Zen, psychologia procesu, taniec, holizm, medytacja chrześcijańska, aromaterapia, Qi Gong, tantra, rozwój integralny, joga ustawienia hellingerowskie, Osho… duchowość, psychologia… Bałem się najpierw, że ośmiodniowe spotkanie z tym wszystkim skończy się chaosem w głowie, a może nawet niesmakiem, poczuciem przejedzenia doświadczeniami, które przecież mają oddalać od pokus konsumpcjonizmu. A jednak dobre duchy czuwały. Spośród licznych propozycji wykładowych i warsztatowych wybrałem to, czego najbardziej byłem ciekaw i to, co – jak się okazało – wspaniale dopełniało się nawzajem. I spłynęło we mnie tym najdrogocenniejszym rodzajem wiedzy, jaki mogę posiąść.

Festiwal Integracji Ciała, Duszy i Umysłu „Tu i Teraz” miał miejsce w Nowym Kawkowie, a właściwie kilka kilometrów za wsią, w otoczonym ze wszystkich stron lasem ośrodku rozwoju osobistego. Istnienie czegoś takiego jak ośrodek rozwoju osobistego w Polsce zaskoczyło mnie przyjemnie już jakiś czas temu. I choć odwiedzając to miejsce, można odczuć buddyjskie sympatie właścicieli, wszyscy poszukujący, nauczyciele, trenerzy i życzliwi goście są tu mile widziani bez względu na to czy i jaką religię wyznają, na jakich obszarach poszukują i jakie ścieżki ich wiodą. Wszyscy oprócz tych – jak przyznał gospodarz – którzy własną drogę i własny cel uważają za jedyne słuszne.

Nie starczyło czasu, by zapoznać się z medytacją chrześcijańską, odkryć swój głos i poćwiczyć Tai Chi. Ewa Foley nie mogła przybyć, by poprowadzić bardzo oczekiwane przeze mnie zajęcia na temat panoramy społecznej. Ale przez osiem dni z jedną przerwą brałem udział w warsztatach i słuchałem wykładów od rana do wieczora. Nie mniej ważny dla mnie był czas pomiędzy kolejnymi wydarzeniami. Pełny udział we wszystkich wymagał zejścia z poziomu intelektu na obszar całego ciała, wszystkich czakr, świadomości szerszej niż moja biedna, pozapychana teoriami i przemyśleniami głowa. Ćwiczyłem się w tym chcąc nie chcąc od początku festiwalu i już na trzeci dzień bardziej czułem niż myślałem, co dla mnie jest dość nietypowym stanem. Czułem, że jestem pogodny i gdzieś tam we mnie jest radość. Zawdzięczałem to nie tylko własnym doświadczeniom i myślom, ale i temu specyficznemu „czemuś”, tym niewyczuwalnym zmysłowo wibracjom generowanym przez ludzi skupionych, medytujących, otwartych na siebie i innych. Próg świadomości obniżył się, góra lodowa stała się lżejsza i wynurzyła się jeszcze wyżej ponad powierzchnię ciemnego oceanu. I tak mi zostało do dziś. To, co tam widzę nie zawsze jest przyjemne, ale przecież o to mi chodzi, żeby znać siebie lepiej i stawać całym sobą przed tym, co we mnie. Nie zrobisz porządku tam, gdzie nie widzisz bałaganu.

Co do samych warsztatów: były wśród nich takie, dzięki którym zaczynałem zdawać sobie sprawę z istnienia niewidzialnych dotąd drzwi w sobie. Były takie, które pomogły mi pewne drzwi wyważyć lub pod wpływem których drzwiom udawało się przynajmniej zatrzeszczeć. Bywało wreszcie i tak, że czułem się jakbym miał taran i stał z nim przed drzwiami dawno otwartymi. Cóż – to chyba znaczy, że każdy, bez względu na to gdzie na swej drodze obecnie się znajdował, mógł znaleźć w Nowym Kawkowie coś dla siebie.

