szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

dziennik pokładowy (page 1 of 26)

W wodzie

Leje od dwóch dni. Nie wytrzymał starożytny niemiecki drenaż w piwnicy i wody tam po kolana. Wokół siedliska pojawiło się kilka kałuż ogromnych jak małe księżyce. Przesiąkły ściany warsztatu. Z płyt OSB na dachu synkowego domku cieknie jak z gąbki. W kuchni przy kominie pojawiła się wilgotna, ciemna plama.

K. wraca przemoczona z podwórka, a ja po długiej walce z wodą w piwnicy właśnie wziąłem prysznic.
– Masakra – mówi.
– Wyjedźmy stąd – odpowiadam. – Spakujmy się jutro i wyjedźmy na południe. Zostawmy ten przerośnięty moloch naszego życia z milionem otworów, które codziennie trzeba zatykać, żeby chronić to, co w drodze albo jest chronione, albo niepotrzebne. Zostawmy tysiące naszych przedmiotów, powiązań, ważnych rzeczy i wyruszmy w podróż. Weźmiesz laptopa, ja gitarę i poradzimy sobie. Będzie ubogo, ale będziemy bliżej siebie i świata niż kiedykolwiek do tej pory. Zadbamy o edukację synka sami, w podróży nauczy się więcej niż w domu.

Chyba uznała to za żart.

Hineni, hineni

teraz01Uganianie się za młodością. Za lekkim bytem pozbawionym zobowiązań. Uprawiałem to z mniejszym lub większym powodzeniem przez dobrych parę lat. I wiecie co? To, że człowiek musi za tą młodością się uganiać, starać się, buntować przeciwko różnym rzeczom kojarzącym się ze starością, osiadłością, kapciami i fajką – to już oznacza, że młodość odeszła. Nie ma jej. Ścigamy złudzenie.

Poczułem się dobrze w swoim wieku dopiero rok, może dwa lata temu. Z Włóczykija zmieniłem się w Tatę Muminka z całą godnością i całym smakiem, jaki jest w tej roli. Zamiłowanie do domu, okolicy i krainy, w której zamieszkaliśmy stało się tak świeże, piękne i pełne poezji, jak wcześniej zamiłowanie do drogi. Towarzyszyło temu uczucie ulgi, poczucie siły i pewna euforia, że oto znowu cały świat należy do mnie. Że ja jestem dla świata. Odpowiedzialność przestała ciążyć, stała się osią tego poczucia mocy. I wiecie co? To nie minionego czasu szukałem, nie siebie-dwudziestolatka, nie młodości. Tylko właśnie tego poczucia mocy, które dawała mi młodość, ale już od dawna nie daje, bo po prostu jej nie ma, choćbym nie wiem jak udawał, że jest inaczej, choćbym nie wiem, jak usiłował udowodnić to innym, choćbym nie wiem, jak kurczowo trzymał się przeszłości przy pomocy stylu życia, sposobu myślenia czy filozofii życiowej. To coś, ta moc, nie jest w młodości, tylko w akceptacji. W akceptacji młodości wtedy, gdy ona trwała. I w akceptacji kolejnych etapów życia, gdy nadchodzą. W zgodzie na nowe wyzwania. W wyprostowanej postawie wobec tego, co przynosi życie.

Dobrze jest znowu odetchnąć pełną piersią. :)

Gdy całe życie staje się chwilą

Oglądaliśmy film. Gdy się skończył, K. powiedziała, że idzie coś zjeść. I nagle dopadł mnie lęk. Miałem ochotę powiedzieć, żeby nie szła, bo boję się, że już nie wróci.

