szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

sprawy aktualne (page 1 of 2)

Aleppo egoistycznie, czyli o tym, co mi daje przejmowanie się losem ofiar wojny

Wojna. Bombardowanie. Przerażone, płaczące dzieci wśród gruzów. Krew, zwłoki. Nie chcemy tego widzieć. Mówią nam, że trzeba, że nie wolno się odwracać i odgradzać  własnego wygodnego życia od tragedii dziejącej się na tej samej planecie. Ale my i tak nie chcemy. Dochodzimy do wniosku, że nie możemy nic poradzić na to, co się dzieje. Czujemy niepokój, przerażenie i ból, ale wydają się nam one puste i niepotrzebne, bo jesteśmy daleko i choć współczujemy tym ludziom, to ich tragedia nie dotyczy nas konkretnie. Zamiast oglądać drastyczne materiały, wolimy zatem po prostu wysłać trochę pieniędzy lub nawet ich nie wysyłać, skoro nie jesteśmy pewni, czy w ogóle dotrą. Albo – z różnych powodów – wolimy zamknąć oczy i w ogóle nie wiedzieć nic. Bo po co wiedzieć? Ano, po to, by właśnie zaczęło nas to dotyczyć. Dlaczego? Choćby dla samych siebie. 

Zobaczyłem film pokazujący przerażone dziecko pod maską tlenową po bombardowaniu Aleppo bombami chemicznymi.  Wytrzymałem parę sekund. Przeczytałem bezpośrednie doniesienia z miasta, gdzie celowo zbombardowany został szpital dziecięcy i inne placówki zdrowia. Gdzie zrównano z ziemią wszystkie ośrodki pomocowe. Gdzie działa jedna karetka, dzięki której jeden człowiek zwozi w stosunkowo bezpieczne miejsca ludzi i zwierzęta, stara się zapewnić im podstawową opiekę medyczną i jakiekolwiek środki do życia. Nie mogłem spać dokładnie tak samo jak Asia, która podzieliła się ze mną tymi informacjami, a właściwie wepchnęła mi je na ekran komputera.

Mam taką strategię w życiu, by nie uciekać przed czymś, co bardzo mocno i uporczywie pojawia się w moim życiu i świadomości, więc w końcu przemogłem się i obejrzałem te filmy. I wiele innych. Zacząłem czytać. I rzeczywiście, święta racja, zdołowałem się. Przestałem czerpać przyjemność z czegokolwiek. Przestało mi się chcieć robić cokolwiek dla przyjemności. Dowiedziałem się, gdzie i jak można pomóc. Pomogłem w miarę możliwości. Zrobiłem to dla nich i dla siebie, niekoniecznie w tej kolejności. I to wcale nie był koniec.

Widok, naoczny widok ludzi, którzy muszą walczyć o życie, mocna i konkretna, nie tylko abstrakcyjna świadomość tego, że dzień wcześniej roztrzęsiony chłopiec z maską tlenową pytał przez łzy, czy umiera, widok lekarzy wyjmujących z inkubatorów noworodki, by przenieść je tam, gdzie nie docierają bomby, w konsekwencji nie zabrał mi radości życia, choć obawiałem się, że tak się stanie. Przede wszystkim pogłębił je. Codzienny kontakt z wiadomościami o obleganym Aleppo wywołuje we mnie smutek, współczucie, zniechęcenie wobec tzw. problemów pierwszego świata, odbiera ekscytację czy w ogóle zainteresowanie takimi sprawami jak szybko rozładowujący się telefon albo błędy w jakiejś tam, choćby i ulubionej, grze komputerowej. Dzięki temu, że mój świat nie ogranicza się już do bezpiecznego i przytulnego gniazdka, własnych, małych i wielkich kłopotów oraz skrzętnie wyselekcjonowanych informacji na różne tematy, czuję większy kontakt ze sobą, z nagim człowiekiem w wielkim świecie, którym przecież jestem mimo że obwarowałem tę świadomość tysiącami bodźców, wyrafinowaną rozrywką i hektolitrami nieustannie sączących się w mózg treści. Jestem bardziej. Mocniej. Dzięki temu, że wziąłem do siebie los innych. Własne problemy nie bolą już tak bardzo. Własne przyjemności nie wydają się już tak warte cennego czasu.  Smutek i ból, z którymi związana jest ciągła świadomość rozgrywającej się tragedii, to niewielka cena za te zjawiska, wykraczające daleko poza ramy mojego własnego ja. Bo mam jeszcze większą ochotę robić w życiu coś bardziej sensownego niż dotychczas. Lepiej pożytkować dany mi czas. Spędzać go więcej z najbliższymi. Mieć do nich więcej cierpliwości. A gdy otwieram swoją pełną lodówkę, by coś sobie z niej wybrać do jedzenia, wybieram zdrowiej i jem bardziej świadomie. Doceniam to, co mam. Dbam o to, dzielę się tym. To jedyny sposób, by nie mieć poczucia winy wobec dziewczynki z Aleppo, która do niedawna prowadziła na Tweeterze konto, a jej ostatnie wpisy mówiły o głodzie, nieustannym lęku i wyrażały krańcową, przerażająco dojrzałą rozpacz.

