szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Author: nocny grajek (page 2 of 34)

Klimaty prusko-tybetańskie

IMG_5491Jak dobrze jest raz na pewien czas wsiąść w samochód i pojechać na 3-4 dni tam, gdzie akurat człowieka niesie. Tym razem – jak rzadko – niosło mnie do nowo poznanych ludzi, widzianych do tej pory raz lub dwa, przelotnie, ale obiecująco. Było tak różnorodnie, że z trudem sobie przypominam ostatni czwartek: Cudem odnalazłem stare, pruskie grodzisko, trafiłem do otoczonego prawdziwą drewnianą palisadą z wieżyczkami grodu Kazika – wskrzesiciela kultury Prusów, a po długich, nocnych rozmowach na wiele ważnych tematów i po kilku godzinach snu ruszyłem dalej. Spotkałem starych znajomych i przyjaciół w stolicy, po raz pierwszy od lat poszedłem na medytację w grupie, kupiłem dwa meble i farby do ścian, aż w końcu ledwo trafiłem na imprezę ludzi przebranych za Prusów w Łysobykach. Rano życzliwi Prusowie pomogli mi odpalić auto z rozładowanym akumulatorem i w końcu wróciłem do domu. Nieźle, jak na jeden IMG_5513weekend, nawet jeśli dorzucić piątek, prawda?

Wszystko było piękne i inspirujące, a przynajmniej ciekawe i dobre, ale największą przygodą była medytacja. Powinienem raczej rzec – częścią największej przygody, ponieważ ta zaczęła się już tydzień temu w Krakowie, gdzie przyjechał Sakyong Mipham Rinpocze, głowa szkoły Szambala. Pojechaliśmy tam, licząc na jakiegoś kopa, który by nam ułatwił powrót do codziennej medytacji. I otworzył się przed nami nowy świat w ramach tejże. Okazało się, że Sakyong to syn i uczeń samego Chogyama Trungpy, jednego z autorów, których książki trafiły do mnie (a raczej we mnie) najcelniej. Sama medytacja i podejście do niej z początku skojarzyło mi się bardzo z Potęgą teraźniejszości Eckharta Tollego, co wzmogło moje zainteresowanie. Udzielałem się zatem w prowadzonych przez Sakyonga i innych nauczycieli ćwiczeniach, warsztatach i dyskusjach zarówno pasywnie, jak i aktywnie.

IMG_5392Wracaliśmy pociągiem przed świtem, a świecił nam w okno księżyc w zaćmieniu. Właściwie to świecił mnie, bo reszta spała w przedziale, co dla mnie było niepojęte – ja nie mogłem zamknąć oczu – zmieniający kształt i kolor satelita, mgły, jutrzenka, wschód słońca… Nawet bez tych dwóch dni spędzonych na medytacji było to dla mnie zbyt wiele piękna, żeby zasnąć.

W domu zaczęliśmy codzienną medytację. Technika proponowana przez Szambalę jest bardzo zbliżona do zazen, jednak mniej restrykcyjna, jeśli idzie o pozycję i mniej skoncentrowana na oddechu, a bardziej na doświadczaniu chwili obecnej i czymś, co można nazwać „radykalną akceptacją” – przyjmowaniem każdej myśli, jaka pojawia się w głowie, każdej emocji, każdego bodźca z zewnątrz takimi, jakie są, bez względu na to, czy podobają nam się, czy nie. „Everything is welcome”. W ten sposób naprawdę jesteśmy. Żeby ocenić i pochwalić lub zganić, trzeba się od obiektu oceny oddzielić, a tu nie o to chodzi.

W warszawskim ośrodku Szambali medytacje odbywają się w środy i w piątki, zatem w piątkowy wieczór stałem już u drzwi wraz ze Sławkiem, który kilka miesięcy temu zaraził mnie Eckhartem Tollem, a którego zaciekawiły teraz moje opowieści o medytacji. Pierwszy raz spotkałem sanghę tak otwartą na rozmowy o duchowości. I szkołę, która poza medytacją, uczy również… słuchania. Po medytacji bowiem wykonaliśmy coś w rodzaju ćwiczenia polegającego literalnie na świadomym mówieniu i świadomym słuchaniu. Medytacja podczas rozmowy – do tej pory myślałem, że to tylko taki pomysł kiełkujący gdzieś w mojej głowie pośród masy innych. Albo element zwykłej psychoterapii.

