szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Author: nocny grajek (page 1 of 34)

W wodzie

Leje od dwóch dni. Nie wytrzymał starożytny niemiecki drenaż w piwnicy i wody tam po kolana. Wokół siedliska pojawiło się kilka kałuż ogromnych jak małe księżyce. Przesiąkły ściany warsztatu. Z płyt OSB na dachu synkowego domku cieknie jak z gąbki. W kuchni przy kominie pojawiła się wilgotna, ciemna plama.

K. wraca przemoczona z podwórka, a ja po długiej walce z wodą w piwnicy właśnie wziąłem prysznic.
– Masakra – mówi.
– Wyjedźmy stąd – odpowiadam. – Spakujmy się jutro i wyjedźmy na południe. Zostawmy ten przerośnięty moloch naszego życia z milionem otworów, które codziennie trzeba zatykać, żeby chronić to, co w drodze albo jest chronione, albo niepotrzebne. Zostawmy tysiące naszych przedmiotów, powiązań, ważnych rzeczy i wyruszmy w podróż. Weźmiesz laptopa, ja gitarę i poradzimy sobie. Będzie ubogo, ale będziemy bliżej siebie i świata niż kiedykolwiek do tej pory. Zadbamy o edukację synka sami, w podróży nauczy się więcej niż w domu.

Chyba uznała to za żart.

Aleppo egoistycznie, czyli o tym, co mi daje przejmowanie się losem ofiar wojny

Wojna. Bombardowanie. Przerażone, płaczące dzieci wśród gruzów. Krew, zwłoki. Nie chcemy tego widzieć. Mówią nam, że trzeba, że nie wolno się odwracać i odgradzać  własnego wygodnego życia od tragedii dziejącej się na tej samej planecie. Ale my i tak nie chcemy. Dochodzimy do wniosku, że nie możemy nic poradzić na to, co się dzieje. Czujemy niepokój, przerażenie i ból, ale wydają się nam one puste i niepotrzebne, bo jesteśmy daleko i choć współczujemy tym ludziom, to ich tragedia nie dotyczy nas konkretnie. Zamiast oglądać drastyczne materiały, wolimy zatem po prostu wysłać trochę pieniędzy lub nawet ich nie wysyłać, skoro nie jesteśmy pewni, czy w ogóle dotrą. Albo – z różnych powodów – wolimy zamknąć oczy i w ogóle nie wiedzieć nic. Bo po co wiedzieć? Ano, po to, by właśnie zaczęło nas to dotyczyć. Dlaczego? Choćby dla samych siebie. 

Zobaczyłem film pokazujący przerażone dziecko pod maską tlenową po bombardowaniu Aleppo bombami chemicznymi.  Wytrzymałem parę sekund. Przeczytałem bezpośrednie doniesienia z miasta, gdzie celowo zbombardowany został szpital dziecięcy i inne placówki zdrowia. Gdzie zrównano z ziemią wszystkie ośrodki pomocowe. Gdzie działa jedna karetka, dzięki której jeden człowiek zwozi w stosunkowo bezpieczne miejsca ludzi i zwierzęta, stara się zapewnić im podstawową opiekę medyczną i jakiekolwiek środki do życia. Nie mogłem spać dokładnie tak samo jak Asia, która podzieliła się ze mną tymi informacjami, a właściwie wepchnęła mi je na ekran komputera.

Mam taką strategię w życiu, by nie uciekać przed czymś, co bardzo mocno i uporczywie pojawia się w moim życiu i świadomości, więc w końcu przemogłem się i obejrzałem te filmy. I wiele innych. Zacząłem czytać. I rzeczywiście, święta racja, zdołowałem się. Przestałem czerpać przyjemność z czegokolwiek. Przestało mi się chcieć robić cokolwiek dla przyjemności. Dowiedziałem się, gdzie i jak można pomóc. Pomogłem w miarę możliwości. Zrobiłem to dla nich i dla siebie, niekoniecznie w tej kolejności. I to wcale nie był koniec.