I życzę Wam wszystkim, żebyście też odnaleźli ten jedyny sposób. Żebyście przekroczyli smutek i szok, który przeżyjecie, gdy zetkniecie się pierwszy raz z materiałami z Aleppo. Żebyście nie uciekali od poczucia rozpaczy i bezradności w dywagacje polityczne czy filozoficzne, tylko po prostu zobaczyli każde zdjęcie, obejrzeli od początku do końca każdy film. Na początek tyle, ile dacie radę. Żebyście zostali z tym, co dzieje się z Wami, z Waszymi emocjami, z Waszymi ciałami, gdy to widzicie i słyszycie. Bo gdy to wszystko znajdzie sobie miejsce nie w Waszych umysłach, a w Waszych sercach, a wierzę, że znajdzie je szybko, przemieni Was. Staniecie się bliżsi tych ludzi, pryśnie kłamstwo siedzące w naszych głowach, że my jesteśmy inni, że nas to nie dotyczy. I gdy wrócicie do swoich zajęć, obowiązków i przyjemności, wrócicie inni – pełniejsi i spokojniejsi. Do własnego życia, które – zapewniam – nabierze nowego sensu. Niekoniecznie wielkiego i rewolucyjnego. Po prostu coś się zmieni. Chyba na dobre.

A teraz konkret. Nasza planeta. Nasza Ziemia. Nasi bracia i siostry. Równie dobrze moglibyśmy to być my i nasze rodziny, bo przed wojną tak właśnie w miarę spokojnie jak my sobie żyli:

i filmy. Nie dla dzieci i młodzieży. Dla Was.

 

Chcesz pomóc? Zapraszam TUTAJ. To jedna z bardzo niewielu lub jedyna droga docierająca w tej chwili do potrzebujących w Aleppo.

 

Grajkowe rozkminy o sobie i świecie

IMG_5767Wpadli do mnie na wieczór i noc goście z wielkiego miasta – ludzie, z którymi nigdy wcześniej nie przebywałem dłużej niż kilka godzin. Trochę starsi ode mnie, nastawieni na małą imprezkę w kameralnym gronie. Zdumieni, że znajduję czas na cokolwiek poza pracą i obowiązkami. Żonki nie było, synek spał. W warunkach tak klarownych zauważyłem dopiero, jak zmienił mi się tryb życia i preferencje co do sposobów spędzania czasu z ludźmi. Zdałem sobie sprawę, jak normalne dla mojego pokolenia jest przesiadywanie w takich sytuacjach do późnej nocy, nawet jeśli rozmowa specjalnie nie wciąga i jest „tylko” miło i przyjemnie, jak zwyczajne jest kompulsywne picie alkoholu bez jakichkolwiek względów na to, co w tej kwestii do powiedzenia ma organizm. Jakie to jest obowiązkowe. Ale nic to – dałem się ponieść sytuacji: wytrzymałem do drugiej, zmusiłem się do wypicia trzech szklanek whisky, której nie lubię, i poszedłem spać. Rano wstałem jak zwykle po siódmej, zjadłem jakąś kanapkę, wypiłem kawę i usiadłem do pracy. Goście obudzili się dwie godziny później i wtedy dopiero zrobiliśmy porządne śniadanie.

