szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Drodzy pseudochrześcijanie, uczcie się miłości bliźniego od islamu

„Nagle opuszcza głowę, przygryza dolną wargę ząbkami i powoli podnosi rączki. I stoi w tej pozycji, nie mówiąc ani słowa. To niełatwe – pocieszyć dziecko, które myślało, że aparat fotograficzny to wymierzony w nie karabin, gotów do strzału. Nazywa się Hudea i ma tylko cztery latka. Straciła tatę w bombardowaniu miasta Hama. Przybyła do obozu Atme na granicy turecko-syryjskiej ze swoją – bardzo niespokojną – mamą i trojgiem rodzeństwa”. (C) Turkiye

Jedną z kilku najważniejszych rzeczy w prawie islamskim jest zakaz odmawiania pomocy potrzebującym. I gdyby wszyscy zwykli, gościnni zazwyczaj i przyjaźni muzułmanie poczytali, co wypisuje przytłaczająca większość moich rodaków o przyjmowaniu emigrantów z ogarniętej wojną Syrii, musieliby zrewidować swój pogląd na nasz temat i przyznać rację islamskim ekstremistom. Że może jednak jesteśmy źli i lepiej by było dla świata, gdyby nas na nim nie było. Wstyd. Przykro. Nie chcę, żeby tak o nas myślano.

Dlaczego tacy jesteśmy? Boimy się terrorystów? Oni i tak tu są, nie potrzebują ludzi poszkodowanych przez wojnę. Boimy się marszów islamskich, krzykaczy i roszczeniowców? Mamy ich też w naszym społeczeństwie. A pseudochrześcijańskich krzykaczy i roszczeniowców spod znaku Radia Maryja, Macierewicza, niby-to-prawdziwych Polaków, „patryjotów zawodowych” itp. ja z kolei coraz bardziej się boję. Nawet nie ma sensu zadawać im pytania, czy Jezus pytał kogokolwiek o wyznanie czy poglądy, gdy mu pomagał. Tu nie o chrześcijańską miłość bliźniego (a raczej jej brak) chodzi – chodzi o ksenofobię i strach o własną tożsamość, za którymi kryje się lęk przed tym, że ich prawda przestanie być uważana za jedyną słuszną, że do głosu zostaną dopuszczeni kolejni ludzie, którzy myślą inaczej niż oni. Bo przecież cała ich tożsamość oparta jest na tym, że mają rację, na ich poglądach. „Precz z muzułmanami” – piszczy ze strachu ich rozdęte ego – „precz z gejami i lesbijkami, precz ze wszystkimi znakami i symbolami poza krzyżem i orłem białym, precz ze wszystkimi mediami poza naszymi, precz ze wszystkimi poza nami, którzy ośmielają się mieć głos i istnieć w przestrzeni publicznej, bo jeśli jakikolwiek światopogląd inny niż nasz stanie się normą, to zniknę!”. Zupełnie to samo dzieje się prawdopodobnie w umysłach islamskich terrorystów. To są ludzie z tej samej bajki.

Tymczasem nie o ich drogocenne poglądy, sposób życia i przyzwyczajenia tu chodzi, a o zdrowie i życie ludzi. Utkwiło mi w pamięci zdanie z reportażu o łodziach i pontonach emigrantów, który oglądałem w telewizji portugalskiej: „Europa zachowuje się, jakby to ona była ofiarą w tej wojnie”. Świetna ocena strategii i retoryki porażki, którą posługują się pseudochrześcijanie, skamlący tu i ówdzie, jak bardzo katolicyzm jest w Polsce dyskryminowany. Samolubstwo ma to do siebie, że zawsze mu mało, zawsze należy mu się więcej, a jakakolwiek pomoc innym to krzywda. I dotyczy to też zbiorowej tożsamości polskich ksenofobów. Nie pamiętają już, co to jest wojna. Że kiedy chodzi o życie własne i najbliższych, przestają być ważne poglądy walczących stron. Ci ludzie wypływają ze swoimi małymi dziećmi na pełne morze w kruchych pontonach. Jakie piekło muszą przeżywać, że decydują się na coś takiego? I kim jest człowiek, który odnalazłszy ich, nie wyciągnie do nich ręki, lecz – jak chciałby pewien profesor z YouTube’a – im tę łódź utopi?

