IMG_5491Jak dobrze jest raz na pewien czas wsiąść w samochód i pojechać na 3-4 dni tam, gdzie akurat człowieka niesie. Tym razem – jak rzadko – niosło mnie do nowo poznanych ludzi, widzianych do tej pory raz lub dwa, przelotnie, ale obiecująco. Było tak różnorodnie, że z trudem sobie przypominam ostatni czwartek: Cudem odnalazłem stare, pruskie grodzisko, trafiłem do otoczonego prawdziwą drewnianą palisadą z wieżyczkami grodu Kazika – wskrzesiciela kultury Prusów, a po długich, nocnych rozmowach na wiele ważnych tematów i po kilku godzinach snu ruszyłem dalej. Spotkałem starych znajomych i przyjaciół w stolicy, po raz pierwszy od lat poszedłem na medytację w grupie, kupiłem dwa meble i farby do ścian, aż w końcu ledwo trafiłem na imprezę ludzi przebranych za Prusów w Łysobykach. Rano życzliwi Prusowie pomogli mi odpalić auto z rozładowanym akumulatorem i w końcu wróciłem do domu. Nieźle, jak na jeden IMG_5513weekend, nawet jeśli dorzucić piątek, prawda?

Wszystko było piękne i inspirujące, a przynajmniej ciekawe i dobre, ale największą przygodą była medytacja. Powinienem raczej rzec – częścią największej przygody, ponieważ ta zaczęła się już tydzień temu w Krakowie, gdzie przyjechał Sakyong Mipham Rinpocze, głowa szkoły Szambala. Pojechaliśmy tam, licząc na jakiegoś kopa, który by nam ułatwił powrót do codziennej medytacji. I otworzył się przed nami nowy świat w ramach tejże. Okazało się, że Sakyong to syn i uczeń samego Chogyama Trungpy, jednego z autorów, których książki trafiły do mnie (a raczej we mnie) najcelniej. Sama medytacja i podejście do niej z początku skojarzyło mi się bardzo z Potęgą teraźniejszości Eckharta Tollego, co wzmogło moje zainteresowanie. Udzielałem się zatem w prowadzonych przez Sakyonga i innych nauczycieli ćwiczeniach, warsztatach i dyskusjach zarówno pasywnie, jak i aktywnie.

IMG_5392Wracaliśmy pociągiem przed świtem, a świecił nam w okno księżyc w zaćmieniu. Właściwie to świecił mnie, bo reszta spała w przedziale, co dla mnie było niepojęte – ja nie mogłem zamknąć oczu – zmieniający kształt i kolor satelita, mgły, jutrzenka, wschód słońca… Nawet bez tych dwóch dni spędzonych na medytacji było to dla mnie zbyt wiele piękna, żeby zasnąć.

W domu zaczęliśmy codzienną medytację. Technika proponowana przez Szambalę jest bardzo zbliżona do zazen, jednak mniej restrykcyjna, jeśli idzie o pozycję i mniej skoncentrowana na oddechu, a bardziej na doświadczaniu chwili obecnej i czymś, co można nazwać „radykalną akceptacją” – przyjmowaniem każdej myśli, jaka pojawia się w głowie, każdej emocji, każdego bodźca z zewnątrz takimi, jakie są, bez względu na to, czy podobają nam się, czy nie. „Everything is welcome”. W ten sposób naprawdę jesteśmy. Żeby ocenić i pochwalić lub zganić, trzeba się od obiektu oceny oddzielić, a tu nie o to chodzi.

W warszawskim ośrodku Szambali medytacje odbywają się w środy i w piątki, zatem w piątkowy wieczór stałem już u drzwi wraz ze Sławkiem, który kilka miesięcy temu zaraził mnie Eckhartem Tollem, a którego zaciekawiły teraz moje opowieści o medytacji. Pierwszy raz spotkałem sanghę tak otwartą na rozmowy o duchowości. I szkołę, która poza medytacją, uczy również… słuchania. Po medytacji bowiem wykonaliśmy coś w rodzaju ćwiczenia polegającego literalnie na świadomym mówieniu i świadomym słuchaniu. Medytacja podczas rozmowy – do tej pory myślałem, że to tylko taki pomysł kiełkujący gdzieś w mojej głowie pośród masy innych. Albo element zwykłej psychoterapii.

Co tu dużo gadać – nie tylko dostałem tego duchowego kopa, którego szukałem w Krakowie. Jestem też coraz bardziej zaskoczony i zainspirowany. I mam takie nieśmiałe marzenie…

A propos powyższego…