Prawie 8 tygodni po zdiagnozowaniu u niej śmiertelnej choroby i 6 tygodni po tym, jak się okazało, że w jej przypadku nie okaże się ona najprawdopodobniej śmiertelna, po tych dwóch miesiącach medytacji, przemyśleń, intensywnego rozwoju świadomości nas obojga dopiero teraz naprawdę poczułem, że ona i tak odejdzie. Że odejdzie też nasz synek, a wcześniej – mam ogromną nadzieję – odejdę ja. Poczułem to tak, jakby miało to się stać za chwilę. Co za różnica – za miesiąc, za rok, za 50 lat? To wszystko i tak się skończy.

IMG_6419 (2)Dopiero teraz naprawdę to poczułem, choć wydawało mi się, że jestem tego świadom. Okazało się też, jak wielka niezgoda jest we mnie, jak wielki lęk. Gdyby nie te wszystkie medytacje i uważność, przestraszyłbym się jeszcze jednej rzeczy – że zwariowałem albo że zgorzkniałem, że opanowała mnie ciemność. I powiedziałbym sobie: „Przestań w tej chwili, myśl pozytywnie!”. Ale to nie był zwykły dół, to było olśnienie, tyle że… ciemne. Do tego właśnie prowadził mnie mój sentymentalizm, wiele razy pobrzmiewało to odkrycie w chwilach nagłego smutku w obliczu czegoś pięknego i cudownego – Japończycy nazywają to mono no aware.

Odsuwałem na bok sentymentalizm już od pewnego czasu jako rzecz, która za bardzo przywiązuje mnie do materialnego aspektu istnienia. Pewnego dnia, gdy jechałem do szpitala, gdzie leżała K., i myślałem o naszym względnie beztroskim życiu na skraju wsi i o domku nad jeziorem, od którego się ono zaczęło, wyobraziłem sobie, że zrywam wszystkie te wspomnienia jak wielki plakat z szyby, gniotę w kulkę i wyrzucam przez okno auta. Bez żalu, na zimno. Było w tym tylko trochę złości, że mamiłem się tą wizją przez tyle czasu. Może odrzucony sentymentalizm wrócił właśnie do mnie w silniejszej postaci na podobnej zasadzie, co stłumione emocje wracają pod postacią bólu czy choroby? Niewykluczone, że prawdziwy cel obecnych w większości ścieżek duchowych wyrzeczeniu i dyscyplinie jest właśnie taki – stłumić słabe komunikaty od życia po to, by otrzymać komunikat silniejszy, bardziej sprawczy. Zmienić wygodne, przestronne pomieszczenie, po którym snuje się lekki przeciąg, w ciasny korytarz, w którym rozpędzić się może prawdziwy wicher.

Tak czy inaczej wierzę, że to po prostu kolejny etap drogi. Właściwa świadomość, jakby powiedział buddysta. Memento mori. Następnym przystankiem będzie pewnie pogodna akceptacja faktu, że jesteśmy tu tylko na chwilę, że wszystko, co mam i z czym czuję się związany, jest przejściowe. Bo co? Mam płakać i czekać, aż wszystko stracę i kopnę w kalendarz? Nie ma mowy. Tyle że akceptacja nie dopadnie mnie sama, tak jak świadomość przemijania. Muszę wstać i iść, ćwiczyć się w niej.

Najpierw jednak muszę to wszystko sobie przyswoić – to doświadczenie. Wchodzę w nie śmiałym krokiem, choć mój umysł zacznie pewnie zaraz starać się z całej siły, by o tym zapomnieć, by to ugłaskać i wrócić do beztroskiego ignorowania tematu. Ale nie. Dzisiaj piaszczyste zbocze obsunęło się i poleciałem w dół, by odkryć, że właśnie tędy droga biegnie dalej. Nie ma powrotu – inaczej już będę patrzył na świat i ludzi. Pewnie będę kochał bardziej, może będę lepszym człowiekiem. Trudne to, bardzo trudne. Ale kolejny etap wiedzie ku akceptacji, pogodzeniu się z tym, na co nikt nie ma wpływu. Nikt gdzieś tam spoza nie powiedział nam jeszcze, po co i dlaczego tutaj jesteśmy. Ale jest droga, która niknie we mgle. Idę zobaczyć, co jest za następnym wzgórzem.