Co tu dużo gadać – nie tylko dostałem tego duchowego kopa, którego szukałem w Krakowie. Jestem też coraz bardziej zaskoczony i zainspirowany. I mam takie nieśmiałe marzenie…

minionkowa masakra (niepolecanka)

Gdy Minionki szalały z zachwytu nad festiwalem zła, zacząłem częściej spoglądać na ekran znad książki. Gdy na ekranie pojawiło się wnętrze samochodu złodziei i dzidziuś na przednim siedzeniu podał ojcu pistolet, przestałem czytać. A kiedy Minionki zaczęły pomagać złej Scarlett O’Haracz, uzmysłowiłem sobie, że zawsze powinienem oglądać przynajmniej we fragmentach to, co ogląda mój pięciolatek. Bo Minionki oglądał już czwarty raz. Uwielbia je. Ale wróćmy na ekran: podczas sceny w sali tortur i zabaw na szubienicy zawołałem żonę i odtąd oglądaliśmy całą trójką. A gdy parodia kolesia z Teksańskiej Masakry Piłą Łańcuchową odpaliła narzędzie, a Wojtuś stwierdził „Chce ich przepiłować”, powiedziałem:
– Przecież to jest straszne.
– Dla mnie nie jest straszne – oświadczył synek. – Dla mnie jest fajne.

Cały problem z Minionkami polega na tym, że nie ma w tym filmie prawie żadnych pozytywnych postaci, a główni bohaterowie też czynią zło jako niemądre stworki służące każdemu, kto im akurat wpadnie w oko. Podłość, makabra i okrucieństwo przedstawione są umownie, za pomocą fajnej animacji – tak, że dzieci… mogą się spokojnie z nimi utożsamić. Tymczasem dla najmłodszych wyraźna granica między dobrem a złem jest niezwykle ważna. Zatem rodzice – sami obejrzyjcie kilka scen, a najlepiej całość, zanim zdecydujecie, żeby Wasze dzieci to oglądały. Szczególnie te młodsze. To nic, że w McDonaldsie do posiłków dla dzieci dają figurki Minionków, to nic, że wyglądają one słodziej niż Teletubisie, to nic, że w supermarketach można kupić skarpetki z Minionkami w rozmiarze dla czterolatków. Moim zdaniem film nie nadaje się dla dzieci młodszych niż 7-8 lat. Osobiście w ogóle nie widzę w tej animacji niczego wartościowego. Może poza tym, że film pozwala zauważyć fakt, że zło niekoniecznie bierze się z chciwości lub znikąd, ale czasem z głupoty. Zastanawiam się, czy to komuś specjalnie zależy na postawieniu moralności do góry nogami u dzieci wychowywanych przez popkulturkę, czy to po prostu beznadziejna wypadkowa kapitalizmu i nastawionego na łatwy zysk przemysłu. Mam nadzieję, że to drugie, bo ponoć pierwszy film z Minionkami nie jest aż tak bezsensowny.

Żeby nie było, że jeno grzmię z ambony, polecam inną bajkę, na którą nie szkoda wydać ani złotówki w kinie: Song of the Sea, czyli w wersji polskiej Sekrety morza. Piękna opowieść dla dorosłych i ciekawa dla dzieci. Z muzyką i rysunkami, które zapadają w pamięć na długo. Wybieramy się też z chłopakiem na W głowie się nie mieści – bajkę o… emocjach. Najwartościowsze są chyba te filmy, przy których dziecko może się nie tylko pośmiać, ale i poznać samego siebie i to, co w nim siedzi.

 

 

o tęczach i matowości wcale nie wrześniowej

Trudny i stresujący dzień. Sprzęt odmawiający posłuszeństwa, znudzony pięciolatek, zebranie w wiosce i niełatwa konfrontacja. Dobrze, że żonka wróciła. Przywitała ją ogromna, intensywna tęcza, przepiękne chmury i słońce. A tęcze u nas występują prawie zawsze, gdy pada. I są spektakularne. Niestety, nie wziąłem aparatu, gdy wyjeżdżałem po K. na dworzec, więc musiałem zadowolić się kolejnymi zdjęciami z podwórka wykonanymi po powrocie.