A jakby to było po mojemu? Siedzimy do ok. 23, każdy pije co lubi, lub nie pije w ogóle, idzie spać, kiedy chce… Ja bym pewnie ograniczył się tego wieczoru do 1-2 piw, innym razem może wypiłbym 4, jeszcze innym – siorbałbym sobie tylko ziółka. Wyspałbym się. Bo niby dlaczego wspólnemu spędzaniu czasu musi towarzyszyć trucie i poniewieranie organizmu? Przecież nawet w kategoriach relaksu – zawroty głowy, nadkwaśność, a rankiem kac to nic przyjemnego.

IMG_5755Starość mnie dopada, co? Może i tak, a mówiąc ściśle, wiek średni. Skronie mi szpakowacieją, duch się uspokaja… i dobrze mi z tym. To piękny świat, takie lato życia. Dużo słońca, sporo melancholii, dojrzałość. Za oknem sad, przestrzeń, cisza. Podobnie we mnie. Upodabniam się do tego starego domu i do krajobrazu wokół niego. A w życiu codziennym pilnuję, by nie dać się zwariować pędzącemu na złamanie karku otoczeniu i cywilizacji. Wciąż poznaję swoje granice – co we mnie jest tożsame ze światem i z innymi ludźmi, a co osobne i niezależne. Nabieram umiejętności zachowywania spokoju w rozgorączkowanym otoczeniu, czucia się dobrze ze sobą, gdy robię coś przeciwnego niż wszyscy wokół. Od wielu lat moją najbardziej podstawową i jedną z najważniejszych wartości jest świadomość. Czasami muszę mocno się jej trzymać, bywa że rękami i nogami. Tak jak prawa do wolnego czasu codziennie lub – gdy nie da się uniknąć nawału, sytuacji wyjątkowej, spiętrzenia – przynajmniej raz na kilka dni. Jeśli wieje zbyt mocno – puszczam. I zaraz wracam. Jeśli kiedyś zacznie wiać i nie przestanie, bo i tak w życiu bywa, będę musiał zorganizować wszystko inaczej, zrezygnować z tego i z owego. Ale nigdy nie ze świadomości i chwili wytchnienia, dzięki której życie ma smak, w głowie rodzą się nowe pomysły i dzięki której człowiek nie staje się robotem.

Trzydzieści pięć lat. Prawie półmetek. Piękny wiek.

Ludzie i pseudoreligia

(C) Reuters

Patrzysz na drugiego człowieka lub myślisz o nim, rozmawiasz z nim. Czy naprawdę jest to człowiek, czy może jego pogląd i sposób myślenia? Pytanie wydaje się banalne, ale w czasach, gdy wielu z nas jest „mieszkańcami Facebooka”, wcale takie nie jest. Przy okazji czytania w różnych miejscach sieci odpowiedzi na mój poprzedni post na temat imigrantów, zadawałem sobie pytanie o największą różnicę pomiędzy tymi, którzy nie mają nic przeciwko niesieniu im pomocy, a tymi, którzy nawołują do zamknięcia drzwi. I chyba znalazłem: ci ostatni nie mówią w ogóle o ludziach. Mówią o religii i poglądach, a nierzadko w rozbitkach (bo tak w sumie można nazwać „załogi” emigranckich łodzi płynących przez Morze Śródziemne) widzą terrorystów islamskich, od których ci rozbitkowie często właśnie uciekają. Lub w ogóle nie widzą ludzi, tylko religię. To religia wsiadła w ponton, to religia ledwo żywa dotarła do europejskich wybrzeży lub statków i to religia wchodzi na nasz ląd. Religię można utopić lub wyrzucić bez łamania jakichkolwiek zasad moralnych (niektórzy nawołują, by uratowanych rozbitków pytać o wyznanie, co już stanowi zaawansowane stadium dehumanizacji). Ja jednak widziałem wyraźnie nawet w telewizji ludzi – mieli ręce, nogi, głowę, oczy. Nie widzę więc szans, by dogadać się z przeciwnikami ratowania ich. Z mojego punktu widzenia ulegają głębokiemu złudzeniu. Nie da się rozmawiać z ludźmi, którzy zamiast żywej rzeczywistości widzą wiadomości ze stron internetowych i telewizji, bo żyją w innym świecie, więc dałem sobie spokój. Piszę do tych, którzy nie oślepili się, przedawkowując media i wytwory intelektu.

