrodą, a właściwie z resztą przyrody, bo sam się czuję jej częścią, czułem taką tęsknotę do rzeki, że mimo ostrych i niebezpiecznych skał otaczających Guardianę, postanowiłem zejść do samego wodospadu.

2015-04-12 15-34-06 - Pulo do Lobo

Samo przechodzenie z kamienia na kamień stanowiło świetny trening uważności. Świadomość nie mogła opuszczać mojego ciała, inaczej zsunąłbym się w jedną z wypełnionych wodą szczelin, w najlepszym razie mocząc ubranie i obcierając skórę, a w najgorszym łamiąc kończynę.

2015-04-12 15-34-12 - Pulo do Lobo

Piękno tych skał, przez tysiące lat żłobionych przez wodę, zamieszkałych przez dziesiątki gatunków płazów rozpraszało mnie na początku. W pewnym jednak momencie uznałem, że potrafię świadomie stawiać kroki i jednocześnie cieszyć się widokiem. Nie miałem już jednak głowy… do myślenia.

2015-04-12 15-42-03 - Pulo do Lobo

Przechodząc z kamienia na kamień, zbliżałem się do huczącej gniewnie rzeki – tak łagodnej przed wodospadem i w miejscach, gdzie spotykaliśmy się z nią wcześniej.

2015-04-12 15-41-56 - Pulo do Lobo

Wreszcie dotarłem do miejsca, gdzie krople spadającej wody mogłem poczuć na twarzy, huk wodospadu zagłuszał mój oddech, a kamienie oddzielające mnie od rzeki były zbyt mokre i śliskie, by dalej iść. Zresztą nie było mnie tam w takim sensie, w jakim jeszcze niedawno byłem na drodze. Czułem się częścią nieograniczonej całości. Uwolniony od wszystkiego – przeszłości, przyszłości, problemów, stresów i konieczności. Szczęśliwy jak prawie nigdy. Jak małe dziecko. I było tak, jakby cała ta droga została wyrzeźbiona przez żywioł specjalnie po to, by człowiek mógł ją uważnie przejść i zjednoczyć się świadomością z Guardianą, Strażniczką. Jakby człowiek był tą drogą, jakby wszystko nią było, a potem wpadało silnym, zdecydowanym strumieniem w skalne rozlewisko rzeki. Sekundy, chwile, godziny, dni i lata stały się kroplami wody rozbijanej o skałę. Mijały w mgnieniu oka, a jednocześnie trwały nieprzerwanie. Stałem tak, śmiejąc się jak głupi, bo i żadna konkretna myśl, która mogłaby mnie zatrzymać, nie pojawiała się w mojej głowie. Przelatywały pewnie przez głowę ich strzępki z taką prędkością, że wyraźnie widać przez nie było świat. Nawet teraz śmieję się, wspominając to wydarzenie.

2015-04-12 15-36-00 - Pulo do Lobo

Tamtego dnia ziemia dała mi lekcję uważności, a spokojna, gniewna i znów spokojna rzeka nauczyła mnie czegoś o moim własnym gniewie i spokoju.

2015-04-12 15-38-32 - Pulo do Lobo

Wracając, zdałem sobie sprawę z tego, o ile łatwiej było ludziom przed wiekami nie zapomnieć o tym, że są częścią natury. Nie potrzebowali do tego książek, filozofii, mistycyzmu itp., bo ich codzienne życie polegało na przemierzaniu trudnego terenu, nasłuchiwaniu każdego szmeru, unikaniu niebezpieczeństw. Musieli wtedy często „przebywać” w takim stanie umysłu jak ja nad Pulo do Lobo. Jak żałośnie brzmią w tym świetle hasła typu „zen w biurze”, „świadomość a efektywność” itp. Człowiek odszedł od świadomości daleko, daleko w stronę tożsamości intelektualnej i teraz usiłuje zaprząc wszystko w jej służbę, nawet to, co najbardziej pierwotne. Ale na szczęście wszystko, co najważniejsze, dostępne jest zawsze, wystarczy się ku temu zwrócić.

 

 

o różnobarwnych odwiedzinach

wiosnaPrzyszedł do nas dziadek, niosąc dwa pęki pościnanych gałęzi obwiązanych drutem.
– Miotełkę pan kupisz? Pięć złotych jedna.
– Dziękuję – mówię. – Mamy miotłę – pokazuję stojącą pod ścianą.

Ale dziadek miło wyglądał, miał jasne, pogodne oczy, a w ruchach i w mowie spokój, pytam więc:
– A pan stąd?
– A nie, idę z Kierwin.
Dziadek wędrownik. Super!
– Dobra, daj pan tę miotełkę, jedną wezmę – mówię.
– Weź pan dwie, dziesięć złotych i nie będę niósł z powrotem.

