szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

o górach pięknych, pięknych spotkaniach i niespotkaniach niepięknych

P1140535Wróciłem z trasy. Padły moje trzy życiowe rekordy:

  1. Przedwczoraj – najdłuższe i najbardziej męczące chodzenie po górach – ponad 2 godziny w śniegu bez raków, w płaszczu i kapeluszu, bez rękawiczek, w niezbyt dobrych butach, z ciężkim plecakiem na plecach i pudłem z gitarą w dłoni. Szczęście, że pogoda była znakomita. Dodam, że nie przepadam za chodzeniem po górach, a ostatni (i chyba pierwszy) raz, gdy robiłem to z własnej woli, miał miejsce ponad 10 lat temu. Lubię szwendać się po krajobrazie, ale równiny, wzgórza, jeziora czy doliny znajduję równie piękne jak góry, a idzie się lżej i można dłużej, więc wybór jest prosty. Jeśli o tereny górskie idzie, Dolina Chochołowska, Nieznajowa-Radocyna – tego typu szlaki przemierzam bardzo chętnie. Ale do zdobywania szczytów zupełnie mnie nie ciągnie.
  2. Wczoraj – największy dystans zrobiony pieszo w pełnym rynsztunku jednego dnia bez planów i przygotowania. Nazbierało się ok. 15 kilometrów, w tym 5 ze stromej, śliskiej góry. Co prawda szło się czasem w życiu i 30 km, ale w sposób zaplanowany, z odpowiednim przygotowaniem.
  3. Dzisiaj – największe zakwasy ever. Chodzę jak kaczka po porodzie i ledwo mogę usiedzieć.

Ale warto było. Dwa fajne koncerty, kilkoro nowo poznanych dobrych ludzi, spotkania ze starymi przyjaciółmi i parę refleksji.

Ta, którą mam w tej chwili w głowie dotyczy Facebooka, na którym ostatnio spędzałem znów zbyt dużo czasu, i tego, w jaki sposób spełnia on potrzebę dyskursu i kontaktu ze znajomymi. Mieszkam na końcu świata, rzadko widuję ludzi, a takich, z którymi mam dużo wspólnych zainteresowań czy wspólną wizję świata, to już prawie nigdy. Siłą rzeczy częściej rozmawiam przez internet, a konkretnie na Facebooku właśnie, niż na żywo. Jadąc do starego Krakowa, postanowiłem przy okazji sprawdzić w związku z tym kilka rzeczy, sprowokować sytuację, w których będę miał możliwość zaobserwowania siebie, innych i tego, co między nami się dzieje.

Podczas całej wyprawy rozmawiałem na żywo, w realu na różne tematy z bliższymi i dalszymi znajomymi. Również (w ramach wspomnianego eksperymentu) na tematy kontrowersyjne, przeradzające się w internecie w nieskończone ciągi komentarzy i dyskusje, które, choć budzą żywe emocje, nie dają żadnej satysfakcji, nastawiają ludzi nieżyczliwie wobec siebie (lub może tylko wobec profili innych osób) i rzadko inspirują. Rozmawiając na żywo, nawet mając lekko w czubie (na przykład wczoraj/dziś o 3 nad ranem) czułem się spełniony towarzysko, a wiele niewypowiedzianego (bo udostępnienie Szewska copyczegoś czy wpis, a już na pewno nie komentarz, nie dają mi takiej satysfakcji jak wypowiedź) uwolniło się. I to bez względu na to, czy rozmówca się ze mną zgadzał czy nie. Ładnie to dzisiaj podsumowała K. – w dyskusji ze znajomymi chodzi tak naprawdę o podtrzymywanie więzi, a klepanie w klawiaturę i przerzucanie się argumentami w postaci tekstu na ekranie więzi nie podtrzymuje. Rzeczywiście, Fejzbuk, jak go nazywam, kilka więzi moich osłabił lub wręcz zniweczył, a chyba żadnej nie wzmocnił. Na głód kontaktu działa on jak ekstremalny junk food – niby napełnia, ale nie napełnia. A jeśli napełnia, to w sposób toksyczny, jak narkotyk, sztuczny dopalacz. Zapewnia relacje z profilami ludzi, a nie z nimi samymi – bolesne czasem lub co najwyżej neutralne ocieranie się o siebie nagich nerwów suchej treści nieotulonej miękkim, ciepłym ciałem mimiki, spojrzenia, gestu, tonu, bliskości. Wtrąca się czasem ktoś obcy lub prawie obcy i wymiana zdań zaczyna przypominać treść rozmowy zestresowanych ludzi w przepełnionym autobusie. Portale społecznościowe nadają się do zgrywy, wymiany suchych informacji, zdjęć, muzyki itp. Ale – przynajmniej w moim przypadku – nie mają żadnego pozytywnego wpływu na prawdziwe relacje z drugim człowiekiem. Czytając czyjś komentarz, czytam go w swoich myślach, swoim głosem, przez emocje własne, a nie tego, z kim „rozmawiam”. Szkoda mi niektórych znajomości, które toczą się już tylko na ekranie. Wolę się spotkać z kimś raz w roku niż codziennie wymieniać z nim wpisy i komentarze w internecie.