Widok, naoczny widok ludzi, którzy muszą walczyć o życie, mocna i konkretna, nie tylko abstrakcyjna świadomość tego, że dzień wcześniej roztrzęsiony chłopiec z maską tlenową pytał przez łzy, czy umiera, widok lekarzy wyjmujących z inkubatorów noworodki, by przenieść je tam, gdzie nie docierają bomby, w konsekwencji nie zabrał mi radości życia, choć obawiałem się, że tak się stanie. Przede wszystkim pogłębił je. Codzienny kontakt z wiadomościami o obleganym Aleppo wywołuje we mnie smutek, współczucie, zniechęcenie wobec tzw. problemów pierwszego świata, odbiera ekscytację czy w ogóle zainteresowanie takimi sprawami jak szybko rozładowujący się telefon albo błędy w jakiejś tam, choćby i ulubionej, grze komputerowej. Dzięki temu, że mój świat nie ogranicza się już do bezpiecznego i przytulnego gniazdka, własnych, małych i wielkich kłopotów oraz skrzętnie wyselekcjonowanych informacji na różne tematy, czuję większy kontakt ze sobą, z nagim człowiekiem w wielkim świecie, którym przecież jestem mimo że obwarowałem tę świadomość tysiącami bodźców, wyrafinowaną rozrywką i hektolitrami nieustannie sączących się w mózg treści. Jestem bardziej. Mocniej. Dzięki temu, że wziąłem do siebie los innych. Własne problemy nie bolą już tak bardzo. Własne przyjemności nie wydają się już tak warte cennego czasu.  Smutek i ból, z którymi związana jest ciągła świadomość rozgrywającej się tragedii, to niewielka cena za te zjawiska, wykraczające daleko poza ramy mojego własnego ja. Bo mam jeszcze większą ochotę robić w życiu coś bardziej sensownego niż dotychczas. Lepiej pożytkować dany mi czas. Spędzać go więcej z najbliższymi. Mieć do nich więcej cierpliwości. A gdy otwieram swoją pełną lodówkę, by coś sobie z niej wybrać do jedzenia, wybieram zdrowiej i jem bardziej świadomie. Doceniam to, co mam. Dbam o to, dzielę się tym. To jedyny sposób, by nie mieć poczucia winy wobec dziewczynki z Aleppo, która do niedawna prowadziła na Tweeterze konto, a jej ostatnie wpisy mówiły o głodzie, nieustannym lęku i wyrażały krańcową, przerażająco dojrzałą rozpacz.

I życzę Wam wszystkim, żebyście też odnaleźli ten jedyny sposób. Żebyście przekroczyli smutek i szok, który przeżyjecie, gdy zetkniecie się pierwszy raz z materiałami z Aleppo. Żebyście nie uciekali od poczucia rozpaczy i bezradności w dywagacje polityczne czy filozoficzne, tylko po prostu zobaczyli każde zdjęcie, obejrzeli od początku do końca każdy film. Na początek tyle, ile dacie radę. Żebyście zostali z tym, co dzieje się z Wami, z Waszymi emocjami, z Waszymi ciałami, gdy to widzicie i słyszycie. Bo gdy to wszystko znajdzie sobie miejsce nie w Waszych umysłach, a w Waszych sercach, a wierzę, że znajdzie je szybko, przemieni Was. Staniecie się bliżsi tych ludzi, pryśnie kłamstwo siedzące w naszych głowach, że my jesteśmy inni, że nas to nie dotyczy. I gdy wrócicie do swoich zajęć, obowiązków i przyjemności, wrócicie inni – pełniejsi i spokojniejsi. Do własnego życia, które – zapewniam – nabierze nowego sensu. Niekoniecznie wielkiego i rewolucyjnego. Po prostu coś się zmieni. Chyba na dobre.

