rideNie jestem wrogiem ludzi wierzących ani niewierzących w tego czy innego boga. Nie jestem wrogiem lewo- i prawostronnych, czarnych ani białych, szczepiących dzieci i nieszczepiących, pewnych, że UFO istnieje i pewnych, że nie istnieje. Jestem wrogiem ściemy i manipulacji.

Wpadła mi w oko kiedyś piękna modlitwa, mówiąca o tym, że wszyscy jesteśmy jednością. O miłości, o tym, jak nasze postępowanie i myśli kształtują nasze życie i naszego ducha. Wszystko byłoby super, gdyby nad nią nie napisano, że to prawdziwy, niewykoślawiony przez Kościół przekład „Ojcze nasz” z aramejskiego. Łatwo było sprawdzić, że to bzdura, aramejski tekst „Ojcze nasz” – bardzo podobny do współczesnych wersji językowych, a diametralnie różny od tego nibyprzekładu, można znaleźć w internecie, ludzi uczących się tego języka też nie brakuje. Po co ktoś kala piękne, wymyślone przez siebie lub kogoś innego słowa taką ściemą rodem z telezakupów? I co ważniejsze: kto mu uwierzy, jakich ludzi wokół siebie zgromadzi?

Myślę, że nie tyle ważne, co myślimy i w co wierzymy, ile jak. Ile w tym rozumu, szczerości. Czy nie znajdujemy przypadkiem swojej mądrości i wiary w bagienku kłamstwa i na polu cudzych ambicji? Czyje ego karmimy, wierząc, że piękne słowa naprawdę wypowiedział Einstein czy Dalajlama? Kto zbiera nasze „lajki” na Facebooku? Czy jeśli piękna treść i mądrość są narzędziem marketingu lub cudzych ambicji, czy rzeczywiście mogą zaprowadzić nas w jasną stronę? A może to wszystko jedno, czy w słusznej sprawie staniemy w jednym rzędzie z ziejącym nienawiścią oszołomem czy z dobrym, rozumnym człowiekiem? Może cel uświęca środki?  Nie wiem. Wątpię. Nie chcę, żeby tak było.

Zawsze gdy ktoś powołuje się na jakieś szemrane źródła, dziwne witryny typu „My powiemy Ci prawdę, bo objawił nam ją Wielki Trójkąt” albo „Tajemnice Watykanu, o których nie masz pojęcia”, zadaję mniej lub bardziej wprost powyższe pytania bez względu na to, czy zgadzam się z meritum przekazu czy nie. Tylko słabe treści wymagają grania na emocjach i potrzebie autorytetu. Gdy popieramy ludzi stosujących takie strategie, propagujemy treść z takich witryn, osłabiamy to, w co wierzymy – odstraszamy od tego tych, którzy manipulacją i fałszem się brzydzą, a przyciągamy tych, którym one nie przeszkadzają.

Staram się skłonić ludzi do poszukiwania informacji, a nie bełkotu, który powstał tylko dlatego, że ktoś za wszelką cenę chce przepchnąć własną ideologię, a nie potrafi zrobić tego z szacunkiem dla inteligencji czytającego. Niestety, przeważnie się nie udaje. Ludziom wszystko jedno, czy są oszukiwani czy nie. Może nawet potrzebują, żeby ktoś zagrał im na emocjach, nawet nieczysto. Cóż, ja pozostanę przyjacielem treści głęboko przemyślanych i płynących ze szczerego serca. Nawet tych przeciwnych temu, co sam myślę – lubię zderzać własne poglądy z dobrą, czystą i solidnie podpartą polemiką – to otwiera umysł. Czasem wtedy zmieniam zdanie.

A propos powyższego…