szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

o tym, że za lat kilkadziesiąt wybitny polski językoznawca i patriota może nazywać się George, i co z tego wynika

Postrzyżyny_MieszkaJuż od niedzieli będzie można nadać swojemu potomkowi imię Justin, Brad, Kim, a może nawet Kardashian. Smutne to trochę, choć przecież nie można ludziom zabraniać nazywać dzieci, jak chcą. Język, czyli to, co chyba najwyraźniej definiuje daną kulturę, powoli zaczyna się zwijać z naszej krainy.  Biorąc pod uwagę dominację kultury anglojęzycznej, czeka nas pewnie powolny zanik jednej z najbardziej pierwotnych i podstawowych rzeczy, która trzyma człowieka przy jego kulturze – imienia.

Z językiem w muzyce sprawa ma się coraz gorzej już od dłuższego czasu. Pewnego razu trafiłem na zestawienie najlepiej zapowiadających się wykonawców 2015 roku. Wśród kilkunastu zespołów i solistów tylko jeden czy dwoje nazywało się tak, że można było to podciągnąć pod język polski. A i tak śpiewają głównie po angielsku. I mamy taką sytuację: polskojęzyczny artysta śpiewa dla polskojęzycznej publiczności po angielsku, kalecząc mniej lub bardziej wymowę. Ludzie się cieszą, klaszczą… Kiedy to się stało normalne? Bo dla mnie taki obrazek wali po oczach (i uszach przede wszystkim) absurdem. Uśmiałbym się jak dziki osioł, gdyby w gruncie rzeczy nie było to smutne. Stajemy się pomału kulturową kolonią Stanów Zjednoczonych. Na własne życzenie. Bo kto nam zabroni?

A propos powyższego…

5 Comments

  1. Mamy dłuższe słowa od angielskich, średnio o jedną sylabę, może stąd wpadającą w ucho popelinę łatwiej sprzedać kiedy się śpiewa po angielsku. Raperzy może się wybronili przed inwazją, kopiując sam model.

    Kulturę popularną, masową kształtuje ten, kto ma pieniądz – dziś jest anglojęzyczna, a za 30 lat, jestem tego pewien, będziemy się uczyć mandaryńskiego albo arabskiego. Z drugiej strony, poważnie, to że media, piosenki, hity radiowe, że gwiazdy cośtam gdzieśtam, że ktoś, że coś, że z kimś… Kogo i dlaczego to jeszcze obchodzi? Od lat nie widzę dla siebie produktu w ramach tego, co oferuje nasza kulturowa jadłodajnia. I omijam szerokim łukiem choliłuckie filmy, telewizję i seriale, wypaśne giery, łatwe piosenki, tanie poczytajki. Jeżeli mam ochotę – konsumuję dokładnie to, co chcę, w dogodnym dla siebie czasie i w wybranej wersji językowej, bez przerywania reklamami. BTW – skarżysz się na brak czytelników, a na poprzednim blogu moje komentarze gdzieś ginęły.

  2. nocny grajek

    środa, 25 Luty 2015 at 14:11

    Mamy inną optykę. Ja nie patrzę na swoje „dookoła”, bo dookoła mnie sad, trawy, stawy i wzgórza, wiatr śpiewa pieśni, a internet i Allegro dostarczają tych dóbr kultury, których sam pragnę. Martwi mnie jednak to, że jako autor i wykonawca piosenek jestem ze swoim polskojęzycznym repertuarem coraz mniej potrzebny. Kiedyś było: „Poezja, trudne – nie bierzemy”. Teraz: „Nie dość że poezja, to jeszcze po polsku”. A w szerszym kontekście – nie wisimy w próżni. Wojny kulturowe, cywilizacyjne i te zwykłe, militarne, dotyczą wszystkich – jedziemy na jednym wózku z „połykaczami kultury”, z tymi, którzy odbierają to, co im się podaje na tacy z telewizora i eremefów. Dlatego owszem – obchodzi mnie to jeszcze. I chciałbym, żeby w moim bliższym i dalszym otoczeniu było więcej konsumentów świadomych i żeby ludzie, jeśli nawet się ze mną nie zgodzą, zadali sobie przynajmniej to czy inne pytanie. Wolę być twórcą i odbiorcą żywej kultury niż kultury martwej.