Po pomoc zwrócę się jak zwykle do wielkich mistyków. Tym razem zapewne chrześcijańskich – przynajmniej sprawdzę, czy w spuściźnie tej religii nie ma czegoś, na czym mógłbym się wesprzeć. Dlaczego nie buddyzm? Naczytałem się zaawansowanych nauk o życiu i przemijaniu w tak młodym wieku, że nie bardzo je pojąłem. Pewnie i do nich wrócę, ale więcej energii da mi coś „nowego”. No niestety, nie pasuję na mędrca, ja muszę mieć ciekawie i zaskakująco, nie tylko mądrze. Amen.

Wietrzna niedziela przy RAW-ach

Pierwszy porządny jesienny wicher duje wokół chałupy, rozrzuca liście, com je pieczołowicie zgrabił pod jabłonki, szarpie folią, w którą owinięta jest stojąca na podwórku paczka z nowymi drzwiami i przechyla niebezpiecznie stracha na wróble, cośmy go latem z synkiem zrobili dla żonki. Idzie sema, czyli zima – tak Prusowie zwali porę zimną, oddzieloną od dagis – czyli pory ciepłej – krótkim okresem pogody takiej, że ani jeszcze po jeziorach chodzić nie można, ani już oziminy siać i łąk kosić. Idealny to czas, by wywołać zalegające na dysku zdjęcia. Oto jesienne migawki z naszej zagrody i najbliższej okolicy:

IMG_6086

IMG_6111

IMG_6117

IMG_6118

IMG_6149 IMG_6165

IMG_6174IMG_6261

 

 

IMG_6255

IMG_6265

Grajkowe rozkminy o sobie i świecie

IMG_5767Wpadli do mnie na wieczór i noc goście z wielkiego miasta – ludzie, z którymi nigdy wcześniej nie przebywałem dłużej niż kilka godzin. Trochę starsi ode mnie, nastawieni na małą imprezkę w kameralnym gronie. Zdumieni, że znajduję czas na cokolwiek poza pracą i obowiązkami. Żonki nie było, synek spał. W warunkach tak klarownych zauważyłem dopiero, jak zmienił mi się tryb życia i preferencje co do sposobów spędzania czasu z ludźmi. Zdałem sobie sprawę, jak normalne dla mojego pokolenia jest przesiadywanie w takich sytuacjach do późnej nocy, nawet jeśli rozmowa specjalnie nie wciąga i jest „tylko” miło i przyjemnie, jak zwyczajne jest kompulsywne picie alkoholu bez jakichkolwiek względów na to, co w tej kwestii do powiedzenia ma organizm. Jakie to jest obowiązkowe. Ale nic to – dałem się ponieść sytuacji: wytrzymałem do drugiej, zmusiłem się do wypicia trzech szklanek whisky, której nie lubię, i poszedłem spać. Rano wstałem jak zwykle po siódmej, zjadłem jakąś kanapkę, wypiłem kawę i usiadłem do pracy. Goście obudzili się dwie godziny później i wtedy dopiero zrobiliśmy porządne śniadanie.

A jakby to było po mojemu? Siedzimy do ok. 23, każdy pije co lubi, lub nie pije w ogóle, idzie spać, kiedy chce… Ja bym pewnie ograniczył się tego wieczoru do 1-2 piw, innym razem może wypiłbym 4, jeszcze innym – siorbałbym sobie tylko ziółka. Wyspałbym się. Bo niby dlaczego wspólnemu spędzaniu czasu musi towarzyszyć trucie i poniewieranie organizmu? Przecież nawet w kategoriach relaksu – zawroty głowy, nadkwaśność, a rankiem kac to nic przyjemnego.