Ponieważ chciałbym skorzystać z tego, że to jest blog, a nie czasopismo, napiszę w skrajnie subiektywny sposób o swoich wrażeniach z najważniejszych (dla mnie!) warsztatów, w jakich brałem udział:

  • „Zen w życiu codziennym” – po wszystkich warsztatach oczekiwałem zdecydowanego nacisku na praktykę, bez teorii, których mam w głowie aż za dużo. Ćwiczeń zamiast opisów ćwiczeń. Medytacji zamiast mówienia o medytacji. Chciałem raczej czuć i doświadczać niż słyszeć. Roshi Maria Moneta-Malewska (rinzai zen) była żywym dowodem na to, że mistrz zen może być jednocześnie świetnym trenerem i prowadzącym. Wszystko w ciągu dziewięciogodzinnego spotkania było przemyślane, łącznie z przerwami. Kilka razy siadaliśmy w zazen, był świadomy spacer. Każde słowo było poparte krótszymi lub dłuższymi ćwiczeniami lub medytacją.Dla mnie było też ważne w tym wszystkim to, że na nowo odkryłem zen. Kiedyś coraz bardziej czułem, że moje siedzenie staje się oderwane od życia i że tylko pogłębia moją samotność. „Nie trzeba nic, wystarczy siedzieć w zazen” -te słowa rozumiałem nieco inaczej. Może „nie trzeba nic”, żeby osiągnąć oświecenie. Ale ja już nie chcę osiągać oświecenia. I pewnie dlatego zazen znów nabrało dla mnie znaczenia.
  • warsztaty hellingerowskie („Wybaczyć mamie, wybaczyć tacie”, „Macierzyństwo i ojcostwo – wymiar duchowy, osobisty i fizyczny”, „Źródła osobistej wolności i siły”,  „Prawa i porządki miłości”) – ustawienia zawsze miały dla mnie niepokojąca siłę. Odpychają mnie i przyciągają. Przyciągają, bo nagle bez świadomych praktyk odblokowują i uwalniają we mnie pewne rzeczy w sposób bardzo silny i konkretnie, na czysto fizycznym planie wpływają na moje relacje z rodziną. Odpychają mnie, bo boję się grzebania w podświadomości tak wprost. Cóż – koniec końców biorę w tym udział. To dzięki wykładom, książce i wizualizacjom związanym z ustawieniami, których doświadczyłem na innych warsztatach, zmienił się bardzo mocno mój obraz własnej rodziny. Dzięki nim wróciłem do niej i mogę znów czerpać siłę z tego, że jestem częścią systemu rodzinnego –  czegoś znacznie starszego, większego i potężniejszego ode mnie. I – na poziomie duszy – zawsze, ale to zawsze kochającego i sprzyjającego. Warsztaty prowadziła Ewa Cyzman-Bany – uczennica samego Hellingera. Kobieta, która ma bezpośredni wgląd w wiele rzeczy niewidocznych dla większości ludzi. Pełna charyzmy i szlachetnego uroku, obserwowała nas wzrokiem mądrej i czujnej wilczycy. Myślę, że przeprowadzając ustawienia łatwo jest rzucać słowa na wiatr lub nie mówić nic kiedy jest coś do powiedzenia. Ewa potrafiła doskonale poruszać się w wąskiej przestrzeni pomiędzy tymi skrajnościami. Z każdych warsztatów wyszedłem zainspirowany. Jeśli w jakiejś dziedzinie życia czułem, że znajduję się przed szlabanem, nie wiedzieć jak znajdowałem się już za nim. Jeśli byłem na rozstajach, uświadamiałem sobie, że właśnie zacząłem iść właściwą drogą.
  • „Wszechświat we mnie” i „Medytacja zorientowana na proces” – psychologia procesu intrygowała mnie od pewnego czasu. Szamańskie metody dochodzenia do źródeł problemów, praca z ruchem i z dźwiękiem, terapia bez terapeuty (możliwa przy pewnym poziomie samoświadomości i predyspozycji). Psychologia procesu jest bardzo związana z zen. Jak tłumaczył prowadzący warsztaty Robert Palusiński, zorientowana na proces medytacja zaczyna się od tego samego: od siedzenia i koncentracji na oddechu. Dopiero przy pojawianiu się czynników rozpraszających ten rodzaj praktyki odchodzi od zen. Jeśli