Oczywiście w myśl założenia, że na pontonach dryfują ku nam nie ludzie, a islam, i to radykalny, ja staję się nie zwolennikiem pomagania ludziom w potrzebie, a islamofilem. A cała dyskusja przybiera postać sporu o religie. Dla mnie to absurd, gdy trzeba ratować ludzi, nie pytam o ich wyznanie. Mogę zapytać później, gdy będzie potrzeba zapewnienia im i nam spokoju. Ale na tym etapie są tylko ludzie do uratowania. I gdybym stał na statku ratowniczym, wyciągając rękę, by wciągnąć na pokład ojca lub matkę z przemoczonym dzieckiem na rękach, a ktoś obok zacząłby im zadawać jakieś pytania lub wymądrzać się, kazałbym mu przynieść koc dla dziecka, a gdyby nie posłuchał, wrzasnąłbym na niego lub kazał się wynosić. Bez dyskusji.

Osobna obserwacja – żaden z polemizujących ze mną chrześcijan ani razu nie zająknął się na temat Ewangelii czy nauk Jezusa, mimo że kilkakrotnie wzywałem ich do tego, by się odnieśli do podstawowej treści religii, którą zdają się wyznawać. Wniosek – cóż, nie wyznają jej, wyznają pseudoreligię, którą być może stał się polski katolicyzm, jak twierdzi w wywiadzie dla Gazety teolog Stanisław Obirek. Pseudoreligię nie mającą nic wspólnego z duchowością, a szkodliwą, bo przeciwną wszystkiemu, co nie sprzyja jej samej. Również ratowaniu życia ludzkiego. Utwierdziłem się w tym przekonaniu, choć nie zdawałem sobie sprawy, że jest aż tak źle.

Jeden z argumentów przeciwko emigrantom z Syrii i Afryki to fakt, że większość muzułmanów w Europie wyznaje szowinistyczne poglądy, są wrogami Zachodu, antysemitami i uważają, że ich religia jest jedyną słuszną – dlatego według pseudochrześcijan należy ich utopić. Ciekawe, że dokładnie takie same szowinistyczne poglądy wyznają właśnie pseudochrześcijanie – są wrogami Wschodu, antysemitami i uważają, że ich religia… itd. Czy według swojej papierowo-intelektualnej wizji świata i człowieka też powinni iść się utopić? Pozostawiam to pytanie otwartym.

Co zrobiłbym ja? Wysłałbym ich wszystkich do tej samej szkoły, posadził w ławkach – szowinistyczny emigrant z szowinistycznym Polakiem – i nauczył, wszystko jedno czy za pomocą terminologii islamskiej czy chrześcijańskiej, czym przede wszystkim jest drugi człowiek.

A terroryzm islamski to osobny temat, z którym należy się rozprawić w sposób niezależny od pomagania potrzebującym. Chyba że ktoś chce być taki sam jak ci terroryści.

 

Drodzy pseudochrześcijanie, uczcie się miłości bliźniego od islamu

„Nagle opuszcza głowę, przygryza dolną wargę ząbkami i powoli podnosi rączki. I stoi w tej pozycji, nie mówiąc ani słowa. To niełatwe – pocieszyć dziecko, które myślało, że aparat fotograficzny to wymierzony w nie karabin, gotów do strzału. Nazywa się Hudea i ma tylko cztery latka. Straciła tatę w bombardowaniu miasta Hama. Przybyła do obozu Atme na granicy turecko-syryjskiej ze swoją – bardzo niespokojną – mamą i trojgiem rodzeństwa”. (C) Turkiye

Jedną z kilku najważniejszych rzeczy w prawie islamskim jest zakaz odmawiania pomocy potrzebującym. I gdyby wszyscy zwykli, gościnni zazwyczaj i przyjaźni muzułmanie poczytali, co wypisuje przytłaczająca większość moich rodaków o przyjmowaniu emigrantów z ogarniętej wojną Syrii, musieliby zrewidować swój pogląd na nasz temat i przyznać rację islamskim ekstremistom. Że może jednak jesteśmy źli i lepiej by było dla świata, gdyby nas na nim nie było. Wstyd. Przykro. Nie chcę, żeby tak o nas myślano.