IMG_5755Starość mnie dopada, co? Może i tak, a mówiąc ściśle, wiek średni. Skronie mi szpakowacieją, duch się uspokaja… i dobrze mi z tym. To piękny świat, takie lato życia. Dużo słońca, sporo melancholii, dojrzałość. Za oknem sad, przestrzeń, cisza. Podobnie we mnie. Upodabniam się do tego starego domu i do krajobrazu wokół niego. A w życiu codziennym pilnuję, by nie dać się zwariować pędzącemu na złamanie karku otoczeniu i cywilizacji. Wciąż poznaję swoje granice – co we mnie jest tożsame ze światem i z innymi ludźmi, a co osobne i niezależne. Nabieram umiejętności zachowywania spokoju w rozgorączkowanym otoczeniu, czucia się dobrze ze sobą, gdy robię coś przeciwnego niż wszyscy wokół. Od wielu lat moją najbardziej podstawową i jedną z najważniejszych wartości jest świadomość. Czasami muszę mocno się jej trzymać, bywa że rękami i nogami. Tak jak prawa do wolnego czasu codziennie lub – gdy nie da się uniknąć nawału, sytuacji wyjątkowej, spiętrzenia – przynajmniej raz na kilka dni. Jeśli wieje zbyt mocno – puszczam. I zaraz wracam. Jeśli kiedyś zacznie wiać i nie przestanie, bo i tak w życiu bywa, będę musiał zorganizować wszystko inaczej, zrezygnować z tego i z owego. Ale nigdy nie ze świadomości i chwili wytchnienia, dzięki której życie ma smak, w głowie rodzą się nowe pomysły i dzięki której człowiek nie staje się robotem.

Trzydzieści pięć lat. Prawie półmetek. Piękny wiek.

Klimaty prusko-tybetańskie

IMG_5491Jak dobrze jest raz na pewien czas wsiąść w samochód i pojechać na 3-4 dni tam, gdzie akurat człowieka niesie. Tym razem – jak rzadko – niosło mnie do nowo poznanych ludzi, widzianych do tej pory raz lub dwa, przelotnie, ale obiecująco. Było tak różnorodnie, że z trudem sobie przypominam ostatni czwartek: Cudem odnalazłem stare, pruskie grodzisko, trafiłem do otoczonego prawdziwą drewnianą palisadą z wieżyczkami grodu Kazika – wskrzesiciela kultury Prusów, a po długich, nocnych rozmowach na wiele ważnych tematów i po kilku godzinach snu ruszyłem dalej. Spotkałem starych znajomych i przyjaciół w stolicy, po raz pierwszy od lat poszedłem na medytację w grupie, kupiłem dwa meble i farby do ścian, aż w końcu ledwo trafiłem na imprezę ludzi przebranych za Prusów w Łysobykach. Rano życzliwi Prusowie pomogli mi odpalić auto z rozładowanym akumulatorem i w końcu wróciłem do domu. Nieźle, jak na jeden IMG_5513weekend, nawet jeśli dorzucić piątek, prawda?

Wszystko było piękne i inspirujące, a przynajmniej ciekawe i dobre, ale największą przygodą była medytacja. Powinienem raczej rzec – częścią największej przygody, ponieważ ta zaczęła się już tydzień temu w Krakowie, gdzie przyjechał Sakyong Mipham Rinpocze, głowa szkoły Szambala. Pojechaliśmy tam, licząc na jakiegoś kopa, który by nam ułatwił powrót do codziennej medytacji. I otworzył się przed nami nowy świat w ramach tejże. Okazało się, że Sakyong to syn i uczeń samego Chogyama Trungpy, jednego z autorów, których książki trafiły do mnie (a raczej we mnie) najcelniej. Sama medytacja i podejście do niej z początku skojarzyło mi się bardzo z Potęgą teraźniejszości Eckharta Tollego, co wzmogło moje zainteresowanie. Udzielałem się zatem w prowadzonych przez Sakyonga i innych nauczycieli ćwiczeniach, warsztatach i dyskusjach zarówno pasywnie, jak i aktywnie.