Odkąd synek poszedł do zerówki, sam czuję się trochę jak w szkole. We wtorki basen i angielski,w  czwartki angielski – regularne jechanie tu i tam… Brzemienny od poezji i deszczu wrzesień nabiera znów takiego odcienia, jak przed laty. Tylko moja energia już nie taka – świat widzę bardziej selektywnie, nie wchodzę aż tak głęboko w to, co robię – mimo „potęgi teraźniejszości” i medytacji trochę zmatowiałem. Ale jesień to właśnie dobry czas, by popracować nieco nad ostrością życia. Za tydzień jedziemy do Krakowa na trzydniowe spotkanie z Sakyongiem Miphapem, uczniem samego Czogiama Trungpy – najbardziej przemawiającego do mnie nauczyciela buddyzmu tybetańskiego. Będzie nauka i medytacja. Zabieramy ze sobą kawałek Warmii, czyli Kasię z Wipsowa. Będzie byczo. I pięknie.

No to teraz ta tęcza:

IMG_5320

o krzyżu

IMG_4466Choć chrześcijaninem nazwać mnie nie można, staram się chrześcijaństwo zrozumieć w taki sposób, żeby i ono było dla mnie inspiracją i źródłem siły do poszukiwania odpowiedzi, a przede wszystkim do poszukiwania pytań. Dlatego pozwalam sobie wgłębiać się po swojemu w kluczowe dla tej religii kwestie.

Na przykład krzyż. Kiedy widzę na jakiejś ścianie wizerunek torturowanej istoty ludzkiej, przepełnia mnie gorycz i smutek. Zbyt dosadny i siermiężny to symbol jak na mój gust – cierpiętnictwo, sadyzm, masochizm i ponurość wielka. Mimo że nie jestem ani trochę wrogiem chrześcijaństwa czy katolicyzmu, zdejmuję go z kolejnych ścian, wśród których przychodzi mi mieszkać.  A jednak…

Żeby zrozumieć, co mądrego chce przekazać na temat życia chrześcijanin, buddysta czy indiański szaman, trzeba porzucić na chwilę własne poglądy, odczepić je od siebie, zapomnieć o nich i przywdziać bez oceniania , poglądy, założenia i paradygmaty danej religii. Nie jest to łatwe – z buddyzmem udawało mi się to dopiero po dwóch latach bardzo intensywnego czytania, słuchania i studiów. Czytając w czasopiśmie „Sens” i w internecie na temat św. Hildegardy, pomyślałem sobie: załóżmy, że Bóg to osoba, że Jezus to ów Bóg i człowiek jednocześnie, że Bóg stworzył człowieka itd. – załóżmy prawdziwość wszystkich chrześcijańskich dogmatów.

Według Hildegardy Bóg dał człowiekowi ogromną moc. Taką moc mało kto potrafi udźwignąć. Do takiej mocy większość obdarowanych nawet się nie przyznaje. Posiadaniu takiej mocy najłatwiej jest po prostu zaprzeczyć. Taka moc oznacza bowiem nie tylko wolność i otwarte drzwi do kreowania własnego życia. Oznacza również wielką odpowiedzialność. I wiąże się z ogromną odwagą. To ciężar. Ciężar, który możemy wziąć lub nie. Nikt nas do tego nie zmusza.

Podobnie chrześcijanie mówią o krzyżu.

Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje! (Ewangelia wg św. Marka, rozdział 8)

To znaczy: porzucić wszelkie marzenia i cele, skupić się na tym, jak nam ciężko, i zamęczyć się na śmierć? Nigdy nie chciało mi się wierzyć, że w tak starej i mądrej religii chodzi właśnie o to. Co prawda widoczna jest wśród katolików spora grupa myśląca, że najlepiej jest siedzieć na tyłku, dawać się dręczyć wszystkiemu, co może nas zranić, uważać to za cnotę i oskarżać o pychę wszystkich, którzy twierdzą, że człowiek może czegokolwiek dokonać. Na szczęście ta grupa, oprócz zapałowania na śmierć siebie samych, nie jest chyba w stanie zaszkodzić poszukiwaniom duchowym chrześcijan. Krzyż, na którym umarł Jezus, to przecież nie tylko cierpienie, ale i ogromna moc – moc wiary we własne zmartwychwstanie, moc cudu, moc przemiany.