A teraz konkret. Nasza planeta. Nasza Ziemia. Nasi bracia i siostry. Równie dobrze moglibyśmy to być my i nasze rodziny, bo przed wojną tak właśnie w miarę spokojnie jak my sobie żyli:

i filmy. Nie dla dzieci i młodzieży. Dla Was.

 

Chcesz pomóc? Zapraszam TUTAJ. To jedna z bardzo niewielu lub jedyna droga docierająca w tej chwili do potrzebujących w Aleppo.

 

Hineni, hineni

teraz01Uganianie się za młodością. Za lekkim bytem pozbawionym zobowiązań. Uprawiałem to z mniejszym lub większym powodzeniem przez dobrych parę lat. I wiecie co? To, że człowiek musi za tą młodością się uganiać, starać się, buntować przeciwko różnym rzeczom kojarzącym się ze starością, osiadłością, kapciami i fajką – to już oznacza, że młodość odeszła. Nie ma jej. Ścigamy złudzenie.

Poczułem się dobrze w swoim wieku dopiero rok, może dwa lata temu. Z Włóczykija zmieniłem się w Tatę Muminka z całą godnością i całym smakiem, jaki jest w tej roli. Zamiłowanie do domu, okolicy i krainy, w której zamieszkaliśmy stało się tak świeże, piękne i pełne poezji, jak wcześniej zamiłowanie do drogi. Towarzyszyło temu uczucie ulgi, poczucie siły i pewna euforia, że oto znowu cały świat należy do mnie. Że ja jestem dla świata. Odpowiedzialność przestała ciążyć, stała się osią tego poczucia mocy. I wiecie co? To nie minionego czasu szukałem, nie siebie-dwudziestolatka, nie młodości. Tylko właśnie tego poczucia mocy, które dawała mi młodość, ale już od dawna nie daje, bo po prostu jej nie ma, choćbym nie wiem jak udawał, że jest inaczej, choćbym nie wiem, jak usiłował udowodnić to innym, choćbym nie wiem, jak kurczowo trzymał się przeszłości przy pomocy stylu życia, sposobu myślenia czy filozofii życiowej. To coś, ta moc, nie jest w młodości, tylko w akceptacji. W akceptacji młodości wtedy, gdy ona trwała. I w akceptacji kolejnych etapów życia, gdy nadchodzą. W zgodzie na nowe wyzwania. W wyprostowanej postawie wobec tego, co przynosi życie.

Dobrze jest znowu odetchnąć pełną piersią. :)

Zabawa w zabijanie

IMG_7404_1„Dzieci ogladają za dużo przemocy, grają w krwawe gry i to ma katastrofalny wpływ na ich psychikę, bo bawią się w zabijanie” – grzmią media, eksperci (np. ci) i wszyscy ci mądrzy ludzie, którzy często nigdy nie mieli dzieci (jak np. księża).  Moje dziecko nie ogląda bajek o zabijaniu – telewizji nie mamy, z netu leci tylko Chuck i przyjaciele, Mali Einsteini itp. Gry – układanki, kuleczki, wyścigi. Najbardziej brutalna to Angry Birds. Broni zabawkowej też nie ma, tylko rycerzy i piratów Playmobil i Lego. Czasem najwyżej zobaczy coś przelotnie w TV u kolegi albo u dziadków. Ale bawi się w zabijanie cały czas – chodzi do przedszkola, więc robi to, co inne dzieci. A pistolet robi sobie z patyków.

Myślę, że dziecko w zabawie (szczególnie samodzielnej) układa sobie emocje, wyładowuje się. To dla niego czas wręcz intymny, czasem jedyny, gdzie wszystko jest pod jego kontrolą i nikt mu się nie wtrąca. A ma co wyładowywać – na każdym kroku od takiego pięciolatka ktoś czegoś chce: musi wstawać rano, musi to i tamto wtedy, gdy rodzice lub pani każe, ma się zachowywać w sposób cywilizowany przy ludziach, w szkole, każdy patrzy mu w talerz, kontroluje go… Ciężkie jest życie okruszka. Niech więc sobie robi wojny, bitwy i pojedynki, jeśli tego potrzebuje. Lepsze to, niż gdyby miał tłuc dzieci i nas, niszczyć meble i sprzęt. Trudne emocje też jakoś trzeba wyrazić, tymczasem wielu sposobów stosować (i znowu) „nie wolno”.

