szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

o moim mistrzu i lekcji bolesnej

Mistrz w swojej łodzi

Mistrz w swojej łodzi

Dziwne – napisałem niedawno, że bardzo dobrze mi tu samemu z dzieckiem, i od razu, jakby na zawołanie zaczęły się wyzwania i problemy. Na szczęście wyłącznie natury psychospołecznej i lajtowopedagogicznej. Ale lekcję wyzbywania się egocentryzmu otrzymałem dzisiaj rzetelną. Polecam wszystkim receptę: 1. spłodzić potomka, 2. wyprowadzić się w głuszę, 3. wysłać współmałżonka w świat, 4. siedzieć kilka dni z dzieckiem w obejściu, nie spotykając prawie nikogo, 5. jeden raz w roku, właśnie pod koniec dłuższego okresu zupełnej niemal samotności przekonać się do udziału w imprezie u dobrych znajomych i nastawić się na wspaniały wieczór, 6. pojechać z potomkiem i poczuć po wielu dniach, jak pięknie jest być wśród ludzi na żywo,  bez internetów, 7. po godzinie, gdy impreza zaczyna się rozkręcać, usłyszeć od znudzonego brakiem towarzyszy zabaw synka stanowcze „Ja chcę do domu!”.

Cóż robić – żadnych innych dzieci w jego wieku nie było, miejsca do zabawy również, bo deszcz siekł niemiłosiernie, ludzi dużo, a chałupa – jak to chałupa – ograniczona. Nudził się chłopczyk, a mnie się już natchnienie na nowe dziecięce zabawy w nietypowych warunkach wyczerpało. I jeszcze kilka osób wokół, z którymi bardzo chciałem porozmawiać, i piękne dziewczyny, i atmosfera… Nie byłem w stanie niczego mu zaproponować. Wsiedliśmy więc z powrotem do auta i wio do domu.

Poza dołem i zazdrością wobec wszystkich, którzy właśnie bawią się u Natalii na Wonnym Wzgórzu, wyniosłem z tego wszystkiego dwie rzeczy: pierwsza to upewnienie się, że jeśli idzie o porzucanie ego, mieszka ze mną mistrz nad mistrzami, którego w tym tygodniu mam zaszczyt być jedynym uczniem. Druga to również upewnienie się z całą mocą, jak bardzo nienawidzę Fejzbuka jako sposobu komunikowania się.

W ogóle to razem z wiosną idą do mnie doświadczenia, które zwiastują (oby! oby!!!) zmiany w moim codziennym funkcjonowaniu. Z jednej strony wszystkie komputery, sieci i inne duperele, którymi byłem otoczony zimą (w zastępstwie ludzi? trafne słowa, Uszaku!) zacinają się, psują, zwalniają i tracą zasięg jak szalone, do tego stopnia, że zanim dzisiaj włączyłem dziecku film, wystygła mi woda w wannie. Tablet spoczął podczas walki z nahalnymi reklamami, a laptop zaczął przeinstalowywać system, bo omsknęła mi się dłoń, gdy wybierałem opcję startową. Z drugiej strony przyszedł czas sadzenia roślinności, otworzyły się przede mną (mentalnie) drogi we wszystkie nieskończone strony świata (żona wraca, ja wypierdzielam z plecakiem w las), a przyroda w odróżnieniu od elektroniki działa zawsze nienagannie i jest to jedyny element rzeczywistości, któremu daję prawo do określeń „jedynie słuszny” oraz „prawda”. Zatem uzupełniając, przyroda działa zawsze nienagannie i w jedyny słuszny sposób.

Dobrze gadają, że pisanie może mieć efekt terapeutyczny. Już mi lepiej, a żal o to, że zamiast być wśród ludzi, znowu rozmawiam z białym ekranem, zaszył się gdzieś między zwojami mózgu.

A propos powyższego…

2 Comments

  1. Mapy kupiłem, zaraz też zniknę (ze świata online znaczy). Niech tylko noce wyjdą z minusów na jakieś plus pięć, kwestia tygodnia. Licznie czasu w tygodniach, nie od weekendu do weekendu, ale takich ciągłych jest samo w sobie czymś znamiennym.

    Statek pijacki mnie rozczulił kompletnie, i pomysł, i wykonanie.

  2. Proponuję dwudniową wyprawę – Ty w moją stronę, ja w Twoją. Mijamy się bez słowa. Jeśli spotkamy się następnego dnia w drodze powrotnej, możemy pogadać. :)