Nadal uważam, że można przekazać radosną, choć trudną nowinę o boskiej naturze człowieka w mniej drastyczny i okrutny sposób niż przybijanie do ścian i stawianie przy drogach wizerunków narzędzi tortur z przytwierdzonym do nich założycielem własnej religii, ale to jest już kwestia specyficznej mentalności i kultury. Jeśli myśląc o krzyżu, przesuniemy punkt ciężkości z cierpienia na dar, jakim są właściwości naszego umysłu, nie tylko połączymy koncepcję krzyża z moim ulubionym biblijnym cytatem (Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, owszem, i większe od tych uczyni, bo Ja idę do OjcaJ14,12), ale także ze wszystkimi nowymi dość odkryciami fizyki kwantowej i psychologii, które mówią, że nasz umysł kreuje nasze doświadczenia.

Może te moje wywody to kompletny nonsens z punktu widzenia teologii, może popełniam jakiś podstawowy błąd w założeniach. Na pewno stanowią one bluźnierstwo dla tych, których wiara w Boga ogranicza, a nie wyzwala, i którzy twierdzą, że jesteśmy jeno vanitas vanitatis. Ale cóż – oni mają do cytowania całą masę innych niż św. Hildegarda postaci z chrześcijańskiego średniowiecza. I, niestety, współczesności.

Blogi i ludzie

Zaglądam na różne blogi, a tam po 15-20 komentarzy, prawie same słowa życzliwości i poparcia. Tutaj jeśli ktoś się odezwie, to tylko po to, by polemizować (no chyba że piszę o sprawach błahych i prostych). Większość (czyli jakieś 3 do tej pory) komentarze musiałem usunąć ze względu na wulgaryzmy i prymitywne obelgi. Abstrahując od ostatnich wpisów, które musiały powstać i bardzo się cieszę z tego, że dla tylu osób okazały się ważnym i wartym przekazania dalej głosem, ten blog zaczyna mi się kojarzyć z zimną, czarną dziurą. A nie chce mi się pisać o pierdołach, wstawiać zdjęć kotów i w każdym poście zachwycać się, jak to cudownie się mieszka na wsi. Takie rzeczy fajnie mi się czyta przy kawie, jeśli kto ciekawie je opisuje. Ale nie pisze. Rozpisywać się w komentarzach też mi się nie chce, bo niby po co? Żeby się zmęczyć? Żeby dokładniej opisywać widziane przez siebie drzewo tam, gdzie ktoś widzi kamień, i zostać uznanym za idiotę? Wybaczcie, fejzbukowi polemiści i jedyny tutejszy polemisto, ale gdy widzę, że różnica nie dotyczy poglądu, a mentalności oraz sposobu postrzegania świata i ludzi w ogóle, to absolutnie nie widzę szans na jakiekolwiek porozumienie na poziomie pisanych na odległość słów.

Zrobiłem w życiu sporo rzeczy, które zmieniały moją świadomość i obraz świata. Robię je nadal, świadomie, choć wiem, że ceną za to jest brak porozumienia z większością ludzi, która tych rzeczy nie robi. Widzę zatem wiele spraw inaczej. Gdy pada słowo „inaczej”, automatycznie powstaje pytanie „lepiej czy gorzej”. I w tym momencie zaczyna się rozjazd i dyskomfort dla ego. Bo jeśli lepiej, to wynoszę się ponad innych. Jeśli gorzej, to wszystko, co mówię, jest bełkotem idioty. Tymczasem cóż… u mnie to pytanie nie powstaje. Widzę jednak bezsens komunikowania się z przypadkowym czytelnikiem na poziomie tak kalekim jak słowo pisane – i tyle. Bez wartościowania – po prostu magnes nie przyciąga kamienia, nóż nie kroi węgla, śmietana nie wzbogaca benzyny, a masło nie klei cegieł. Nie działa i tyle. Nie będę tego rozwijał, i tak już zbyt dużo napisałem. Po co pisać własne opinie i rzucać je na forum publiczne? Żeby widzieć coraz większą przepaść pomiędzy sobą a innymi? Świat idzie w swoją stronę, rozjeżdżając po drodze tych, którzy myślą inaczej niż ogół. Iść tam na siłę, żeby uśmierzyć poczucie samotności?