Przeszukałem portfel – nie ma dziesięciu złotych. Nie uwierzy, że w domu gotówki nie mam, ale go w końcu przekonałem, że ja kartą tylko płacę, gotówki mało trzymam. Tylko banknot milionzłotowy z Kukizem wyciągnąłem, co już był w portfelu, gdy go kupowałem, i mówię:
– O tu mam jeszcze milion. Jak pan wyda, to wezmę drugą miotełkę.
– Łoo, panie! – zaśmiał się dziadek.
– No widzi pan, nikt mi nie chce wydać, to po co mi milion.

Dziadek poprosił o szklankę wody, to mu przyniosłem i posiedzieliśmy chwilę pod domem. Wspomniał kowala, który mieszkał tu przed laty, pokazał, gdzie była kuźnia, wypił wodę i poszedł ze swoją miotełką, spróbować dalej u sąsiadów.

Ciekawi ludzie do nas przychodzą. Trochę tu jest tak, jak na moim przystanku w rodzinnym miasteczku, gdzie przesiadywałem ongiś z gitarą. Tyle że na tym przystanku mieszkam na stałe. Raz zawitał tu człowiek skupujący porzucone przez jelenie poroża, zaglądają tu poszukiwacze złomu, innym razem wtoczył mi się na podwórko pijany profesor z leżącego na drugim końcu Polski Krakowa wraz z kolegą. Okazało się, że zna kilku moich wykładowców. Niemile wspominam tylko nocną wizytę (bez pukania) miejscowego chuligana, który na dwa dni rąbnął mi leżący przy oknie portfel i stojący za domem samochód. Oprócz ludzi przychodzą też zwierzęta. Psy przeganiam gniewnymi okrzykami, a gdy nie pomaga, ganiam za nimi z miotłą. Ale już wiedzą, że to nie dla nich żerowisko, bo jedno im trzeba przyznać – bywają inteligentne. Poza całą masą życzliwie przez nas przyjmowanych kotów przybywają tu też lisy, różnego rodzaju ptaki, a dwa lata temu przyplątał się nawet kozioł.

A z tą Portugalią… Ech, wspomnienie blaknie, choć warto napisać. Skoro wspomniałem już o tym i Ktoś czeka (dziękuję za odzew! :))… Dobrze, napiszę, napiszę.

O drodze do Miasteczka, które przestało być takie proste

W drodze– Chyba powinniśmy byli skręcić wcześniej na Pisz.
– Weź już schowaj tego GPS-a. Ja mogę jechać nawet przez Węgorzewo. Jest cudownie.
Mijane w drodze do Miasteczka jeziora ze swoimi dzikimi brzegami, wysepkami, drzemiącą wśród powykręcanych korzeni mroczną, pogańską pieśnią, zwieszającymi się ku wodzie żółtymi brodami zeszłorocznych traw… Inny świat. Nawet gdy miga tylko przelotnie przez szyby samochodu.

Wcześniej, jeszcze na Warmii, rozpościerał się przed nami spektakl na niebie, najpiękniejszym niebie na świecie. Barwne, fantazyjnie ukształtowane chmury, smugi deszczu przecinające smugi słońca, księżyc w pełni wschodzący zza obłoku, a wszystko to ponad młodą ziemią, zieleniącą się i pachnącą po wyjściu z zimy. Wczoraj jeszcze sypał grad, gdy sadziłem wierzby wzdłuż podwórka, ale czuć, że przestrzeń znowu oddycha, czuć to dookoła i w sobie.

A w Miasteczku… Pisałem kiedyś, jak wyobrażam sobie czas, gdy z mieszkania, które stanowi kolebkę mojego życia, a także azyl magii dzieciństwa i przechowalnię wrażeń znikną Dziadkowie. Cóż, czas płynie, wszystko się zmienia. Szara zasłona już zapadła, rzadziej już mówię o przeszłości. Dziadek odszedł kilka lat temu i tylko Babcia drepcze drogą do Kapucynów. A u Babci lęk, zagubienie i bezradność, choć pomagają jej ile mogą mama i S. Nazywam jej uczucia, pytam o nie, Babcia ze łzami w oczach potakuje. Obiecuję pomóc wyjaśnić jakąś nową sprawę. Babcia wspomina przede wszystkim krzywdy jej wyrządzone – zdarzenia prawdziwe i urojone. Ludzie w jej życiu, również najbliżsi, zmieniają się w widma poruszane niepojętymi, bezwzględnymi siłami. Sama nie może uwierzyć w to, co się dzieje, ale „tak, tak! Ja ci mówię, jak jest!”.
MiasteczkoW Miasteczku nie został prawie nikt, a Babcia nie chce opuścić pustego wnętrza, które odbija i zwielokrotnia ciężkie, przytłaczające myśli, bo działki przecież nie zostawi i kwiatków na parapecie, i deszczu za poszarzałą firanką. Nawet na kilka dni świątecznych trudno jej się z nami zabrać.
– Gdybym ja miała dożywać u dzieci… – mówi Babcia – a w życiu! Tu mnie dobrze! Myślisz, że ja się tu smucę? Gdzie tam!
Mówią, że starych drzew się nie przesadza, starym drzewom prędzej skamienieć niż do świeżej, żyznej ziemi. Może tak musi być? Ile w namowach i dobrych radach miłości? Ile zrozumienia? Ile egoistycznego poczucia winy i obowiązku? Patrzę uważnie, słucham, ignorując pojawiające się w głowie sądy i komentarze. Wprawiam się w rozumieniu tego, czego nie da się ze sobą pogodzić. Zawsze się wprawiam.

