Czytam, słucham, myślę sobie i w trakcie tego wszystkiego naszła mnie refleksja na temat pierwszego przykazania religii chrześcijańskiej. Dawniej chrześcijaństwo wydawało mi się bardzo oddalone od religii i duchowości Wschodu. Nadal tak uważam, choć zaczynam dostrzegać w jego korzeniach to samo, co i wszędzie, tyle że wyrażone na sposób taki, by potrafiło się przebić w ówczesnej rzeczywistości bliskowschodnich społeczeństw. W gruncie rzeczy pierwsze przykazanie daje się zinterpretować w bardzo duchowy, a mało religijny sposób. Otóż „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną” w najprostszej zdawałoby się wykładni oznacza „Jestem jedynym prawdziwym bogiem i nie wolno ci czcić żadnych Manitou, Zeusów i Trygławów, a już szczególnie Złotych Cielców”. Mnie jednak kojarzy się ono z powszechną od wieków wśród duchowych nauczycieli Wschodu, a ostatnio i Zachodu tezą, że tak naprawdę istnieje jedna duchowość, jedno połączenie pomiędzy człowiekiem a transcendencją, a wszelkie podziały na bogów, religie, dogmaty itp. wynikają nie z faktycznego stanu rzeczy, a z kultury, z mentalności, ze sposobu myślenia o sprawach ostatecznych różnych kultur, z potrzeby opisywania tej transcendencji tak, a nie inaczej. I z władzy, bo kontrola nad tym, jak ludzie postrzegają sens swojego życia i śmierci daje ogromną władzę, z której mnóstwo wielkich, mniejszych i całkiem malutkich organizacji zawsze skwapliwie korzystało.

W Biblii Tysiąclecia znajdujemy rozwinięcie tego przykazania: „Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią! Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył”. Te słowa to przecież tylko inaczej, w formie nakazu, wyrażone przekonanie, że jakiekolwiek ukonkretnianie, opisywanie czy wyobrażanie tego, co poza materialną, zmysłową świadomością nie jest już nieskończonością i transcendencją, jest fałszywe. Absolut jest nieopisywalny i niewyrażalny. Jeśli mam rację, wielkim nieporozumieniem jest upieranie się, że jedyną transcendencję stanowi opisywany w Biblii Bóg, tak jak się go tam opisuje. Transcendencja jest transcendencją i w swej istocie jest jedyna. A nawet jeśli nie jest, jeśli jest dwoista, potrójna czy wielokrotna, to nadal jest to transcendencja – jedna. A przynajmniej tak tylko ją możemy postrzegać w opozycji do „świata widzialnego”. Opisywanie tej transcendencji to redukcja jej do opisu, upieranie się, że owa zredukowana wersja transcendencji (a więc jakiś jej obraz, wizerunek) jest transcednencją to nic innego jak… złamanie pierwszego przykazania. Mojżesz łamiący swoje pierwsze przykazanie w chwili wygłaszania go! I dalej, uznanie tej wersji transcendencji za jedyną słuszną daje pożywkę władzy i wszystkim wojnom religijnym, jakie z udziałem judaizmu i chrześcijaństwa miały miejsce od tamtej chwili. Nie dalej jak ok. tydzień później Mojżesz mówił nad zasłaną trupem ziemią: „«Tak mówi Pan, Bóg Izraela: „Każdy z was niech przypasze miecz do boku. Przejdźcie tam i z powrotem od jednej bramy w obozie do drugiej i zabijajcie: kto swego brata, kto swego przyjaciela, kto swego krewnego”». Synowie Lewiego uczynili według rozkazu Mojżesza, i zabito w tym dniu około trzech tysięcy mężów. Mojżesz powiedział wówczas do nich: «Poświęciliście ręce dla Pana, ponieważ każdy z was był przeciw swojemu synowi, przeciw swemu bratu. Oby Pan użyczył wam dzisiaj błogosławieństwa!»” (pełny kontekst – Wj 32).

W opisie pierwszego przykazania w Biblii Tysiąclecia są słowa „…ponieważ Ja Pan, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze występek ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia względem tych, którzy Mnie nienawidzą. Okazuję zaś łaskę aż do tysiącznego pokolenia tym, którzy Mnie miłują i przestrzegają moich przykazań”.  Z mojego niekatolickiej i niechrześcijańskiej perspektywy nierealistyczne wydaje mi się to, że tak szczegółowy, słowny przekaz mógł pochodzić z Niewiadomej. Wyobrażam sobie bieg wydarzeń tak, że człowiek doznający wówczas mistycznego widzenia (czyli wg przekazów Mojżesz) bardzo chciał, żeby ludzie wysłuchali go, żeby drogocenna wizja nie została tylko z nim. A najlepszym sposobem na skłonienie ziomków do przyjęcia nowych prawd wydało mu się (zapewne słusznie) wzbudzenie u nich strachu. Powiedział zatem to, co stanowiło istotę sprawy i żeby swoim słowom nadać mocy, dodał: „bo jak tego nie posłuchacie, zginiecie wy, wasze dzieci i wnuki!”. Poskutkowało…

A propos powyższego…