Lepiej już znaleźć jakąś niszę tych, z którymi jednak coś wspólnego mam i razem coś robić. Nie pisać, tylko robić – być o krok naprzód od siedzących przed komputerami pisaczy. Nie zależy mi na poklasku, ale miło codziennie poczuć choć przez chwilę, że nie tylko małżonka i dwoje-troje ludzi w całym kraju podziela mój sposób patrzenia na świat. Bo przecież jest cała masa innych, podobnie patrzących – widzę, co piszą, co mówią, co robią. Cóż, pora wrzucić drugi bieg. Pisanie i internetowe polemiki osłabiają mnie i zabierają czas, który mogę spożytkować na działanie. Znowu się o tym przekonuję – widać raz, dwa, dziesięć razy nie wystarczy. Może pomogę komuś, kogo ktoś inny wyrzucił lub zostawił na ulicy, bo pomylił go z kimś, o kim czytał w internecie. Lecz gdy tłum będzie gonił kogoś / W strzępach munduru ślepą drogą / To póki co uchylę drzwi. Nie warto o tym pisać. Warto uchylić. Nie będę więc pisał, ale będę uchylał. Niech głową w mur bije – komu nie żal głowy. 

2012.09.02 13-10-33-P1080703A do kogo piszę te słowa? Do nikogo. Dla siebie. Nie, przecież nie tylko. To taki list w butelce puszczony w  morze pustych słów. Dla kogoś, kto kiedyś może to przeczyta i dokładnie będzie wiedział, o co mi chodzi, co się za tym kryje. Uśmiechnie się i napisze, a ja się z nim umówię na wspólny spacer lub całą wyprawę i to będzie być może jedyna warta tego całego pisania rzecz, jaka może z niego wyniknąć.

To jeszcze na koniec rozwinięta nieco przeze mnie buddyjska przypowieść o ślepcach i słoniu. Tak żeby zobrazować daremność polemiki, gdy nie ma wspólnej płaszczyzny. W sumie mogłaby być jedyną treścią tego wpisu.

Przypowieść

Ślepcy spotkali słonia. Każdy z nich, chcąc zbadać, co to za zwierzę, przypadł do niego i jął macać go, każdy z innej strony. Ten, który dorwał trąbę, rzekł:
– Słoń jest podłużny i giętki jak wąż.
– Bzdura, słoń jest twardy, nieruchomy i przypomina drzewo – odparł ten, który macał słoniową nogę.
– Nieprawda, ma wielkie skrzydła i unosi się w powietrzu – odezwał się trzeci, który, unosząc dłonie, usiłował złapać słonia za ucho.

Każdy z nich wiedział wszystko, co wie, myślał zatem, że wie wszystko.

Gdy oddalili się i zasiedli przed komputerami, każdy opisał słonia na swoim blogu i udostępnił wpis na Facebooku. Dostawali lajki i słowa poparcia, a także komentarze polemiczne, słowa niezgody – te ostatnie niemal wyłącznie od ludzi, z którymi nie mieli żadnej styczności na żywo. W odpowiedziach na te komentarze opisywali słonia po swojemu, coraz dokładniej, jakby chcieli przez to udowodnić, że słoń naprawdę wygląda tak, a nie inaczej.

Wreszcie ten ślepiec, który myślał, że słoniowe uszy to skrzydła, zapoznał się z komentarzem kolegi: „Słoń nie może unosić się w powietrzu – ma kształt walca, jest ciężki i nie da się go oderwać od ziemi, na dodatek w ogóle nie ma skrzydeł. Słyszałeś kiedyś o drzewie, które lata? Miałem cię za inteligentnego człowieka, zawsze cię tak podziwiałem, porozmawiajmy poważnie!”. Uniósł brwi, pokręcił głową, powiedział głośno: „No idiota, przecież to jakiś obłęd!” i usunął kolegę ze znajomych. A później przez kilka dni jeszcze podnosiło się mu ciśnienie, gdy tylko przypomniał sobie tę dyskusję, i codziennie prawie szukał w wolnych chwilach dowodów na to, że słoń lata. A wszystko, co znalazł, umieszczał na Facebooku.

