szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

o dostrzeganiu zła, ofiarności, szlachetnej porażce i innych strasznych rzeczach

Ostatnio często słyszę narzekania. Narzekania szlachetne i słuszne. Ponarzekam sobie na nie :)

Bardzo nie lubię słuchać narzekań. Mam do nich słabość: potrafię sobie cudzymi narzekaniami zepsuć cały dzień. Pół biedy, jeśli od narzekającego uda się łatwo uwolnić przez zmianę tematu lub zwykłe oddalenie się w bezpieczne, dobre i pozbawione narzekania miejsce. Ale nie zawsze tak się da. Są tacy, którzy każdy temat traktują jak pole do narzekań. Nie ważne jakie piękno, miłość i cudowności wspomnę, narzekanie zaczyna się po pięciu sekundach. I im dłużej uda mi się wytrzymać bez jakiejkolwiek reakcji, tym szybciej ma szansę się skończyć. Ale niestety czasem tak czy siak trwa to długo. Wtedy pocieszam się, że ja jestem wystawiony na działanie narzekacza tylko przez jakiś krótki czas. A on sam siedzi w tym przecież na okrągło…

Usprawiedliwienia narzekaczy są zazwyczaj identyczne: „Nie można ciągle tylko mówić o tym co dobre, nie widząc zła na świecie. Zaszywać się w swoim bezpiecznym, ciasnym światku. Człowiek może naprawić zło tylko kiedy je dostrzeże, wywlecze na wierzch i będzie o nim mówił tak, żeby wszyscy je zauważyli.”

Biorąc udział w sporze pomiędzy „widzącymi to, co dobre”, a „widzącymi to, co złe” bardzo łatwo wpaść w bezproduktywne i krzywdzące zestawienia. Oto optymista, chcąc przekonać walczącego ze złem rozmówcę mówi:

– Niektórzy to siedzą na tyłku i narzekają, psując atmosferę, a tymczasem tylu jest wizjonerów pełnych pozytywnej energii i działających dla dobra ludzkości!

A na to adwersarz:

– Popatrz ilu ludzi oddało życie za dobrą sprawę, ilu ludzi potrafiło dostrzec zło i storpedować szkodliwe działania! Nie potrzeba nam egzaltowanych optymistów, co odwracając oczy od ludzkiego nieszczęścia siedzą i mówią jaki to świat jest piękny!

Ani jedno, ani drugie zestawienie nie jest uczciwe. Dlatego proponuję nie zajmować się ani siedzącymi na tyłku narzekajłami z pierwszej wypowiedzi, ani egzaltowanymi ślepcami z drugiej. Proponuję zestawić wyłącznie pozytywnych bohaterów: energicznego wizjonera i torpedującego złe działania wojownika.

Najpierw o walce ze złem. Moim zdaniem zło może istnieć tylko tam, gdzie ktoś je dostrzega. Jak już kiedyś pisałem, wierzę, że życie ma dla mnie zawsze najlepszą ofertę, choć czasem trudno uwierzyć w to, że może być nią choroba czy wypadek. Tak to niestety działa, jest przyczyna i skutek, jest karma i oczyszczenie, jest grzech i pokuta. Jeśli to nie jest odpowiedni porządek dla świata myślących, wolnych ludzi, jak można wierzyć w Boga, we wszechświat, w cokolwiek? Jeszcze raz: nie mówię tutaj, że należy na wszystko się godzić i być obojętnym kiedy ktoś cierpi, a my możemy mu pomóc lub kiedy jest coś do zrobienia i możemy to zrobić. Ja mówię, że można wszystko zrobić na dwa sposoby: walcząc lub tworząc. Niszcząc lub budując. I bardzo łatwo wpaść w pułapkę i niszczyć, myśląc, że się buduje. A nie da się budować w stanie umysłu człowieka walczącego. Budować da się tylko w twórczym stanie umysłu.