Dlaczego tacy jesteśmy? Boimy się terrorystów? Oni i tak tu są, nie potrzebują ludzi poszkodowanych przez wojnę. Boimy się marszów islamskich, krzykaczy i roszczeniowców? Mamy ich też w naszym społeczeństwie. A pseudochrześcijańskich krzykaczy i roszczeniowców spod znaku Radia Maryja, Macierewicza, niby-to-prawdziwych Polaków, „patryjotów zawodowych” itp. ja z kolei coraz bardziej się boję. Nawet nie ma sensu zadawać im pytania, czy Jezus pytał kogokolwiek o wyznanie czy poglądy, gdy mu pomagał. Tu nie o chrześcijańską miłość bliźniego (a raczej jej brak) chodzi – chodzi o ksenofobię i strach o własną tożsamość, za którymi kryje się lęk przed tym, że ich prawda przestanie być uważana za jedyną słuszną, że do głosu zostaną dopuszczeni kolejni ludzie, którzy myślą inaczej niż oni. Bo przecież cała ich tożsamość oparta jest na tym, że mają rację, na ich poglądach. „Precz z muzułmanami” – piszczy ze strachu ich rozdęte ego – „precz z gejami i lesbijkami, precz ze wszystkimi znakami i symbolami poza krzyżem i orłem białym, precz ze wszystkimi mediami poza naszymi, precz ze wszystkimi poza nami, którzy ośmielają się mieć głos i istnieć w przestrzeni publicznej, bo jeśli jakikolwiek światopogląd inny niż nasz stanie się normą, to zniknę!”. Zupełnie to samo dzieje się prawdopodobnie w umysłach islamskich terrorystów. To są ludzie z tej samej bajki.

Tymczasem nie o ich drogocenne poglądy, sposób życia i przyzwyczajenia tu chodzi, a o zdrowie i życie ludzi. Utkwiło mi w pamięci zdanie z reportażu o łodziach i pontonach emigrantów, który oglądałem w telewizji portugalskiej: „Europa zachowuje się, jakby to ona była ofiarą w tej wojnie”. Świetna ocena strategii i retoryki porażki, którą posługują się pseudochrześcijanie, skamlący tu i ówdzie, jak bardzo katolicyzm jest w Polsce dyskryminowany. Samolubstwo ma to do siebie, że zawsze mu mało, zawsze należy mu się więcej, a jakakolwiek pomoc innym to krzywda. I dotyczy to też zbiorowej tożsamości polskich ksenofobów. Nie pamiętają już, co to jest wojna. Że kiedy chodzi o życie własne i najbliższych, przestają być ważne poglądy walczących stron. Ci ludzie wypływają ze swoimi małymi dziećmi na pełne morze w kruchych pontonach. Jakie piekło muszą przeżywać, że decydują się na coś takiego? I kim jest człowiek, który odnalazłszy ich, nie wyciągnie do nich ręki, lecz – jak chciałby pewien profesor z YouTube’a – im tę łódź utopi?

Do wszystkich niezdecydowanych, czy przyjęcie emigrantów i otwarcie się na nich na co dzień (bo będziemy ich spotykać na ulicach) stanowi naprawdę aż takie zagrożenie: Jeśli macie jakiekolwiek wątpliwości, to znaczy, że będziecie w stanie to zrobić w odróżnieniu od tych, którzy z góry wszystko wiedzą: poczytajcie o ich kulturze i religii, choćby w Wikipedii. Same podstawy. Poczytajcie, na czym polega islam, co stanowi jego istotę i jak wygląda jego prawo. Posłuchajcie opowieści tych, którzy byli w krajach muzułmańskich jako turyści. W sposób otwarty, z ciekawości, tak jakbyście to zrobili być może wtedy, gdyby wasz sąsiad czy kolega z pracy żenił się z muzułmanką. I błagam, nie porównujcie sytuacji Polski czy Polaków do ogarniętego wyniszczającą wojną kraju.