IMG_5392Wracaliśmy pociągiem przed świtem, a świecił nam w okno księżyc w zaćmieniu. Właściwie to świecił mnie, bo reszta spała w przedziale, co dla mnie było niepojęte – ja nie mogłem zamknąć oczu – zmieniający kształt i kolor satelita, mgły, jutrzenka, wschód słońca… Nawet bez tych dwóch dni spędzonych na medytacji było to dla mnie zbyt wiele piękna, żeby zasnąć.

W domu zaczęliśmy codzienną medytację. Technika proponowana przez Szambalę jest bardzo zbliżona do zazen, jednak mniej restrykcyjna, jeśli idzie o pozycję i mniej skoncentrowana na oddechu, a bardziej na doświadczaniu chwili obecnej i czymś, co można nazwać „radykalną akceptacją” – przyjmowaniem każdej myśli, jaka pojawia się w głowie, każdej emocji, każdego bodźca z zewnątrz takimi, jakie są, bez względu na to, czy podobają nam się, czy nie. „Everything is welcome”. W ten sposób naprawdę jesteśmy. Żeby ocenić i pochwalić lub zganić, trzeba się od obiektu oceny oddzielić, a tu nie o to chodzi.

W warszawskim ośrodku Szambali medytacje odbywają się w środy i w piątki, zatem w piątkowy wieczór stałem już u drzwi wraz ze Sławkiem, który kilka miesięcy temu zaraził mnie Eckhartem Tollem, a którego zaciekawiły teraz moje opowieści o medytacji. Pierwszy raz spotkałem sanghę tak otwartą na rozmowy o duchowości. I szkołę, która poza medytacją, uczy również… słuchania. Po medytacji bowiem wykonaliśmy coś w rodzaju ćwiczenia polegającego literalnie na świadomym mówieniu i świadomym słuchaniu. Medytacja podczas rozmowy – do tej pory myślałem, że to tylko taki pomysł kiełkujący gdzieś w mojej głowie pośród masy innych. Albo element zwykłej psychoterapii.

Co tu dużo gadać – nie tylko dostałem tego duchowego kopa, którego szukałem w Krakowie. Jestem też coraz bardziej zaskoczony i zainspirowany. I mam takie nieśmiałe marzenie…

o tęczach i matowości wcale nie wrześniowej

Trudny i stresujący dzień. Sprzęt odmawiający posłuszeństwa, znudzony pięciolatek, zebranie w wiosce i niełatwa konfrontacja. Dobrze, że żonka wróciła. Przywitała ją ogromna, intensywna tęcza, przepiękne chmury i słońce. A tęcze u nas występują prawie zawsze, gdy pada. I są spektakularne. Niestety, nie wziąłem aparatu, gdy wyjeżdżałem po K. na dworzec, więc musiałem zadowolić się kolejnymi zdjęciami z podwórka wykonanymi po powrocie.

Odkąd synek poszedł do zerówki, sam czuję się trochę jak w szkole. We wtorki basen i angielski,w  czwartki angielski – regularne jechanie tu i tam… Brzemienny od poezji i deszczu wrzesień nabiera znów takiego odcienia, jak przed laty. Tylko moja energia już nie taka – świat widzę bardziej selektywnie, nie wchodzę aż tak głęboko w to, co robię – mimo „potęgi teraźniejszości” i medytacji trochę zmatowiałem. Ale jesień to właśnie dobry czas, by popracować nieco nad ostrością życia. Za tydzień jedziemy do Krakowa na trzydniowe spotkanie z Sakyongiem Miphapem, uczniem samego Czogiama Trungpy – najbardziej przemawiającego do mnie nauczyciela buddyzmu tybetańskiego. Będzie nauka i medytacja. Zabieramy ze sobą kawałek Warmii, czyli Kasię z Wipsowa. Będzie byczo. I pięknie.