Walka ze złem przyciąga dwie rzeczy: walkę i zło, z którym trzeba walczyć. I potwierdza to życie największych pesymistów, ludzi, którymi powoduje gniew i niezgoda: oni wszędzie widzą zło, bezsens, głupotę i bezmyślność, z którymi trzeba walczyć, walczyć i walczyć… Kiedy chcą czegoś dokonać, mają ręce pełne ciężkiej, katorżniczej roboty, poświęcają się wielkim sprawom i wyniszczają się w niekończącej się walce dobra ze złem. Szkoda ich. Myślę, że ludzie, którzy narzekają, nawet gdy robią mnóstwo pożytecznych i szlachetnych rzeczy, kończą zazwyczaj jako bohaterskie ofiary, oddające swoją energię, czas, życie za sprawy, które po tej ofierze nadal wymagają poprawy. Stawia się im marmurowe tablice z napisem: „Oddał życie w walce”. I będą wymagać, dopóki nie znajdzie się ktoś, kto robiąc coś, nie będzie „walczył ze złem” tylko „przynosił dobro”. Ktoś, kto zamiast roztaczać wokół atmosferę apokalipsy i toczyć wojnę, mówiąc jak zła, beznadziejna i chora jest sytuacja, wzbudzi uśmiech i doda sił, mówiąc jak dobrze, zdrowo i pięknie będzie. Ludzie roztaczający takie wizje, napędzający się nimi i nie potrafiący wytrzymać bez ruchu, by ich nie zrealizować aż promienieją. Nie straszne im żadne przeszkody, potrafią świecić niebiańskim blaskiem pośród największej nędzy i cierpienia. Stawia się im pomniki z napisem: „Poświęcił życie niesieniu dobra”.

Oczywiście kogoś takiego narzekacze nigdy nie polubią, nawet gdy odniesie zwycięstwo (a tacy ludzie zawsze odnoszą zwycięstwo). Uśmiechać się i mówić o szczęściu gdy wokół trąd, dżuma i głód – to dla walczących ze złem obraza. Ktoś, kto wszędzie widzi zło, będzie wszędzie widział zło, nawet jeśli go wokół nie będzie. Dla ludzi walczących ze złem zwycięstwo jest niemożliwe. Ani ich własne, ani niczyje inne. A kto twierdzi, że jest dobrze, ten albo kłamie albo jest ślepy.

Ktoś mądry napisał, że wdzięczność za to, co mamy (a każdy ma coś, za co może być wdzięczny), przyciąga więcej tego, za co możemy być wdzięczni. Wdzięczność rodzi wdzięczność. Poczucie braku rodzi poczucie braku. Uśmiech rodzi uśmiech. Walka rodzi walkę. Miłość rodzi miłość. Proste. Dlatego jeżeli już mam siedzieć na tyłku i gadać, wolę sławić, doceniać, przypominać i cieszyć się z tego, co jest piękne. Nawet jeśli ktoś w pobliżu niczego pięknego już nie jest w niczym w stanie dostrzec, tak dzielnie walczy ze złem. A kiedy mam już z tej radości i wdzięczności tak dobry humor, że raźno się mogę wziąć do roboty, biorę się do budowania tego, co może być piękniejsze, wspanialsze i lepsze, do tego, co chcę, żeby było takie, a nie inne, do tego, co przyniesie pożytek i radość. I jeśli gadam przy pracy, opowiadam o tym jak to mądrze, dobrze i pięknie będzie wyglądać, kiedy już skończę.

A propos powyższego…

9 Comments

  1. Panie szanowny kolego,

    zgadzam się z Panem. W całej rozciągłości nawet. Nie znoszę frustratów. Po prostu im się wydaje, że mają ogromne problemy i chcą nimi zalać świat, a przecież ja też mam swoje i miast dzielić się z nimi ze wszystkimi wolę skupić się na ich rozwiązaniu.

    W linku zapodałem post ze swojego bloga o podobnym wydźwięku, co Twój post.

    Kuba

  2. O matko… Tak pomyślałem, że może źle robię narzekając na narzekanie. Nawet narzekanie na narzekanie przyciąga narzekanie.