Do wszystkich niezdecydowanych, czy przyjęcie emigrantów i otwarcie się na nich na co dzień (bo będziemy ich spotykać na ulicach) stanowi naprawdę aż takie zagrożenie: Jeśli macie jakiekolwiek wątpliwości, to znaczy, że będziecie w stanie to zrobić w odróżnieniu od tych, którzy z góry wszystko wiedzą: poczytajcie o ich kulturze i religii, choćby w Wikipedii. Same podstawy. Poczytajcie, na czym polega islam, co stanowi jego istotę i jak wygląda jego prawo. Posłuchajcie opowieści tych, którzy byli w krajach muzułmańskich jako turyści. W sposób otwarty, z ciekawości, tak jakbyście to zrobili być może wtedy, gdyby wasz sąsiad czy kolega z pracy żenił się z muzułmanką. I błagam, nie porównujcie sytuacji Polski czy Polaków do ogarniętego wyniszczającą wojną kraju.

Osobny akapit dla tych, którzy rozmywają problem, twierdząc, że wiele polskich rodzin potrzebuje pomocy i to im trzeba pomóc. Dobrze. W waszych miastach jest ich pełno – po co się troszczyć o inne? A gdy się lepiej zastanowić, nie wszystko idzie jak trzeba w waszych rodzinach (pomijając waszą znieczulicę, która zresztą wam nie przeszkadza), a Ojciec Święty Jan Paweł II mówił, że rodzina to podstawa. Więc zamiast polskim dzieciom, trzeba najpierw pomóc rodzinie. I tak coraz bardziej można zawężać obszar, w którym działa empatia, aż do czubka własnego nosa. I życzę wam, żebyście się nim zajęli na tyle, by nie chciało się już wam pisać tych szkodliwych bzdur.

A wracając do armii rasistów i ksenofobów, która nagle się ujawniła i z którą nie sposób ani dyskutować, ani ją przegłosować, ani w ogóle nie zostać oplutym za to, co się tutaj pisze – wiecie co, przytłaczająca większości moich rodaków? Nie chce mi się, kurwa, z wami gadać. Cieszę się, że mieszkam daleko od was.

A propos powyższego…

3 Comments

  1. Potrzebny jest szerszy obraz. Rosja, Chiny i USA pompują w odpowiednie miejsca kasę, rozniecają konflikty, a Unia, jako że to najbliższe cywilizowane państwo, dostaje gratis poważny problem.

    Pewne ciecze się nie mieszają, pewne kolory nie idą razem w parze, z pewnymi ludźmi się nie da koegzystować i zgadzam się, że uchodźców się stawia na dzień dobry w takiej pozycji. Nie zazdroszczę, współczuję.

    Później okazuje się, że ci nieszczęśnicy organizują wycieczki żeby obrzezać dziewczynki, albo, jak to miało miejsce u mnie na podwórku, zabijają kobiety, matki własnych dzieci, bo czują, że powinni. O tym dlaczego moi sąsiedzi stracili córkę możemy poprawnie pomilczeć, nie ważne czy w kontekście religijnym, światopoglądowym, czy osobistym.

    I faktycznie może jest tak jak piszesz – oszołomów różnej maści można posadzić w jednej ławce, w jednej szkole, pasać na jednym osiedlu, zatrudniać w tych samych zakładach, niech sobie po próżnicy skaczą do oczu aż się zmęczą i pójdą razem napić. Później można ich np. ogrodzić, nadać ziemię, wydać siatkę, wprowadzić samorządność i umożliwić w ramach ogrodzenia swobodną migrację, żeby poczuli się u siebie. Optymalnie można otoczyć taką sytuację wysokim murem. W pewnym momencie komuś jednak przyjdzie do głowy sprawdzone rozwiązanie: można im wydać broń.