Osobny akapit dla tych, którzy rozmywają problem, twierdząc, że wiele polskich rodzin potrzebuje pomocy i to im trzeba pomóc. Dobrze. W waszych miastach jest ich pełno – po co się troszczyć o inne? A gdy się lepiej zastanowić, nie wszystko idzie jak trzeba w waszych rodzinach (pomijając waszą znieczulicę, która zresztą wam nie przeszkadza), a Ojciec Święty Jan Paweł II mówił, że rodzina to podstawa. Więc zamiast polskim dzieciom, trzeba najpierw pomóc rodzinie. I tak coraz bardziej można zawężać obszar, w którym działa empatia, aż do czubka własnego nosa. I życzę wam, żebyście się nim zajęli na tyle, by nie chciało się już wam pisać tych szkodliwych bzdur.

A wracając do armii rasistów i ksenofobów, która nagle się ujawniła i z którą nie sposób ani dyskutować, ani ją przegłosować, ani w ogóle nie zostać oplutym za to, co się tutaj pisze – wiecie co, przytłaczająca większości moich rodaków? Nie chce mi się, kurwa, z wami gadać. Cieszę się, że mieszkam daleko od was.

o tym, że za lat kilkadziesiąt wybitny polski językoznawca i patriota może nazywać się George, i co z tego wynika

Postrzyżyny_MieszkaJuż od niedzieli będzie można nadać swojemu potomkowi imię Justin, Brad, Kim, a może nawet Kardashian. Smutne to trochę, choć przecież nie można ludziom zabraniać nazywać dzieci, jak chcą. Język, czyli to, co chyba najwyraźniej definiuje daną kulturę, powoli zaczyna się zwijać z naszej krainy.  Biorąc pod uwagę dominację kultury anglojęzycznej, czeka nas pewnie powolny zanik jednej z najbardziej pierwotnych i podstawowych rzeczy, która trzyma człowieka przy jego kulturze – imienia.

Z językiem w muzyce sprawa ma się coraz gorzej już od dłuższego czasu. Pewnego razu trafiłem na zestawienie najlepiej zapowiadających się wykonawców 2015 roku. Wśród kilkunastu zespołów i solistów tylko jeden czy dwoje nazywało się tak, że można było to podciągnąć pod język polski. A i tak śpiewają głównie po angielsku. I mamy taką sytuację: polskojęzyczny artysta śpiewa dla polskojęzycznej publiczności po angielsku, kalecząc mniej lub bardziej wymowę. Ludzie się cieszą, klaszczą… Kiedy to się stało normalne? Bo dla mnie taki obrazek wali po oczach (i uszach przede wszystkim) absurdem. Uśmiałbym się jak dziki osioł, gdyby w gruncie rzeczy nie było to smutne. Stajemy się pomału kulturową kolonią Stanów Zjednoczonych. Na własne życzenie. Bo kto nam zabroni?

o różnicy między podążaniem skądś, a podążaniem dokądś

Nie przekonuje mnie walka z aborcją – kiedy słyszę takie hasła, w umyśle mam walkę i aborcję. Jestem za to ogromnym zwolennikiem egzekwowania prawa do życia nienarodzonych. Mam wówczas w umyśle prawo i życie. Przygnębia mnie też narzekanie na bezmyślną konsumpcję. Przez cały czas gdy miałem w głowie opinię, że „to straszne, że tyle wokół bezmyślnej konsumpcji”, czułem się jak jakiś mały, bezbronny człowieczek w nieprzyjaznym świecie. Kiedy natomiast myślę o propagowaniu zdrowego, świadomego stylu życia lub innej pozytywnej, ale konkretnej alternatywie dla owej konsumpcji, czuję jak razem ze mną świat idzie do przodu.