Straszenie, że przez przemoc w mediach i grach dzieci są takie, a nie inne, to bzdura. W ogóle nie tędy droga.

Gdy całe życie staje się chwilą

Oglądaliśmy film. Gdy się skończył, K. powiedziała, że idzie coś zjeść. I nagle dopadł mnie lęk. Miałem ochotę powiedzieć, żeby nie szła, bo boję się, że już nie wróci.

Prawie 8 tygodni po zdiagnozowaniu u niej śmiertelnej choroby i 6 tygodni po tym, jak się okazało, że w jej przypadku nie okaże się ona najprawdopodobniej śmiertelna, po tych dwóch miesiącach medytacji, przemyśleń, intensywnego rozwoju świadomości nas obojga dopiero teraz naprawdę poczułem, że ona i tak odejdzie. Że odejdzie też nasz synek, a wcześniej – mam ogromną nadzieję – odejdę ja. Poczułem to tak, jakby miało to się stać za chwilę. Co za różnica – za miesiąc, za rok, za 50 lat? To wszystko i tak się skończy.

IMG_6419 (2)Dopiero teraz naprawdę to poczułem, choć wydawało mi się, że jestem tego świadom. Okazało się też, jak wielka niezgoda jest we mnie, jak wielki lęk. Gdyby nie te wszystkie medytacje i uważność, przestraszyłbym się jeszcze jednej rzeczy – że zwariowałem albo że zgorzkniałem, że opanowała mnie ciemność. I powiedziałbym sobie: „Przestań w tej chwili, myśl pozytywnie!”. Ale to nie był zwykły dół, to było olśnienie, tyle że… ciemne. Do tego właśnie prowadził mnie mój sentymentalizm, wiele razy pobrzmiewało to odkrycie w chwilach nagłego smutku w obliczu czegoś pięknego i cudownego – Japończycy nazywają to mono no aware.

Odsuwałem na bok sentymentalizm już od pewnego czasu jako rzecz, która za bardzo przywiązuje mnie do materialnego aspektu istnienia. Pewnego dnia, gdy jechałem do szpitala, gdzie leżała K., i myślałem o naszym względnie beztroskim życiu na skraju wsi i o domku nad jeziorem, od którego się ono zaczęło, wyobraziłem sobie, że zrywam wszystkie te wspomnienia jak wielki plakat z szyby, gniotę w kulkę i wyrzucam przez okno auta. Bez żalu, na zimno. Było w tym tylko trochę złości, że mamiłem się tą wizją przez tyle czasu. Może odrzucony sentymentalizm wrócił właśnie do mnie w silniejszej postaci na podobnej zasadzie, co stłumione emocje wracają pod postacią bólu czy choroby? Niewykluczone, że prawdziwy cel obecnych w większości ścieżek duchowych wyrzeczeniu i dyscyplinie jest właśnie taki – stłumić słabe komunikaty od życia po to, by otrzymać komunikat silniejszy, bardziej sprawczy. Zmienić wygodne, przestronne pomieszczenie, po którym snuje się lekki przeciąg, w ciasny korytarz, w którym rozpędzić się może prawdziwy wicher.

Tak czy inaczej wierzę, że to po prostu kolejny etap drogi. Właściwa świadomość, jakby powiedział buddysta. Memento mori. Następnym przystankiem będzie pewnie pogodna akceptacja faktu, że jesteśmy tu tylko na chwilę, że wszystko, co mam i z czym czuję się związany, jest przejściowe. Bo co? Mam płakać i czekać, aż wszystko stracę i kopnę w kalendarz? Nie ma mowy. Tyle że akceptacja nie dopadnie mnie sama, tak jak świadomość przemijania. Muszę wstać i iść, ćwiczyć się w niej.