    Myśmy już to widzieli: w w latach 30-tych, później, z wydarzeń niedaleko, wymieniane naprędce: Bałkany, Izrael/Palestyna, Afrykańska Wiosna, a za moment – znów- w ogniu może stanąć Europa.

    Chciałbym wtedy móc napisać to, co Ty w ostatnim zdaniu. „Cieszę się, że mieszkam daleko od was.”

    Tylko czy dość daleko? Czy mur jest już dostatecznie wysoki?

  2. Świat się zmienia. Polska od dawna leżała na uboczu jakichkolwiek większych napięć i konfliktów, ale jeśli to się musi zmienić (a w końcu musi), to nie unikniemy tego. Możemy odwracać się tyłkiem i dobudowywać kolejnych kilka metrów do muru, który nas otacza, by chronić nasz drogocenny spokój. Obawiam się jednak, że historia lekkim krokiem ten mur przekroczy bez względu na jego wysokość. Dlatego również z „szerszego” (czyli tak naprawdę intelektualno-prognozowego) punktu widzenia optuję za tym, by przyjąć wyzwanie z godnością. Być jak sąsiad, który wychodzi naprzeciw, przywitać i poznać nowych (zachowując oczywiście wszelkie środki ostrożności), a nie jak ten, który zamyka drzwi na rygiel i zza zasłony śledzi przybyszów nieprzyjaznym wzrokiem. I nie teoretyzuję (a mam wrażenie, że pisząc w Internecie głównie teoretyzujemy). Jeśli w mojej wsi osiedli się islamska rodzina, będę pierwszym, który im złoży wizytę, wypyta o kilka spraw, zapyta, w czym można pomóc. I uważnie będzie słuchał, o co pytają oni.

    Jeśli chodzi o historię z Twojego podwórka, o której wspominasz, lecz nie rozwijasz jej: Okej, załóżmy, że muzułmanin zabił swoją polską żonę, bo krzywo się uśmiechnęła, i cieszy się, bo myśli, że dzięki temu pójdzie do nieba. Znam wiele takich historii, ale żadna z nich nie przekonuje mnie, by zacząć zachowywać się tak jak oni lub chociaż podobnie. Jestem człowiekiem, uważam, że potrzebującym należy się pomoc. To przede wszystkim. Reszta to drugi plan, którego moje oba wpisy nie dotyczą, choć oczywiście istnieje.

    Człowiek, chrześcijanin z Koziej Wólki wpadł w szał i powybijał całą rodzinę siekierą. Mam odmówić pomocy np. tonącemu, jeśli będzie pochodził z tej wsi, bo tam mieszkał morderca? Zetknąłem się w życiu z kilkoma ledwie muzułmanami, a wielu moich znajomych podróżowało długo po krajach islamskich i twierdzą, że mieszkają tam tacy sami ludzie jak u nas – różni, a oni spotkali się wyłącznie z życzliwością i gościnnością. Zresztą fakt, że w temacie pomocy zdesperowanym ludziom pokrzywdzonym przez wojnę i (nierzadko) terrorystów rozmowa schodzi na poglądy i wierzenia, budzi już mój niesmak. Zresztą pisałem o tym. Jeśli chcemy, żeby świat był domem dla ludzi, a nie polem bitwy, traktujmy go tak. Inaczej nic z tego.

  3. Przypomnę tylko, że Czeczenów jako chyba jedynych przyjmowaliśmy zawsze z otwartymi rękoma. O tym chyba zapomniałeś, a to rosyjska kolebka i islamskiego fundamentalizmu, i terroryzmu, i separatyzmu.