Spędziłem wczoraj wspaniały wieczór z kilkorgiem ludzi. Z żadną z tych osób nie zamieniłem nigdy więcej niż kilku zdań na portalach społecznościowych, choć z niektórymi znamy się od wielu lat, a nawet mieszkaliśmy razem. Teraz widujemy się raz na pół roku, czasem rzadziej, i nie widzę, żeby fakt braku kontaktu portalowego jakkolwiek wpływał na nasze relacje, gdy już się widzimy. Chyba że jest to wpływ pozytywny.

Są ludzie, chociażby moja żonka lub wspomniani starzy znajomi i przyjaciele, którzy zupełnie naturalnie traktują np. Fejzbuka w ten sposób i nie potrzebują takich obserwacji, eksperymentów i wielopiętrowych wniosków, by nie wchodzić w daremne wymiany komentarzy. Cóż, ja niestety mam inaczej i pozostaje mi podziwiać ich naturalną mądrość. Ja jestem dyskutant. Pozostaje mi ustawić dodatek StayFocusd tak, żebym mógł korzystać z Fejsa najwyżej 10 minut na dobę (to powinno wystarczyć do celów zawodowo-promocyjnych), co niniejszym czynię, i ewentualnie zainstalować sobie jednak Skype’a lub inne narzędzie do kontaktów bilateralnych, niepublicznych, którym towarzyszy dźwięk i obraz, a wraz z nimi elementy komunikacji często ważniejsze niż sam tekst.

A propos powyższego…

4 Comments

  1. Kurczę, jak się wyprowadzasz na wieś, to brak towarzystwa wydaje się być celem, nie problemem. Pomyśl, że nie tylko Polek resztę życia spędzi w ten sposób, ale też synowi zredukowałeś grupę rówieśniczą.

  2. Nie rozumiem wymowy drugiej części Twojego komentarza. Sugerujesz, że dzieci powinno się wychowywać w mieście? o_O
    A co do pierwszego zdania, myślę, ze zależy od tego, kto jakie ma cele. W sumie też nie wiem, do czego zmierzasz. :)

  3. Jestem wieśniakiem, ale pegieerusem, to co innego, bo się żyło na kupie, z masą sąsiadów i wielopokoleniowo. W mieście żyję jak na emigracji.

    Widzisz, wyłapałem jakiś taki narzekający ton, który się przewijał w całym poście. Że wiocha to w pewnym sensie pustynia, że FB to niesprawna proteza. Pomyślałem od razu o różnicach, czyli o fakcie, że mój wybór, podobny w konsekwencjach, był wyborem własnym, a Was jest więcej.

    Chodzi mi o to, że za pewnego rodzaju ciszę się płaci, i to niemało. Więc może nie ma sensu udawać (fejsbuczeniem?), że jest inaczej, skoro porzuciło się pół świata, żeby cieszyć oczy widokiem z ganku.

    „Boyhood” Pan Czarnokierznik przypadkiem widział?

  4. Nie widziałem, zaintereszę się. :)

    A co do narzekania to ja tu tylko na kontakty internetowe narzekam, nie na wieś. To o rzadkich spotkaniach na początku dopisałem już po wszystkim, żeby zrobić jakiś wstęp. Rzeczywiście fejzbuk to – świetne określenie – niesprawna proteza. Masz rację, że fejzbuczyć nie warto, żeby sobie zrekompensować dalekość przyjaźni, o tym właśnie miał być ten wpis. Wyzbywam się pomału tego starego uzależnienia. Pomaga mi w tym świadomość i refleksja, więc pewnie będzie ich więcej.

    Jeśli idzie o dzieci, cóż – jeśli zacznę kiedyś mieć pretensję do własnego dziadka, że się przeniósł w latach 50. do miasta i do ojca, że nie wrócił na rodzinne gumno, to może zacznę mieć poczucie winy wobec własnego dziecka, o ile wybierze kiedyś życie w mieście. Ale wszystko to brzmi dla mnie bardzo absurdalnie. Mój synek to zdrowy, szczęśliwy i silny chłopak, ma wspaniałe przedszkole, kolegów i rozwija się znakomicie pod każdym względem. Jestem pewien, że gdy zacznie mieć dorosłe problemy, poradzi sobie z nimi po dorosłemu. I albo zostanie, albo wyjedzie.

    Próbuję napisać kolejne zdanie o tym, co by było gdyby, w razie powrotu do miasta itp., ale każde kasuję, bo są po prostu bez sensu. Tu jest nasze miejsce i tu jest super. Wyprawy miejskie (na góra 2-3 dni) stały się za to tak fajne jak kiedyś wyprawy na wieś.