Najpierw jednak muszę to wszystko sobie przyswoić – to doświadczenie. Wchodzę w nie śmiałym krokiem, choć mój umysł zacznie pewnie zaraz starać się z całej siły, by o tym zapomnieć, by to ugłaskać i wrócić do beztroskiego ignorowania tematu. Ale nie. Dzisiaj piaszczyste zbocze obsunęło się i poleciałem w dół, by odkryć, że właśnie tędy droga biegnie dalej. Nie ma powrotu – inaczej już będę patrzył na świat i ludzi. Pewnie będę kochał bardziej, może będę lepszym człowiekiem. Trudne to, bardzo trudne. Ale kolejny etap wiedzie ku akceptacji, pogodzeniu się z tym, na co nikt nie ma wpływu. Nikt gdzieś tam spoza nie powiedział nam jeszcze, po co i dlaczego tutaj jesteśmy. Ale jest droga, która niknie we mgle. Idę zobaczyć, co jest za następnym wzgórzem.

Po pomoc zwrócę się jak zwykle do wielkich mistyków. Tym razem zapewne chrześcijańskich – przynajmniej sprawdzę, czy w spuściźnie tej religii nie ma czegoś, na czym mógłbym się wesprzeć. Dlaczego nie buddyzm? Naczytałem się zaawansowanych nauk o życiu i przemijaniu w tak młodym wieku, że nie bardzo je pojąłem. Pewnie i do nich wrócę, ale więcej energii da mi coś „nowego”. No niestety, nie pasuję na mędrca, ja muszę mieć ciekawie i zaskakująco, nie tylko mądrze. Amen.

Eckhart Tolle, Potęga teraźniejszości, s. 232-235

Nie przypuszczałem, że tak szybko będę tego potrzebował. Potęga teraźniejszości stała się dla mnie czymś w rodzaju katechizmu.

Większość ludzi wciąż jeszcze tkwi w nieświadomości, a twardą skorupę ich ego strzaskać może jedynie krytyczna, graniczna sytuacja, zmuszając ich do poddania, a tym samym wyrywając ze snu. Sytuacje takie powstają, gdy wskutek jakiegoś kataklizmu, drastycznego przewrotu, głęboko przeżywanej straty czy innego rodzaju cierpienia cały twój świat nagle się wali i przestaje być zrozumiały. Jest to spotkanie ze śmiercią – fizyczną lub psychiczną. Umysł egotyczny, stwórca tutejszego świata, obraca się w ruinę. Z popiołów starego może się wtedy wyłonić świat nowy.potega terazniejszosci

Nie ma oczywiście żadnej gwarancji, że nawet i sytuacja graniczna spełni to zadanie, zawsze jednak istnieje szansa. U niektórych ludzi sytuacje graniczne jedynie wzmagają opór przed tym, co j e s t, a wtedy zaczyna się droga przez piekło. Inni poddają się tylko częściowo, lecz to już wystarcza, żeby zyskali nieznaną im wcześniej głębię i pogodę ducha. Gdy odpadnie choćby część skorupy ego, przez powstałą w ten sposób szczelinę może błysnąć odrobina promiennego spokoju, ukrytego za barierą umysłu.

Dzięki sytuacjom granicznym zdarza się wiele cudów. Niektórzy mordercy osadzeni w celach śmierci zaledwie na kilka godzin przed egzekucją uwalniają się od ego, odkrywając głęboką radość i spokój, jakie zawsze towarzyszą temu wyzwoleniu. Wewnętrzny opór wobec sytuacji, w której się znaleźli, staje się w pewnej chwili tak silny, że zadaje im nieznośne katusze, a tu nie majak zrobić uniku, nie ma dokąd uciec: zamknięta jest nawet droga w przyszłość, wyświetloną z umysłu. Skazaniec musi więc w pełni zaakceptować to, co wydaje się nie do zaakceptowania. W obliczu przemożnej siły zmuszony jest się poddać. Osiąga dzięki temu stan łaski, z którym idzie w parze odkupienie: całkowite uwolnienie od przeszłości. Oczywiście cud łaski i odkupienia tak naprawdę dokonuje się wcale nie za sprawą sytuacji granicznej, lecz poddania.