Saūli

Zakochałem się w słowie ze starego, niemal zapomnianego języka.

saūli

saūlike

(„U” wymawiane w pełni, nieprzechodzące w „ł”).

Słońce. U leśnych ludzi zamieszkujących tereny Warmii i Mazur w zamierzchłych czasach również bogini. Dawni Bałtowie czcili i ubóstwiali zjawiska przyrody bezpośrednio, inaczej niż np. starożytni Grecy czy Rzymianie. Bogini nie opiekowała się Słońcem – Słońce było boginią. W słowie „Saūli” brzmi piękno, krągłość, dobroć, delikatność, wdzięczność. Wymawiając je w myślach, czuję Słońce w sobie. Mówiąc „saūli”, patrzę prosto w Słońce, nie niszcząc wzroku.

wyznanie

P1100158Jedną z rzeczy, którą poczytuję sobie za sukces wychowawczy jest to, że mój synek dzieli się ze mną wątpliwościami natury etycznej w sposób bardzo bezpośredni. Po prostu mówi o tym, co mu się przytrafiło i jak zareagował, nawet jeśli istnieje ryzyko, że mi się to nie spodoba. Nawet jeśli wie, że mi się to nie spodoba. Najczęściej okazuje się, że potrzebuje wyjaśnienia, dlaczego coś moim zdaniem jest niewłaściwe. Bardzo to sobie cenię i uważam, żeby nie oceniać go i nie prawić mu kazań, nawet jeśli urwis przyznaje się, że dał komuś w ucho. Na razie udaje mi się reagować przede wszystkim pytaniem, co on o tym myśli, i wspólną analizą sytuacji. W ostateczności, jeśli analiza owa prowadzi na manowce i aż się prosi o autorytarny zakaz lub nakaz (co zdarza się bardzo rzadko), mówię na przykład: „No okej, rozumiem, ale mnie się to nie podoba, wolałbym, żebyś wtedy postąpił inaczej”. Wtedy on pyta dlaczego albo mówi „A mnie się podoba!”. I wtedy zmieniamy perspektywę rozmowy i dochodzimy do konstruktywnych wniosków, zwieńczając wymianę myśli scenariuszem hipotetycznie powtórzonej sytuacji, w której Wojtuś postępuje już inaczej.

Dzisiaj jednak do rozmowy nie doszło, za to Wojtek swoim wyznaniem rozwalił mnie kompletnie. Kąpał się w wannie, a ja się goliłem. I ni stąd ni zowąd z wanny wydobywa się taki oto monolog:
– A wiesz, tato? W przedszkolu na placu zabaw dwie dziewczynki wchodziły po zjeżdżalni w czasie, gdy zjeżdżałem, i ja uderzałem je niechcący w ramię. To była starsza dziewczynka i młodsza. I ja tej młodszej powiedziałem: „Jak nie chcesz, żebym cię uderzał, to nie wchodź tędy, tylko po drabince!”. A tej drugiej tego nie powiedziałem, tylko za każdym razem mówiłem: „No? No?”.
Odwróciłem od niego na chwilę głowę, nie mogąc powstrzymać śmiechu, i czekałem na dalszy ciąg. Ale nie było dalszego ciągu.
– Wiesz, tato? – Wojtuś ewidentnie czekał na reakcję.
– A dlaczego tej drugiej mówiłeś tylko „No? No?” – zapytałem neutralnym tonem, gdy już się uspokoiłem.
– No bo… no booo… no bo tak – wydusił z siebie po namyśle.
– Nie powiesz mi?
Zawahał się. Rozumek pracował bardzo intensywnie. W końcu powoli rzekł:
– Nnnie.
– Czemu?
– Eeee… booo… bo nie.

Older posts Newer posts