Pytanie do słuchaczy: Czy słoń uniósł się w powietrze?

Czym jest twoja prawda?

Esencja. Po co się kłócić i spierać? Swoją prawdę każdy odnajdzie w sercu. Obyśmy o nim nie zapominali w tym, co robimy i mówimy. I w tym, co piszemy, choć to może zbyt wysokie wymaganie. ;)

Ludzie i pseudoreligia

(C) Reuters

Patrzysz na drugiego człowieka lub myślisz o nim, rozmawiasz z nim. Czy naprawdę jest to człowiek, czy może jego pogląd i sposób myślenia? Pytanie wydaje się banalne, ale w czasach, gdy wielu z nas jest „mieszkańcami Facebooka”, wcale takie nie jest. Przy okazji czytania w różnych miejscach sieci odpowiedzi na mój poprzedni post na temat imigrantów, zadawałem sobie pytanie o największą różnicę pomiędzy tymi, którzy nie mają nic przeciwko niesieniu im pomocy, a tymi, którzy nawołują do zamknięcia drzwi. I chyba znalazłem: ci ostatni nie mówią w ogóle o ludziach. Mówią o religii i poglądach, a nierzadko w rozbitkach (bo tak w sumie można nazwać „załogi” emigranckich łodzi płynących przez Morze Śródziemne) widzą terrorystów islamskich, od których ci rozbitkowie często właśnie uciekają. Lub w ogóle nie widzą ludzi, tylko religię. To religia wsiadła w ponton, to religia ledwo żywa dotarła do europejskich wybrzeży lub statków i to religia wchodzi na nasz ląd. Religię można utopić lub wyrzucić bez łamania jakichkolwiek zasad moralnych (niektórzy nawołują, by uratowanych rozbitków pytać o wyznanie, co już stanowi zaawansowane stadium dehumanizacji). Ja jednak widziałem wyraźnie nawet w telewizji ludzi – mieli ręce, nogi, głowę, oczy. Nie widzę więc szans, by dogadać się z przeciwnikami ratowania ich. Z mojego punktu widzenia ulegają głębokiemu złudzeniu. Nie da się rozmawiać z ludźmi, którzy zamiast żywej rzeczywistości widzą wiadomości ze stron internetowych i telewizji, bo żyją w innym świecie, więc dałem sobie spokój. Piszę do tych, którzy nie oślepili się, przedawkowując media i wytwory intelektu.

Oczywiście w myśl założenia, że na pontonach dryfują ku nam nie ludzie, a islam, i to radykalny, ja staję się nie zwolennikiem pomagania ludziom w potrzebie, a islamofilem. A cała dyskusja przybiera postać sporu o religie. Dla mnie to absurd, gdy trzeba ratować ludzi, nie pytam o ich wyznanie. Mogę zapytać później, gdy będzie potrzeba zapewnienia im i nam spokoju. Ale na tym etapie są tylko ludzie do uratowania. I gdybym stał na statku ratowniczym, wyciągając rękę, by wciągnąć na pokład ojca lub matkę z przemoczonym dzieckiem na rękach, a ktoś obok zacząłby im zadawać jakieś pytania lub wymądrzać się, kazałbym mu przynieść koc dla dziecka, a gdyby nie posłuchał, wrzasnąłbym na niego lub kazał się wynosić. Bez dyskusji.

Osobna obserwacja – żaden z polemizujących ze mną chrześcijan ani razu nie zająknął się na temat Ewangelii czy nauk Jezusa, mimo że kilkakrotnie wzywałem ich do tego, by się odnieśli do podstawowej treści religii, którą zdają się wyznawać. Wniosek – cóż, nie wyznają jej, wyznają pseudoreligię, którą być może stał się polski katolicyzm, jak twierdzi w wywiadzie dla Gazety teolog Stanisław Obirek. Pseudoreligię nie mającą nic wspólnego z duchowością, a szkodliwą, bo przeciwną wszystkiemu, co nie sprzyja jej samej. Również ratowaniu życia ludzkiego. Utwierdziłem się w tym przekonaniu, choć nie zdawałem sobie sprawy, że jest aż tak źle.