    Nie wiem, co co chodziło z komentarzami na Blogspocie, nie otrzymywałem żadnych powiadomień. Myślałem, że po prostu nikt nie komentuje. :/ Ale na brak czytelników nie narzekam. Nawet nie wiem, ilu ich jest. :)

  3. Niepokazywanie się komentarzy ma chyba związek z katpczą? Jakoś wtedy te moje przestały przechodzić.

    Co do optyki i niewiszenia w próżni, masz całkowitą rację. Chodzi mi o to, że konsument podłączony do Internetu to już zupełnie inny ktoś, niż kilkanaście lat temu. wierzę gorąco w ludzi energicznych, aktywnych, otwartych, myślących. Myślę, że jest tak dużo uroku w odkrywaniu świata samemu, że ciekawości współcześnie nie trzeba już uczyć – albo się ją ma, albo nie. Trzeba uczyć rozumienia, uprzystępniać – szapoba (czyli po nowemu propsy?) za przerobioną dylanowską „Balladę”.
    Swoją drogą, nie ma co narzekać na angielszczyznę, bo zjawisko jest szersze: kultura masowa ma żenująco niski poziom, rodzima od zachodniej różni się tylko budżetem. Rodzynki zdarzają się bardzo rzadko. Więc nie konsumuję. Radia od paru lat nie da się słuchać – więc nie słucham. Ale zapewniam, nie żyję w próżni.

    Swoją drogą, skąd niby wziął się w naszym języku swojski dywan? Albo pantałyk?

  4. nocny grajek

    środa, 25 Luty 2015 at 16:58

    Kolejna kwestia – granica. To, co jednemu wydaje się zupełnie normalne, drugi (ja zawsze, taka już moja natura :)) odczyta jako niepokojące, inny wręcz za tragedię. Jestem zwolennikiem przenikania się kultur, zapożyczeń itp. Ale przenikanie się to coś innego niż ekspansja, z którą moim zdaniem mamy do czynienia. W krajach Europy Zachodniej radiostacje nadają rodzimą muzykę w 70-80 procentach. Jechałem też kilka razy stopem z Rosjanami, słucham też czasem białoruskiego radia, gdy przejeżdżam przez Podlasie. Nic nie rozumiałem – bardzo mało tam angielszczyzny. A u nas? 30% to obowiązek. Realizowany w takiej Trójce głównie przy pomocy „dnia polskiej muzyki” czy czegoś takiego. Coraz częściej zresztą ta polska muzyka jest właśnie po angielsku, więc już wolę angloamerykańskie zespoły – przynajmniej akcent nie kaleczy uszu.

  5. …albo też polskie puszczane są w nocy.
    Z tym przenikaniem masz rację, bardzo na tym zyskiwaliśmy przed wojną, gdy np, tu gdzie mieszkam przenikały się kultury wielu narodów, prócz Żydów, Rusinów i Polaków, też wielu Niemców, Czechów, Francuzów – którzy zakochali się w polskiej kulturze i w drugim czy trzecim pokoleniu stali się polskimi patriotami z dziwnie brzmiącym nazwiskiem, nawet bez ustawy o możliwości nadawania zachodnich imion :-) Ciekawe, że wtedy granice kulturowe były płynne i nieporozcinane przez totalitaryzmy, tak jak teraz (sowiecki totalitaryzm równo przycinał granice narodowościowe do granic politycznych); chyba gdyby nie ta różnorodność, przekonanie, zapożyczanie, współistnienie, nie byłoby tak wielu wybitnych postaci w przedwojennym Lwowie. Gdy widzę walącą się synagogę, to odczuwam jakiś brak.