No to teraz ta tęcza:

IMG_5320

Blogi i ludzie

Zaglądam na różne blogi, a tam po 15-20 komentarzy, prawie same słowa życzliwości i poparcia. Tutaj jeśli ktoś się odezwie, to tylko po to, by polemizować (no chyba że piszę o sprawach błahych i prostych). Większość (czyli jakieś 3 do tej pory) komentarze musiałem usunąć ze względu na wulgaryzmy i prymitywne obelgi. Abstrahując od ostatnich wpisów, które musiały powstać i bardzo się cieszę z tego, że dla tylu osób okazały się ważnym i wartym przekazania dalej głosem, ten blog zaczyna mi się kojarzyć z zimną, czarną dziurą. A nie chce mi się pisać o pierdołach, wstawiać zdjęć kotów i w każdym poście zachwycać się, jak to cudownie się mieszka na wsi. Takie rzeczy fajnie mi się czyta przy kawie, jeśli kto ciekawie je opisuje. Ale nie pisze. Rozpisywać się w komentarzach też mi się nie chce, bo niby po co? Żeby się zmęczyć? Żeby dokładniej opisywać widziane przez siebie drzewo tam, gdzie ktoś widzi kamień, i zostać uznanym za idiotę? Wybaczcie, fejzbukowi polemiści i jedyny tutejszy polemisto, ale gdy widzę, że różnica nie dotyczy poglądu, a mentalności oraz sposobu postrzegania świata i ludzi w ogóle, to absolutnie nie widzę szans na jakiekolwiek porozumienie na poziomie pisanych na odległość słów.

Zrobiłem w życiu sporo rzeczy, które zmieniały moją świadomość i obraz świata. Robię je nadal, świadomie, choć wiem, że ceną za to jest brak porozumienia z większością ludzi, która tych rzeczy nie robi. Widzę zatem wiele spraw inaczej. Gdy pada słowo „inaczej”, automatycznie powstaje pytanie „lepiej czy gorzej”. I w tym momencie zaczyna się rozjazd i dyskomfort dla ego. Bo jeśli lepiej, to wynoszę się ponad innych. Jeśli gorzej, to wszystko, co mówię, jest bełkotem idioty. Tymczasem cóż… u mnie to pytanie nie powstaje. Widzę jednak bezsens komunikowania się z przypadkowym czytelnikiem na poziomie tak kalekim jak słowo pisane – i tyle. Bez wartościowania – po prostu magnes nie przyciąga kamienia, nóż nie kroi węgla, śmietana nie wzbogaca benzyny, a masło nie klei cegieł. Nie działa i tyle. Nie będę tego rozwijał, i tak już zbyt dużo napisałem. Po co pisać własne opinie i rzucać je na forum publiczne? Żeby widzieć coraz większą przepaść pomiędzy sobą a innymi? Świat idzie w swoją stronę, rozjeżdżając po drodze tych, którzy myślą inaczej niż ogół. Iść tam na siłę, żeby uśmierzyć poczucie samotności?

Lepiej już znaleźć jakąś niszę tych, z którymi jednak coś wspólnego mam i razem coś robić. Nie pisać, tylko robić – być o krok naprzód od siedzących przed komputerami pisaczy. Nie zależy mi na poklasku, ale miło codziennie poczuć choć przez chwilę, że nie tylko małżonka i dwoje-troje ludzi w całym kraju podziela mój sposób patrzenia na świat. Bo przecież jest cała masa innych, podobnie patrzących – widzę, co piszą, co mówią, co robią. Cóż, pora wrzucić drugi bieg. Pisanie i internetowe polemiki osłabiają mnie i zabierają czas, który mogę spożytkować na działanie. Znowu się o tym przekonuję – widać raz, dwa, dziesięć razy nie wystarczy. Może pomogę komuś, kogo ktoś inny wyrzucił lub zostawił na ulicy, bo pomylił go z kimś, o kim czytał w internecie. Lecz gdy tłum będzie gonił kogoś / W strzępach munduru ślepą drogą / To póki co uchylę drzwi. Nie warto o tym pisać. Warto uchylić. Nie będę więc pisał, ale będę uchylał. Niech głową w mur bije – komu nie żal głowy. 