    Panie Nocny Grajku, zgłaszam jedno ale: wojna już trwa, traktuj to jak chcesz. Prawdziwa, ciągła wojna. Fakt, że żołnierze nie strzelają, że cywilne domy nie płoną, bo to innego typu konflikt. Można nie zauważać, można robić różne rzeczy, a ona się wydarza i będzie się działa dalej.

    Możesz sobie wyobrazić jak się czuje człowiek przeniesiony z miejsca na miejsce? Pozbawiony tradycji, tożsamości, domu, zaszczuty, który ma w życiu tylko to, co mu nakładą do głowy Ci, z którymi czuje jakąkolwiek więź, z którymi może się utożsamić. No jak myślisz, kto wyrośnie w takich warunkach? Czy można zrobić cokolwiek, żeby zmienić taki los? Moja propozycja: wygasić konflikt, ustabilizować sytuację gospodarczą, wyposażyć delikwenta i odesłać na rodzinną ziemię, niech mu rośnie gaj oliwny czy co tam miał.

    Problem zaczyna się dokładnie tak samo, jak chciałbyś, żeby się to wszystko działo: trzeba przyjąć ludzi jak swoich, wsadzić nieswornych do jednej klasy, posadzić w tej samej ławce i patrzeć. Ponieważ osoby odpowiedzialne za zachowanie porządku stosują taktykę pt. „wystarczy myśleć, że będzie dobrze, wtedy będzie dobrze”, to wszyscy widzą, jak sobie gagatki skaczą do gardeł, jak się nakręcają. I ten „inny” – choćby tylko dlatego, że nowy, w końcu dostanie łomot. Dlatego, jeżeli znów zło się stanie na tych ziemiach, to może się to stać rękoma dzieci i wnuków takich ludzi, jak Ty: gospodarzy światłych, światowych, jasnych, otwartych, szczodrych i gościnnych.

    Na marginesie, najbardziej boję się ludzi u władzy, właśnie za ta taką łatwość w zamianie dobrych intencji w niepohamowaną nienawiść. Boję się ich o wiele bardziej od tych nielicznych wyjątków, radośnie wysadzających, topiących, rozstrzeliwujących, palących żywcem. Od tych, którzy władają coraz większym obszarem islamskiego świata wbrew woli „znakomitej większości” „miłujących pokój” mieszkańców, na co dzień witających z otwartymi ramionami rozmaitych (głównie jednak bogatych) turystów w kurortach, poza którymi jednak sugeruje się zakrycie głowy i generalnie skromny strój w czasie zwiedzania.

    Chodzi mi o to, że jeżeli motywowany najlepiej pojętym, krótkowzrocznym miłosierdziem zachód przyjmie więcej ludzi ze stref objętych religijną wojną, to zaczną się prawdziwe rozróby. Nie jakieś zamieszki, nie działanie na niedużym terytorium pod przykrywką mafii czy gangów, tylko regularna wojna domowa. Tam akurat przerabiali to z IRA i ETA i doskonale pamiętają jak trudno jest ukręcić hydrze łeb.

    Ostatnie wydarzenia mogą budzić sprzeciw, ale to jest ze strony zachodnich polityków bardzo racjonalne zarządzanie ryzykiem eskalacji konfliktu, który się od dawna tli i raczej sam nie zgaśnie. Druga strona jest też cyniczna, może śmiało eksportować ludzi i rzeczy same potoczą się po ich myśli, wystarczy żeby cały czas gdzieś była wojna, a zachód Europy w końcu klęknie.

    Skoro asymilacja się nie udaje, skoro empirycznie dowiedziono, że te dwie ciecze się nie mieszają, to wiadomo jak, wiadomo dlaczego i wiadomo co się może stać w przyszłości. Twoim wrogiem niech będą nadal kołtuńskie masy. Nie politycy w garniturach, galabijach czy sutannach robiących interesy na ludzkim nieszczęściu, nie pieniądze i chciwość, nie wojna.