Trudny czas, ale błogosławiony zaczął się dla mnie ponad rok temu. Od pewnego czasu zmiany ogarniają również moje kontakty z innymi. Poznałem kilka wspaniałych osób, z którymi dawniej nie potrafiłbym nawiązać bliskich relacji. Również z wieloma ludźmi, których znam od dawna, nawiązałem relacje tak przyjazne, pełne zrozumienia i akceptacji, tak swobodne, szczere i otwarte, o jakich kiedyś tylko marzyłem. Potrafię przyjmować i dawać na skalę niegdyś dla mnie nieosiągalną.

A jednak jest trudno. Kiedy coś przychodzi, coś innego odchodzi – tak to przeważnie bywa, choć może lepiej bym się czuł, gdyby było inaczej. Chciałbym, żeby było inaczej. I nie rozpaczam, że tak nie jest, tylko dzięki wiedzy, że pomóc może mi tylko otwarcie się na to, co jest i co się dzieje, powiedzenie „tak” temu, co przychodzi, a nie zależy ode mnie.

Jest trudno. Okazuje się, że nie każdy akceptuje to, co się we mnie dzieje, że ja sam nie akceptuję wielu rzeczy, które kiedyś akceptowałem. Że są zachowania i postawy, którym kiedyś mówiłem „tak”, a teraz – co czasem ze zdziwieniem odkrywam – mnie ranią, i których już nie akceptuję. I są ludzie, z którymi relacje mogły być karmione tylko przez takie zachowania i postawy. I są ludzie, którzy nie zamierzają (nie chcą/nie mogą/nie potrafią) przyjmować wobec mnie innych postaw i zachowań. A ja nie chcę pozostać przy starych. I trzeba sobie powiedzieć „do widzenia”. I to jest smutne i bolesne.

Jeszcze bardziej boli, gdy ktoś w ogóle nie chce zaakceptować tego, że ja się zmieniłem, że są zachowania, postawy, formy kontaktu, zainteresowania, a nawet zwykłe czynności, aktywności i zajęcia, które dawniej znaczyły dla mnie wiele, a dziś nie służą już mi i nie chcę brać w nich udziału. Pięknie podsumowała to K.: brak akceptacji tego, że relacja może polegać na czymś innym niż polegała wcześniej oznacza, że ta relacja opierała się tylko i wyłącznie na tej rzeczy i że bez niej nie ma szans. Kolejna rzecz do przełknięcia i do zaakceptowania. To bardzo trudne i bolesne. Szczególnie jeśli chodzi o bliskie relacje. A to właśnie bliskie relacje stały się dla mnie w ciągu ostatniego roku czymś innym niż wcześniej. I w ciągu kilkunastu ostatnich tygodni nagromadziło się sporo tych najbardziej bolesnych konsekwencji tego stanu rzeczy.

Nie zawsze to, co się dzieje, wiąże się wprost z tym, że coś się zmieniło. Ostatnio bardzo mnie zabolało coś, czego nigdy bym się nie spodziewał, i na co, choćbym się wściekł, nie jestem w stanie znaleźć żadnej racjonalnej przesłanki ani przyczyny. Czuję się jak w jakimś absurdalnym, groteskowym filmie albo jak ktoś, na kim bez jego wiedzy przeprowadzany jest dziwny eksperyment psychologiczny. Ale głęboko czuję, że to również stanowi część procesu ogromnej zmiany, jaka w moim życiu od ponad roku zachodzi. Mówię temu „tak”. Wytrzymam. Uczę się. Choćby tego, że lepiej czuję się, myśląc o tym, co przychodzi, niż o tym, co odchodzi.

Koty przywiązują się podobno do miejsc, a nie do ludzi. I – podobno – jest to nieprawda. A ja wiem tylko tyle, że miejsca można pożegnać z szacunkiem i z uśmiechem, a ludzi – tylko wtedy, gdy oni również zechcą się tak pożegnać.

Być może jest to ostatni lub jeden z ostatnich wpisów tutaj. Jedna z rzeczy, które we mnie się zmieniły, jeśli chodzi o relacje, to maksymalne otwarcie się na kontakt bezpośredni i na ludzi, którzy są po prostu blisko, z którymi kontakt taki jest najłatwiejszy. Do tej pory starałem się szukać gdzieś daleko, również w Internecie, tych, z którymi mam wspólne poglądy, z którymi dobrze mi się dyskutuje. Dziś z nikim mi się dobrze nie dyskutuje przez sieć, za to dużo lepiej czuję się w towarzystwie innych. I w pewnym momencie uderzył mnie fakt, że większość ludzi, z którymi (tak uczciwie, z ręką na sercu to przyznając) czuję się bezpiecznie i dobrze, nie używa Internetu lub używa go sporadycznie, że nie mam z nimi żadnych lub prawie żadnych relacji wirtualnych! Dlatego między innymi zamiast pisać tak często na blogu, rozmawiam, a komunikację internetową wykorzystuję najchętniej do tego, żeby się umówić na odwiedziny – u nas lub u kogoś. I to niekoniecznie po to, by gadać, gadać i gadać.

A propos powyższego…