porównać medytującego do człowieka idącego przez targ, myśli, odczucia i wszystko, co dekoncentruje – do straganów, a to, co sprawia, że zapominamy o oddechu lub liczeniu – do wołającego nas tajemniczego jegomościa w bramie, siedzący w zazen kłania się grzecznie owemu człowiekowi, odwraca od niego wzrok i idzie dalej. Medytujący zorientowany na proces opuszcza natomiast ścieżkę i znika w bramie, starając się być jak najbardziej świadomym tego, do jakich odkryć go to prowadzi. Bo ciało i umysł zawsze do nas mówią. Medytacja zorientowana na proces otwiera nas na to, co mają nam do przekazania. Okazało się jednak, że temat w swoim wymiarze praktycznym przerasta mnie, a jednocześnie ja przerastam temat. Tak się przyzwyczaiłem do trudniejszych zadań, takich jak kierowanie świadomości w różne miejsca w ciele, stawanie się obserwatorem samego siebie, intensywna koncentracja i tego typu gimnastyka mentalna, że nie byłem w stanie przeprowadzić niektórych prostszych ćwiczeń i medytacji, a rezultaty tych, którym podołałem, były mało odkrywcze i spokojnie mógłbym do nich dojść przy pomocy innych metod. Cóż – dla mnie ów psychologiczny szamanizm pozostanie fajnym urozmaiceniem i metodą kontaktu z pewnymi mniej istotnymi zjawiskami. Dla wielu jednak z pewnością może być potężnym narzędziem samopoznania i wykorzystania drzemiących w człowieku potencjałów.
  • „Uwaga na duchowy materializm” – wziąłem udział w tym warsztacie ze względu na książkę Czogiama Trungpy pod podobnym tytułem, która swojego czasu uświadomiła mi kilka ważnych spraw i wpłynęła na mnie bardzo trzeźwiąco, a z której niewiele już pamiętam. Ciekawiła mnie również możliwość spotkania z prowadzącym, słynnym terapeutą Wojciechem Eichelbergerem. I nie zawiodłem się. Chociaż to, o czym była mowa, przypomniało mi nieco książkę i utwierdziło przekonanie, że jestem na dobrym kursie, warsztat bardzo mnie zainspirował i rozszerzył postrzeganie tematu, jakim jest duchowość. Przede wszystkim o to, że warto pamiętać, że w prawdziwej duchowości to ja/ego przydarza się duchowi/Bogu/wszechświatowi, a nie odwrotnie. Duchowość nie jest częścią mnie. Nie jest „moja”. Jest nieskończona. Traktując ją jako coś, co mamy i co musimy rozwijać, wykrajamy z niej tylko mały kawałeczek, poza który nigdy nie będziemy mogli nawet spojrzeć, jeśli nie uświadomimy sobie z całą mocą tego, że jesteśmy w ślepej uliczce. A im dalej w tę uliczkę, tym trudniej sobie to uświadomić. Czasem taką okrojoną duchowość może stanowić pewien rodzaj religijności: taki, który o swoje jedynie słuszne poglądy i o swojego (!) Boga każe walczyć z całym światem (jakby Bóg sam sobie nie potrafił poradzić!) lub taki, który w rozwoju duchowym widzi przede wszystkim przyjemność (kadzidełka, medytacje wywołujące błogostan, figurki) lub prestiż („Jestem bardzo rozwinięty duchowo, a ludzie mają do mnie szacunek. Jestem kimś lepszym i mądrzejszym”).

W ostatni dzień festiwalu zorganizowaliśmy z gospodarzami mały koncercik, na którym zagrałem kilka swoich piosenek, a także kilka tych, których słowa przypominały mi się podczas trwania „Tu i Teraz”. Nowe Kawkowo i okolice stały się kolejnym punktem na mapie Warmii i Mazur, wzbudzającym we mnie ciepłe uczucia. Wspomnienia imprezy pozostaną na długo, tak jak – mam nadzieję – nowe znajomości. A ruch, który  przybrał we mnie na sile podczas jej trwania… cóż, pewnie nigdy się nie skończy. Tak naprawdę to wcale nie rozpoczął się teraz. Trwał na długo przed powstaniem świata.

A propos powyższego…