Często w mediach katolickich spotykamy świadectwa ludzi, którzy odeszli od Kościoła, by kontakt z transcendencją utrzymywać za pomocą niechrześcijańskich metod: wróżbiarstwo, magię lub praktyki związane z religiami Wschodu. Ludzie ci przeżywają psychiczne katusze, wewnętrzny chaos i kompletne rozbicie, by później wrócić na łono Kościoła i dopiero wtedy zaznać spokoju. Ostrzegają oni innych przed pułapką, jaka kryje się na innych duchowych obszarach niż te zajęte przez chrześcijaństwo.
Stosunek do takich świadectw bywa zazwyczaj dwojaki: jedni mówią, że są one wyssane z palca lub nawet spreparowane przez niedobrą katolicką mafię w celach propagandowo-indoktrynersko-konkwistadorskich, inni zaś powielają je i propagują, by pokazać jak bezpieczna i dobra jest droga Kościoła, a jak zwodnicze i zgubne są drogi inne.
I tu Was zaskoczę: mimo tego, że nie jestem katolikiem, natomiast buddyzm, zen i psychologia alternatywna są mi bardzo bliskie, przychylam się bardziej do zwolenników prawdziwości omawianych świadectw. Nie mam powodu, by wątpić w ich szczerość. A to, że są one publikowane w mediach katolickich, a nie np. we „Wróżce” czy na Buddyzm.pl, jest zupełnie zrozumiałe. Jakby nie było, świadectwa te są prokatolickie. Choć moim zdaniem nie powinny być one publikowane nigdzie. Szkalują one niesłusznie wiele wspaniałych tradycji duchowych, a i chrześcijaństwu – jako narzędzie misjonarskie – nie przynoszą zaszczytu.
Bo czy naprawdę jednak wynika z nich to, że inne metody, praktyki, doktryny, religie stanowią pułapkę? Pułapkę dla ludzi głęboko wierzących (w rozumieniu chrześcijańskim) na pewno. Ale nie polega owa pułapka na tym, że oto Szatan mieszka we wszystkim, co nie zostało pokropione wodą święconą, lecz na głębokim dysonansie poznawczym i na prostym prawie, mówiącym, że kto nieuważnie stąpa, łatwo się przewróci.
Opieram swoją opinię na następujących spostrzeżeniach:
- Nie znam się na wróżbiarstwie, ale wielu buddystów, hinduistów, joginów, osób związanych z psychologią procesu, z NLP, z ustawieniami rodzinnymi itd. ma się doskonale. Wielu promieniejących harmonią i szczęściem ludzi, z którymi się zetknąłem, zawdzięcza swój stan, gotowość niesienia pomocy, szczodrość i aurę bezpieczeństwa i mocy, która ich otacza modlitwie i kontaktowi z Bogiem. Ale wśród nich są też nauczyciele i mnisi buddyjscy, mistrzowie zen i trenerzy rozwoju osobistego.
- W każdym ze świadectw, w którym autor mówi o swoim życiu przed fascynacją „innym”, wspomina on, że wcześniej praktykował chrześcijaństwo:
- Schemat świadectw zawsze jest taki sam: chrześcijaństwo – fascynacja „innym” – bardzo głębokie wejście w „inne” – załamanie i upadek – powrót do chrześcijaństwa. Brak jakichkolwiek świadectw ludzi, którzy „innym” zajmowali się od początku – wyrosłych w buddyjskich, jogicznych lub po prostu ateistycznych rodzinach.
- Świadectwa takie publikowane są wyłącznie w źródłach związanych z konkretną droga duchową (u nas jest to głównie chrześcijaństwo). Próżno ich szukać w mediach neutralnych, nawet tych życzliwie nastawionych do katolicyzmu.