Jeden z argumentów przeciwko emigrantom z Syrii i Afryki to fakt, że większość muzułmanów w Europie wyznaje szowinistyczne poglądy, są wrogami Zachodu, antysemitami i uważają, że ich religia jest jedyną słuszną – dlatego według pseudochrześcijan należy ich utopić. Ciekawe, że dokładnie takie same szowinistyczne poglądy wyznają właśnie pseudochrześcijanie – są wrogami Wschodu, antysemitami i uważają, że ich religia… itd. Czy według swojej papierowo-intelektualnej wizji świata i człowieka też powinni iść się utopić? Pozostawiam to pytanie otwartym.

Co zrobiłbym ja? Wysłałbym ich wszystkich do tej samej szkoły, posadził w ławkach – szowinistyczny emigrant z szowinistycznym Polakiem – i nauczył, wszystko jedno czy za pomocą terminologii islamskiej czy chrześcijańskiej, czym przede wszystkim jest drugi człowiek.

A terroryzm islamski to osobny temat, z którym należy się rozprawić w sposób niezależny od pomagania potrzebującym. Chyba że ktoś chce być taki sam jak ci terroryści.

 

Drodzy pseudochrześcijanie, uczcie się miłości bliźniego od islamu

„Nagle opuszcza głowę, przygryza dolną wargę ząbkami i powoli podnosi rączki. I stoi w tej pozycji, nie mówiąc ani słowa. To niełatwe – pocieszyć dziecko, które myślało, że aparat fotograficzny to wymierzony w nie karabin, gotów do strzału. Nazywa się Hudea i ma tylko cztery latka. Straciła tatę w bombardowaniu miasta Hama. Przybyła do obozu Atme na granicy turecko-syryjskiej ze swoją – bardzo niespokojną – mamą i trojgiem rodzeństwa”. (C) Turkiye

Jedną z kilku najważniejszych rzeczy w prawie islamskim jest zakaz odmawiania pomocy potrzebującym. I gdyby wszyscy zwykli, gościnni zazwyczaj i przyjaźni muzułmanie poczytali, co wypisuje przytłaczająca większość moich rodaków o przyjmowaniu emigrantów z ogarniętej wojną Syrii, musieliby zrewidować swój pogląd na nasz temat i przyznać rację islamskim ekstremistom. Że może jednak jesteśmy źli i lepiej by było dla świata, gdyby nas na nim nie było. Wstyd. Przykro. Nie chcę, żeby tak o nas myślano.

Dlaczego tacy jesteśmy? Boimy się terrorystów? Oni i tak tu są, nie potrzebują ludzi poszkodowanych przez wojnę. Boimy się marszów islamskich, krzykaczy i roszczeniowców? Mamy ich też w naszym społeczeństwie. A pseudochrześcijańskich krzykaczy i roszczeniowców spod znaku Radia Maryja, Macierewicza, niby-to-prawdziwych Polaków, „patryjotów zawodowych” itp. ja z kolei coraz bardziej się boję. Nawet nie ma sensu zadawać im pytania, czy Jezus pytał kogokolwiek o wyznanie czy poglądy, gdy mu pomagał. Tu nie o chrześcijańską miłość bliźniego (a raczej jej brak) chodzi – chodzi o ksenofobię i strach o własną tożsamość, za którymi kryje się lęk przed tym, że ich prawda przestanie być uważana za jedyną słuszną, że do głosu zostaną dopuszczeni kolejni ludzie, którzy myślą inaczej niż oni. Bo przecież cała ich tożsamość oparta jest na tym, że mają rację, na ich poglądach. „Precz z muzułmanami” – piszczy ze strachu ich rozdęte ego – „precz z gejami i lesbijkami, precz ze wszystkimi znakami i symbolami poza krzyżem i orłem białym, precz ze wszystkimi mediami poza naszymi, precz ze wszystkimi poza nami, którzy ośmielają się mieć głos i istnieć w przestrzeni publicznej, bo jeśli jakikolwiek światopogląd inny niż nasz stanie się normą, to zniknę!”. Zupełnie to samo dzieje się prawdopodobnie w umysłach islamskich terrorystów. To są ludzie z tej samej bajki.