Sądzę zresztą, że kwestia doboru słów dla swojego przekazu nie kończy się na odczuciach. Wierzę, że wszelka zmiana jest bardziej możliwa, skuteczniejsza, trwalsza, przyjemniejsza i bardziej satysfakcjonująca gdy zamiast zabierać sobie, ludziom czy światu to, co jest niepożądane, daję coś, co jest pożądane. Walczący z terroryzmem, jeśli zwyciężają, osiągają najwyżej brak terroryzmu. Walcząc o pokój i zgodę – i zwyciężając – osiągają pokój i zgodę. To ostatnie jest dla mnie bardziej przekonujące i przede wszystkim konkretne. W postulatach z Porozumień Sierpniowych więcej było o tym, czego postulujący chcą niż czego nie chcą. Może dlatego udało im się coś osiągnąć?

Oczywiście nie ma stuprocentowych recept na zmianę świata. Świat jest w porządku, nie trzeba go zmieniać. Mamy wszystko, co jest potrzebne do szczęścia. W drodze do tego, czego pragnę dla siebie i dla świata, zamiast iść tyłem wolę patrzeć naprzód. Nie idę OD, lecz DO.

o korporacji i jej wybrańcach

Korporacja jest jak starotestamentowy Bóg. Do wielkiego zadania wybiera tego, który w jej oczach jest największy. Obsypuje go łaskami i bogactwem i wydaje rozkazy. Kiedy zadanie jest skończone, łaski się kończą, zaś korporacja przestaje objawiać się temu, który dla niej i w jej imię dzieła dokonał.

Może porównanie wydać się niestosowne dla kogoś religijnego. Ale tak już na świecie jest – za religię dominującą i siłę najmocniej działającą w społeczeństwie mamy korporacjonizm, a nie teizm.

Dwa cytaty, do połączenia w dowolnie wybrany sposób

Urok manii religijnej polega na tym, że posiada ona moc wyjaśniania dosłownie wszystkiego. Kiedy tylko przyjmiesz Boga (lub Szatana) jako praprzyczynę wszystkiego, co ma miejsce na Ziemi, przypadek jako taki oraz wszelkie zmiany tracą swoją rację bytu. Kiedy przyswoimy sobie stwierdzenia w rodzaju: „spoglądamy teraz przez ciemne zwierciadło” albo „niezbadane są wyroki boskie”, możemy pożegnać się z powszechnie przyjętymi prawami logiki. Mania religijna to jeden z niezawodnych sposobów reagowania na wszelkie osobliwości tego świata, ponieważ bezwzględnie eliminuje on istnienie czystego przypadku. Dla prawdziwego fanatyka religijnego wszystko ma jakiś cel.

Stephen King, Bastion,
tłum. Robert Lipski, Zysk i S-ka 2007, s. 513

Wąskie horyzonty, brak wyobraźni, nietolerancja. Oderwane od rzeczywistości tezy, pusta terminologia, uzurpowane ideały, sztywne systemy. Właśnie takich rzeczy się najbardziej boję. Boję się ich i nienawidzę z całego serca. Oczywiście to ważne, czy coś jest słuszne, czy nie. Ale takie indywidualne mylne sądy w większości wypadków da się skorygować. Jeżeli tylko ma się odwagę przyznać do błędu, zwykle da się wszystko naprawić. Ciasnota umysłowa, brak wyobraźni i nietolerancja są jak pasożyty. Zmieniają właściciela, zmieniają kształt i żyją wiecznie. Nie ma przed nimi ratunku. (…) Chciałbym umieć wyśmiać takie rzeczy, ale nie potrafię.

Haruki Murakami, Kafka nad morzem,
tłum. Anna Zielińska-Elliott, Muza 2007, s. 245-246

o tym kiedy jedzenie staje się istotą

Taką oto informację znalazłem na Interii: upolowana przez pewnego człowieka kaczka została schowana do lodówki. Następnego dnia okazało się, że ptak żyje. Rodzina uleczyła go i wypuściła.

To specyficzne, że ludzie odkryli w biednym ptaku żywą i czującą istotę w momencie odnalezienia go umierającego we własnej lodówce, a nie w momencie, gdy do niego mierzyli ze strzelby…

Older posts