(C) Reuters

Patrzysz na drugiego człowieka lub myślisz o nim, rozmawiasz z nim. Czy naprawdę jest to człowiek, czy może jego pogląd i sposób myślenia? Pytanie wydaje się banalne, ale w czasach, gdy wielu z nas jest „mieszkańcami Facebooka”, wcale takie nie jest. Przy okazji czytania w różnych miejscach sieci odpowiedzi na mój poprzedni post na temat imigrantów, zadawałem sobie pytanie o największą różnicę pomiędzy tymi, którzy nie mają nic przeciwko niesieniu im pomocy, a tymi, którzy nawołują do zamknięcia drzwi. I chyba znalazłem: ci ostatni nie mówią w ogóle o ludziach. Mówią o religii i poglądach, a nierzadko w rozbitkach (bo tak w sumie można nazwać „załogi” emigranckich łodzi płynących przez Morze Śródziemne) widzą terrorystów islamskich, od których ci rozbitkowie często właśnie uciekają. Lub w ogóle nie widzą ludzi, tylko religię. To religia wsiadła w ponton, to religia ledwo żywa dotarła do europejskich wybrzeży lub statków i to religia wchodzi na nasz ląd. Religię można utopić lub wyrzucić bez łamania jakichkolwiek zasad moralnych (niektórzy nawołują, by uratowanych rozbitków pytać o wyznanie, co już stanowi zaawansowane stadium dehumanizacji). Ja jednak widziałem wyraźnie nawet w telewizji ludzi – mieli ręce, nogi, głowę, oczy. Nie widzę więc szans, by dogadać się z przeciwnikami ratowania ich. Z mojego punktu widzenia ulegają głębokiemu złudzeniu. Nie da się rozmawiać z ludźmi, którzy zamiast żywej rzeczywistości widzą wiadomości ze stron internetowych i telewizji, bo żyją w innym świecie, więc dałem sobie spokój. Piszę do tych, którzy nie oślepili się, przedawkowując media i wytwory intelektu.

Oczywiście w myśl założenia, że na pontonach dryfują ku nam nie ludzie, a islam, i to radykalny, ja staję się nie zwolennikiem pomagania ludziom w potrzebie, a islamofilem. A cała dyskusja przybiera postać sporu o religie. Dla mnie to absurd, gdy trzeba ratować ludzi, nie pytam o ich wyznanie. Mogę zapytać później, gdy będzie potrzeba zapewnienia im i nam spokoju. Ale na tym etapie są tylko ludzie do uratowania. I gdybym stał na statku ratowniczym, wyciągając rękę, by wciągnąć na pokład ojca lub matkę z przemoczonym dzieckiem na rękach, a ktoś obok zacząłby im zadawać jakieś pytania lub wymądrzać się, kazałbym mu przynieść koc dla dziecka, a gdyby nie posłuchał, wrzasnąłbym na niego lub kazał się wynosić. Bez dyskusji.

Osobna obserwacja – żaden z polemizujących ze mną chrześcijan ani razu nie zająknął się na temat Ewangelii czy nauk Jezusa, mimo że kilkakrotnie wzywałem ich do tego, by się odnieśli do podstawowej treści religii, którą zdają się wyznawać. Wniosek – cóż, nie wyznają jej, wyznają pseudoreligię, którą być może stał się polski katolicyzm, jak twierdzi w wywiadzie dla Gazety teolog Stanisław Obirek. Pseudoreligię nie mającą nic wspólnego z duchowością, a szkodliwą, bo przeciwną wszystkiemu, co nie sprzyja jej samej. Również ratowaniu życia ludzkiego. Utwierdziłem się w tym przekonaniu, choć nie zdawałem sobie sprawy, że jest aż tak źle.

Jeden z argumentów przeciwko emigrantom z Syrii i Afryki to fakt, że większość muzułmanów w Europie wyznaje szowinistyczne poglądy, są wrogami Zachodu, antysemitami i uważają, że ich religia jest jedyną słuszną – dlatego według pseudochrześcijan należy ich utopić. Ciekawe, że dokładnie takie same szowinistyczne poglądy wyznają właśnie pseudochrześcijanie – są wrogami Wschodu, antysemitami i uważają, że ich religia… itd. Czy według swojej papierowo-intelektualnej wizji świata i człowieka też powinni iść się utopić? Pozostawiam to pytanie otwartym.

Co zrobiłbym ja? Wysłałbym ich wszystkich do tej samej szkoły, posadził w ławkach – szowinistyczny emigrant z szowinistycznym Polakiem – i nauczył, wszystko jedno czy za pomocą terminologii islamskiej czy chrześcijańskiej, czym przede wszystkim jest drugi człowiek.

A terroryzm islamski to osobny temat, z którym należy się rozprawić w sposób niezależny od pomagania potrzebującym. Chyba że ktoś chce być taki sam jak ci terroryści.

 

A propos powyższego…