  3. a co, jeśli jest taka sytuacja:
    ktoś chce zasypać jezioro koło Twojego domu i postawić tam supermarket. Możesz zacząć zbierać podpisy pod petycją – ale to jest właśnie walka – o to jezioro. Spotkasz się na pewno z opiniami: wyluzuj stary. Po co ci to. Ale jeśli nic nie zrobisz, to znaczy jeśli nie uznasz, że to jest złe i nie podejmiesz walki, jeziora nie będzie i powstanie kolejny supermarket.

  4. To proste. Opisana przez Ciebie sytuacja zmobilizowałaby mnie do zachowania przyrody. Kiedy o sobie wyobrażam, pojawia mi się myśl: „No, to udowodnimy teraz światu, że nadrzędną wobec kapitalizmu wartością jest piękno, miłość do przyrody i prawo człowieka do tego, by z niej się cieszyć” – i z taką radosną myślą zabrałbym się do zbierania podpisów czy czego tam jeszcze. Co więcej: znając społeczność swojej wsi, sformułowałbym być może (musiałbym się zastanowić) dwie petycje, z których jedna używałaby Twojego języka walki – po to, by przyciągnąć „wojowników”.

    Zresztą nie trzeba by było ich przyciągać, myślę. Pod petycją „o zachowanie ukochanego krajobrazu” podpisałby się każdy. I jezioro zostałoby zachowane. Z tym, że niektórzy truliby sobie wątrobę tym, że chciano je zasypać, a inni urządziliby festyn, by się cieszyć z tego, że zatriumfowały szlachetniejsze wartości.

    Ale – tak jak pisałem – jeśli ktoś chce widzieć gdzieś walkę, będzie ją widział, choćby wylać miliony słów i dać tysiące dowodów. Bo każdy tzw. „dowód” jest względny. Ja w każdym razie żadnej walki dobra ze złem nie potrzebuję do działań nawet tych najszlachetniejszych i przy tym pozostanę :)

  5. „..jeśli ktoś chce widzieć gdzieś walkę..” ale przecież w jakiej relacji byłbyś względem budowniczego hipermarketu? Czy nie walczyłbyś o zachowanie przyrody? Walka nie musi być inspirowana działaniem przeciw komuś, by go zniszczyć, może być działaniem za czymś, aby to zachować.
    Myślę, że unikanie wojowniczych konotacji nie sprawi, że ich tak naprawdę nie ma. Przecież walka nie musi wiązać się z nienawiścią. Owszem, może, ale nie musi. Określenie walki czasem jest po prostu obiektywnym nazwaniem jakichś zmagań. I wykluczanie pewnych sformułowań z języka nie sprawi, że tych zjawisk nie będzie, tylko że język stanie się bardziej skomplikowany i niezrozumiały.

  6. Dla mnie ważniejsza jest relacja z przyrodą i z ludźmi kochającymi ją. Oczywiście mógłbym przyjąć Twoją optykę – ona jest logiczna i spójna. Tylko po co? W czym niby może ona mi pomóc?

  7. hej:)
    bardzo mnie cieszy, to co piszesz. kiedyś inaczej śpiewałeś ;) a i mnie teraz zdarza się zapominać, dlatego fajnie to przeczytać. jakby wróciło do mnie coś sprzed 10 lat trochę się czuję, mam nadzieję, że to nie brak skromności:)

  8. Faajnie :) Cieszę się, że mam w Tobie czytelniczkę. Negatywizm dopada mnie czasem, ot, ostatnio na przykład… Ale gdy tylko zbiorę siły, żeby powstać, życie się zaraz do mnie uśmiecha, nieraz w formie bardzo konkretnej :)

    A jeśli to, co piszesz cechuje brak skromności, to ja tutaj jeszcze większy brak skromności zaprezentuję:
    Łatwiej jest wierzyć w prowadzenie, prawo przyciągania, jedność itd., gdy ma się 20 lat, rodzicielskie utrzymanie i mniej spraw, za które jest się odpowiedzialnym. A kiedy – tak jak oto ja! – ma się 30 lat, żonę, dziecko w drodze, opłaty za mieszkanie, to wierząc w to wszystko i spełniając po kolei swoje marzenia wbrew temu, co mówią i radzą tzw. życzliwi, jest się prawdziwym hardkorem! :D

  9. gratuluję dziecka:)