Ilekroć więc stajesz wobec katastrofy albo coś mocno się „psuje” (katastrofą może być choroba, kalectwo bądź inna niemoc, utrata domu, majątku albo tożsamości społecznej, rozpad związku z kimś bliskim, śmierć lub cierpienie kochanej osoby czy wreszcie zapowiedź własnej rychłej śmierci), wiedz, że jest to tylko jedna strona medalu, a ciebie zaledwie jeden krok dzieli od czegoś niewiarygodnie ważnego: całkowitej przemiany metali nieszlachetnych, jakimi są ból i cierpienie, w złoto. Ten brakujący krok nazywa się „poddanie”.

Nie twierdzę, że w tego rodzaju sytuacji nagle znajdziesz szczęście. Nie, nie znajdziesz go. Ale strach i ból przeistoczą się w spokój wewnętrzny i pogodę ducha, pochodzące z ogromnej głębi, z samego Nieprzejawionego. Będzie to „pokój boży, przekraczający wszelkie rozumienie”. W porównaniu z nim szczęście jest stanem bardzo płytkim. Wraz z tym promiennym spokojem pojawia się świadomość – nie na poziomie umysłu, lecz w głębi twojego Istnienia – że jesteś niezniszczalny, nieśmiertelny. Nie jest to wiara, ale niezbita pewność, która nie potrzebuje żadnych zewnętrznych potwierdzeń ani dowodów z drugiej ręki.

I jeszcze:

(…) Skoro nie umiesz pogodzić się z tym, co się dzieje na zewnątrz, zgódź się na to, co tkwi w tobie samym. Skoro nie możesz zaakceptować stanu zewnętrznego, zaakceptuj wewnętrzny. Innymi słowy: nie wzbraniaj się przed bólem. Pozwól mu zaistnieć. Poddaj się żalowi, rozpaczy, lękowi, osamotnieniu – cierpieniu we wszelkich postaciach. Obserwuj je, nie opatrując go myślowymi etykietkami. Otwórz się przed nim. I zobacz, jak cud poddania przeistacza głębokie cierpienie w głęboki spokój. To właśnie jest twoje ukrzyżowanie. Pozwól, żeby stało się twoim zmartwychwstaniem i wniebowstąpieniem.

Wietrzna niedziela przy RAW-ach

Pierwszy porządny jesienny wicher duje wokół chałupy, rozrzuca liście, com je pieczołowicie zgrabił pod jabłonki, szarpie folią, w którą owinięta jest stojąca na podwórku paczka z nowymi drzwiami i przechyla niebezpiecznie stracha na wróble, cośmy go latem z synkiem zrobili dla żonki. Idzie sema, czyli zima – tak Prusowie zwali porę zimną, oddzieloną od dagis – czyli pory ciepłej – krótkim okresem pogody takiej, że ani jeszcze po jeziorach chodzić nie można, ani już oziminy siać i łąk kosić. Idealny to czas, by wywołać zalegające na dysku zdjęcia. Oto jesienne migawki z naszej zagrody i najbliższej okolicy:

IMG_6086

IMG_6111

IMG_6117

IMG_6118

IMG_6149 IMG_6165

IMG_6174IMG_6261

 

 

