Jak mi tego trzeba…

Przy ostatnim już być może scrollowaniu Fejzbuka zahipnotyzowało mnie zdjęcie sali medytacyjnej o drewnianych ścianach, z zafu, futonem i dzwonkiem. Zwykłe, zrobione komórką przez Roshi. Jak bardzo brakuje mi tej ciszy, ciszy i spokoju, ale nie samotnie, lecz wśród cichych i spokojnych ludzi. Gdybym mógł teraz wsiąść w samochód i wybrać się na odosobnienie, zadzwoniwszy wprzódy i upewniwszy się, że to odpowiednia rzecz dla takiego wiecznie początkującego gościa z głową pełną szumów, krzyków, spraw i czego tam jeszcze… Chyba właśnie bardzo. Czego się boję? Że będzie bolało, że nie wytrzymam, że na drugi-trzeci dzień zacznę płakać albo krzyczeć, albo wyskoczę przez okno, albo zwariuję, albo po prostu zrobię z siebie pośmiewisko.

Dobra, nie musi być odosobnienie. Może być ciemnia. Wywoływanie zdjęć. W sobotę 2 godziny zaplanowane z kolegą, raczej cichym i spokojnym. O, jak ja potrzebuję wydobyć na wierzch swój spokój i ciszę. Tymczasem nosi mnie, telepie mną, chcę biec, tłuc w worek treningowy, odbijać piłkę, ruchu mi trzeba po tygodniowym leżeniu i siedzeniu. Wyleczę gardło i ruszam. Najlepiej z buta do miasta, tam na basen, a potem…

potem medytacja. Skoro już nawet prowadzę medytację własnemu dziecku, najwyższy czas za nią się zabrać samemu.

A propos powyższego…

    nie ma