2012.09.02 13-10-33-P1080703A do kogo piszę te słowa? Do nikogo. Dla siebie. Nie, przecież nie tylko. To taki list w butelce puszczony w  morze pustych słów. Dla kogoś, kto kiedyś może to przeczyta i dokładnie będzie wiedział, o co mi chodzi, co się za tym kryje. Uśmiechnie się i napisze, a ja się z nim umówię na wspólny spacer lub całą wyprawę i to będzie być może jedyna warta tego całego pisania rzecz, jaka może z niego wyniknąć.

To jeszcze na koniec rozwinięta nieco przeze mnie buddyjska przypowieść o ślepcach i słoniu. Tak żeby zobrazować daremność polemiki, gdy nie ma wspólnej płaszczyzny. W sumie mogłaby być jedyną treścią tego wpisu.

Przypowieść

Ślepcy spotkali słonia. Każdy z nich, chcąc zbadać, co to za zwierzę, przypadł do niego i jął macać go, każdy z innej strony. Ten, który dorwał trąbę, rzekł:
– Słoń jest podłużny i giętki jak wąż.
– Bzdura, słoń jest twardy, nieruchomy i przypomina drzewo – odparł ten, który macał słoniową nogę.
– Nieprawda, ma wielkie skrzydła i unosi się w powietrzu – odezwał się trzeci, który, unosząc dłonie, usiłował złapać słonia za ucho.

Każdy z nich wiedział wszystko, co wie, myślał zatem, że wie wszystko.

Gdy oddalili się i zasiedli przed komputerami, każdy opisał słonia na swoim blogu i udostępnił wpis na Facebooku. Dostawali lajki i słowa poparcia, a także komentarze polemiczne, słowa niezgody – te ostatnie niemal wyłącznie od ludzi, z którymi nie mieli żadnej styczności na żywo. W odpowiedziach na te komentarze opisywali słonia po swojemu, coraz dokładniej, jakby chcieli przez to udowodnić, że słoń naprawdę wygląda tak, a nie inaczej.

Wreszcie ten ślepiec, który myślał, że słoniowe uszy to skrzydła, zapoznał się z komentarzem kolegi: „Słoń nie może unosić się w powietrzu – ma kształt walca, jest ciężki i nie da się go oderwać od ziemi, na dodatek w ogóle nie ma skrzydeł. Słyszałeś kiedyś o drzewie, które lata? Miałem cię za inteligentnego człowieka, zawsze cię tak podziwiałem, porozmawiajmy poważnie!”. Uniósł brwi, pokręcił głową, powiedział głośno: „No idiota, przecież to jakiś obłęd!” i usunął kolegę ze znajomych. A później przez kilka dni jeszcze podnosiło się mu ciśnienie, gdy tylko przypomniał sobie tę dyskusję, i codziennie prawie szukał w wolnych chwilach dowodów na to, że słoń lata. A wszystko, co znalazł, umieszczał na Facebooku.

Pytanie do słuchaczy: Czy słoń uniósł się w powietrze?

Kot yin yang

Piękny przykład ilustrujący koncepcję yin yang. Słodki, śliczny i uroczy kotek, a w uszach ma wstrętne, ohydne świerzbowce. Świerzbowce są ohydne i wstrętne, ale mieszkają w ślicznych uszkach uroczych i słodkich kotków… Wszystko zawiera w sobie pierwiastek swojego przeciwieństwa. Ale cóż – jest nasz (a my jego), więc kuracja w toku.

Gienio

 

Older posts