IMG_6255

IMG_6265

Grajkowe rozkminy o sobie i świecie

IMG_5767Wpadli do mnie na wieczór i noc goście z wielkiego miasta – ludzie, z którymi nigdy wcześniej nie przebywałem dłużej niż kilka godzin. Trochę starsi ode mnie, nastawieni na małą imprezkę w kameralnym gronie. Zdumieni, że znajduję czas na cokolwiek poza pracą i obowiązkami. Żonki nie było, synek spał. W warunkach tak klarownych zauważyłem dopiero, jak zmienił mi się tryb życia i preferencje co do sposobów spędzania czasu z ludźmi. Zdałem sobie sprawę, jak normalne dla mojego pokolenia jest przesiadywanie w takich sytuacjach do późnej nocy, nawet jeśli rozmowa specjalnie nie wciąga i jest „tylko” miło i przyjemnie, jak zwyczajne jest kompulsywne picie alkoholu bez jakichkolwiek względów na to, co w tej kwestii do powiedzenia ma organizm. Jakie to jest obowiązkowe. Ale nic to – dałem się ponieść sytuacji: wytrzymałem do drugiej, zmusiłem się do wypicia trzech szklanek whisky, której nie lubię, i poszedłem spać. Rano wstałem jak zwykle po siódmej, zjadłem jakąś kanapkę, wypiłem kawę i usiadłem do pracy. Goście obudzili się dwie godziny później i wtedy dopiero zrobiliśmy porządne śniadanie.

A jakby to było po mojemu? Siedzimy do ok. 23, każdy pije co lubi, lub nie pije w ogóle, idzie spać, kiedy chce… Ja bym pewnie ograniczył się tego wieczoru do 1-2 piw, innym razem może wypiłbym 4, jeszcze innym – siorbałbym sobie tylko ziółka. Wyspałbym się. Bo niby dlaczego wspólnemu spędzaniu czasu musi towarzyszyć trucie i poniewieranie organizmu? Przecież nawet w kategoriach relaksu – zawroty głowy, nadkwaśność, a rankiem kac to nic przyjemnego.

IMG_5755Starość mnie dopada, co? Może i tak, a mówiąc ściśle, wiek średni. Skronie mi szpakowacieją, duch się uspokaja… i dobrze mi z tym. To piękny świat, takie lato życia. Dużo słońca, sporo melancholii, dojrzałość. Za oknem sad, przestrzeń, cisza. Podobnie we mnie. Upodabniam się do tego starego domu i do krajobrazu wokół niego. A w życiu codziennym pilnuję, by nie dać się zwariować pędzącemu na złamanie karku otoczeniu i cywilizacji. Wciąż poznaję swoje granice – co we mnie jest tożsame ze światem i z innymi ludźmi, a co osobne i niezależne. Nabieram umiejętności zachowywania spokoju w rozgorączkowanym otoczeniu, czucia się dobrze ze sobą, gdy robię coś przeciwnego niż wszyscy wokół. Od wielu lat moją najbardziej podstawową i jedną z najważniejszych wartości jest świadomość. Czasami muszę mocno się jej trzymać, bywa że rękami i nogami. Tak jak prawa do wolnego czasu codziennie lub – gdy nie da się uniknąć nawału, sytuacji wyjątkowej, spiętrzenia – przynajmniej raz na kilka dni. Jeśli wieje zbyt mocno – puszczam. I zaraz wracam. Jeśli kiedyś zacznie wiać i nie przestanie, bo i tak w życiu bywa, będę musiał zorganizować wszystko inaczej, zrezygnować z tego i z owego. Ale nigdy nie ze świadomości i chwili wytchnienia, dzięki której życie ma smak, w głowie rodzą się nowe pomysły i dzięki której człowiek nie staje się robotem.

Trzydzieści pięć lat. Prawie półmetek. Piękny wiek.

Koniec snu?

Neowieśniakom takim jak ja nie grozi raczej śmierć z pośpiechu, ale nawet mieszkając na wsi, można się pogubić w wartościach – tych obowiązujących i tych, z którymi nam po drodze. A czy na pewno po drodze nam z tym, co wydaje się nasuwać samo, razem z zastanym światem?

Rewelacyjny artykuł, chyba najlepszy, jaki czytałem w ostatnim czasie: http://blowminder.com/2015/11/06/koniec-snu/. Polecam cały blog.

Older posts