Tymczasem nie o ich drogocenne poglądy, sposób życia i przyzwyczajenia tu chodzi, a o zdrowie i życie ludzi. Utkwiło mi w pamięci zdanie z reportażu o łodziach i pontonach emigrantów, który oglądałem w telewizji portugalskiej: „Europa zachowuje się, jakby to ona była ofiarą w tej wojnie”. Świetna ocena strategii i retoryki porażki, którą posługują się pseudochrześcijanie, skamlący tu i ówdzie, jak bardzo katolicyzm jest w Polsce dyskryminowany. Samolubstwo ma to do siebie, że zawsze mu mało, zawsze należy mu się więcej, a jakakolwiek pomoc innym to krzywda. I dotyczy to też zbiorowej tożsamości polskich ksenofobów. Nie pamiętają już, co to jest wojna. Że kiedy chodzi o życie własne i najbliższych, przestają być ważne poglądy walczących stron. Ci ludzie wypływają ze swoimi małymi dziećmi na pełne morze w kruchych pontonach. Jakie piekło muszą przeżywać, że decydują się na coś takiego? I kim jest człowiek, który odnalazłszy ich, nie wyciągnie do nich ręki, lecz – jak chciałby pewien profesor z YouTube’a – im tę łódź utopi?

Do wszystkich niezdecydowanych, czy przyjęcie emigrantów i otwarcie się na nich na co dzień (bo będziemy ich spotykać na ulicach) stanowi naprawdę aż takie zagrożenie: Jeśli macie jakiekolwiek wątpliwości, to znaczy, że będziecie w stanie to zrobić w odróżnieniu od tych, którzy z góry wszystko wiedzą: poczytajcie o ich kulturze i religii, choćby w Wikipedii. Same podstawy. Poczytajcie, na czym polega islam, co stanowi jego istotę i jak wygląda jego prawo. Posłuchajcie opowieści tych, którzy byli w krajach muzułmańskich jako turyści. W sposób otwarty, z ciekawości, tak jakbyście to zrobili być może wtedy, gdyby wasz sąsiad czy kolega z pracy żenił się z muzułmanką. I błagam, nie porównujcie sytuacji Polski czy Polaków do ogarniętego wyniszczającą wojną kraju.

Osobny akapit dla tych, którzy rozmywają problem, twierdząc, że wiele polskich rodzin potrzebuje pomocy i to im trzeba pomóc. Dobrze. W waszych miastach jest ich pełno – po co się troszczyć o inne? A gdy się lepiej zastanowić, nie wszystko idzie jak trzeba w waszych rodzinach (pomijając waszą znieczulicę, która zresztą wam nie przeszkadza), a Ojciec Święty Jan Paweł II mówił, że rodzina to podstawa. Więc zamiast polskim dzieciom, trzeba najpierw pomóc rodzinie. I tak coraz bardziej można zawężać obszar, w którym działa empatia, aż do czubka własnego nosa. I życzę wam, żebyście się nim zajęli na tyle, by nie chciało się już wam pisać tych szkodliwych bzdur.

A wracając do armii rasistów i ksenofobów, która nagle się ujawniła i z którą nie sposób ani dyskutować, ani ją przegłosować, ani w ogóle nie zostać oplutym za to, co się tutaj pisze – wiecie co, przytłaczająca większości moich rodaków? Nie chce mi się, kurwa, z wami gadać. Cieszę się, że mieszkam daleko od was.

Kot yin yang

Piękny przykład ilustrujący koncepcję yin yang. Słodki, śliczny i uroczy kotek, a w uszach ma wstrętne, ohydne świerzbowce. Świerzbowce są ohydne i wstrętne, ale mieszkają w ślicznych uszkach uroczych i słodkich kotków… Wszystko zawiera w sobie pierwiastek swojego przeciwieństwa. Ale cóż – jest nasz (a my jego), więc kuracja w toku.

Gienio

 

Older posts Newer posts