Wtedy jeszcze nie działy się żadne nadzwyczajne rzeczy. Na początku chodziłam do kościoła, byłam lubiana, trochę zamknięta, ale zawsze uśmiechnięta i miła dla ludzi. Potem Kościół nie był mi już jakoś potrzebny, przestałam uczestniczyć we Mszy świętej (na długie lata, jak się okazało). (Anty-Tarot)
Po wieloletniej przerwie zaczęłam przyjmować Komunię świętą. (Dominikanie.pl)
Gdy zauważyć te cztery fakty, okazuje się, że świadectwa wcale nie pokazują tego, że niechrześcijańskie praktyki są same w sobie niebezpieczne, nawet jeśli autor sam tak twierdzi. Niebezpieczne jest zajmowanie się nimi przez chrześcijan. Myślę, że pułapki, przed którymi ostrzegają autorzy świadectw są rzeczywiste wyłącznie dla osób, które głęboko wierzą w osobowego Boga, takiego, jakim przedstawia go chrześcijaństwo. Czasem tacy ludzie buntują się przeciw swojej religii, a w innych tradycjach nadal szukają właśnie tego Boga, wiarę w istnienie którego wyssały z mlekiem matki. I nie zawsze zdają sobie sprawę z tego, że choć obrały inną drogę, spodziewają się w niej tego samego. Czasem ich poszukiwania wydają się być dla nich zupełnie niezależne od chrześcijaństwa: ulegają fascynacji i idą beztrosko w kierunku nowego, nie licząc się z konsekwencjami porzucenia dotychczasowych dogmatów, a nawet nie zdając sobie sprawy ze sprzeczności pomiędzy nowym, a starym. Przykłady:
Czy przyczyną niepanowania nad sobą była w tym przypadku medytacja transcendentalna jako szkoła, czy bezmyślne zignorowanie wskazań nauczyciela? Czy wyłącznie na tym, co mówią nieznajomi związani z obcą organizacją mądrze jest budować decyzję o rozpoczęciu nowej drogi duchowej? Ludzie opisujący traumatyczne doświadczenia związane z niechrześcijańskimi metodami sami przyznają, że Tarot, zen, buddyzm, joga itd. wciągnęły ich bardzo szybko. Przyciągała ich do nich fascynacja, moda, reklama, a nie naprawdę głębokie i świadome poszukiwanie.
Samo chrześcijaństwo ostrzega, nie da się służyć jednocześnie dwóm panom. Tymczasem ani zen, ani buddyzm, ani zapewne Tarot nie prowadzi do chrześcijańskiego Boga. Autorzy świadectw, którzy głęboko w sobie mają w takiego Boga wiarę, wstępując na inną ścieżkę idą wprost i nieuchronnie ku głębokiemu dysonansowi poznawczemu, który bardzo łatwo może się źle skończyć dla psychiki. Chrześcijaństwo z innymi tradycjami może się spotykać tam, gdzie znika religia, a zaczyna się Duch – tam, gdzie dostęp mają najbardziej urzeczywistnieni. Lecz doktryna Boga Ojca i Trójcy Św. jest NIE DO POGODZENIA z doktryną pustki czy wiarą w panujące nad życiem ludzkim demony i anioły. (więcej o buddyzmie i koncepcji Boga pisałem tutaj).
Człowiek sam jest odpowiedzialny za swoje życie i działania. I mówi o tym każda z wielkich religii. Zrzucanie winy za swoje nieprzemyślane kroki na Buddę, Krisznę, czy nawet sąsiada, małżonka, rodziców jest ucieczką od tej odpowiedzialności i przykrym jest, że opisy doświadczeń ludzi ocalonych przed popełnionymi przez siebie błędami są w tak opaczny sposób interpretowane i wykorzystywane do propagowania chrześcijaństwa, zupełnie jakby nie było ono warte uwagi ze względów znacznie szlachetniejszych.
Nie umiem dopatrzeć się w nauce Buddy niczego demonicznego, szkodliwego czy niebezpiecznego, chociaż sama duchowość w ogóle jest ryzykowna i niebezpieczna – wymaga odważnych decyzji i zaufania. Natomiast wejście wyznawcy jakiejś religii w praktyki duchowe pochodzące skądinąd bez upewnienia się czy nie są one z jego religią sprzeczne rzeczywiście mogą skończyć się opisywanymi w świadectwach nieszczęściami i obłędem.
Dlatego drodzy chrześcijanie: jeżeli nie chcecie wyrzec się Boga, Chrystusa i Ducha Św., zostańcie przy tym, co oferuje Wam Wasza religia, a oferuje ona naprawdę dużo. Wystarczy poszukać. Badanie obcych ścieżek duchowych wymaga buddyjskiej wręcz uważności, i to na każdym kroku :)