IMG_4466Choć chrześcijaninem nazwać mnie nie można, staram się chrześcijaństwo zrozumieć w taki sposób, żeby i ono było dla mnie inspiracją i źródłem siły do poszukiwania odpowiedzi, a przede wszystkim do poszukiwania pytań. Dlatego pozwalam sobie wgłębiać się po swojemu w kluczowe dla tej religii kwestie.

Na przykład krzyż. Kiedy widzę na jakiejś ścianie wizerunek torturowanej istoty ludzkiej, przepełnia mnie gorycz i smutek. Zbyt dosadny i siermiężny to symbol jak na mój gust – cierpiętnictwo, sadyzm, masochizm i ponurość wielka. Mimo że nie jestem ani trochę wrogiem chrześcijaństwa czy katolicyzmu, zdejmuję go z kolejnych ścian, wśród których przychodzi mi mieszkać.  A jednak…

Żeby zrozumieć, co mądrego chce przekazać na temat życia chrześcijanin, buddysta czy indiański szaman, trzeba porzucić na chwilę własne poglądy, odczepić je od siebie, zapomnieć o nich i przywdziać bez oceniania , poglądy, założenia i paradygmaty danej religii. Nie jest to łatwe – z buddyzmem udawało mi się to dopiero po dwóch latach bardzo intensywnego czytania, słuchania i studiów. Czytając w czasopiśmie „Sens” i w internecie na temat św. Hildegardy, pomyślałem sobie: załóżmy, że Bóg to osoba, że Jezus to ów Bóg i człowiek jednocześnie, że Bóg stworzył człowieka itd. – załóżmy prawdziwość wszystkich chrześcijańskich dogmatów.

Według Hildegardy Bóg dał człowiekowi ogromną moc. Taką moc mało kto potrafi udźwignąć. Do takiej mocy większość obdarowanych nawet się nie przyznaje. Posiadaniu takiej mocy najłatwiej jest po prostu zaprzeczyć. Taka moc oznacza bowiem nie tylko wolność i otwarte drzwi do kreowania własnego życia. Oznacza również wielką odpowiedzialność. I wiąże się z ogromną odwagą. To ciężar. Ciężar, który możemy wziąć lub nie. Nikt nas do tego nie zmusza.

Podobnie chrześcijanie mówią o krzyżu.

Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje! (Ewangelia wg św. Marka, rozdział 8)

To znaczy: porzucić wszelkie marzenia i cele, skupić się na tym, jak nam ciężko, i zamęczyć się na śmierć? Nigdy nie chciało mi się wierzyć, że w tak starej i mądrej religii chodzi właśnie o to. Co prawda widoczna jest wśród katolików spora grupa myśląca, że najlepiej jest siedzieć na tyłku, dawać się dręczyć wszystkiemu, co może nas zranić, uważać to za cnotę i oskarżać o pychę wszystkich, którzy twierdzą, że człowiek może czegokolwiek dokonać. Na szczęście ta grupa, oprócz zapałowania na śmierć siebie samych, nie jest chyba w stanie zaszkodzić poszukiwaniom duchowym chrześcijan. Krzyż, na którym umarł Jezus, to przecież nie tylko cierpienie, ale i ogromna moc – moc wiary we własne zmartwychwstanie, moc cudu, moc przemiany.

Nadal uważam, że można przekazać radosną, choć trudną nowinę o boskiej naturze człowieka w mniej drastyczny i okrutny sposób niż przybijanie do ścian i stawianie przy drogach wizerunków narzędzi tortur z przytwierdzonym do nich założycielem własnej religii, ale to jest już kwestia specyficznej mentalności i kultury. Jeśli myśląc o krzyżu, przesuniemy punkt ciężkości z cierpienia na dar, jakim są właściwości naszego umysłu, nie tylko połączymy koncepcję krzyża z moim ulubionym biblijnym cytatem (Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, owszem, i większe od tych uczyni, bo Ja idę do OjcaJ14,12), ale także ze wszystkimi nowymi dość odkryciami fizyki kwantowej i psychologii, które mówią, że nasz umysł kreuje nasze doświadczenia.

Może te moje wywody to kompletny nonsens z punktu widzenia teologii, może popełniam jakiś podstawowy błąd w założeniach. Na pewno stanowią one bluźnierstwo dla tych, których wiara w Boga ogranicza, a nie wyzwala, i którzy twierdzą, że jesteśmy jeno vanitas vanitatis. Ale cóż – oni mają do cytowania całą masę innych niż św. Hildegarda postaci z chrześcijańskiego średniowiecza. I, niestety, współczesności.

A propos powyższego…