szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

o tym, że prawda jedyna i obiektywna istnieje, jeśli tylko sobie życzysz, a jeśli nie, to nie

Czy prawda jest jedna czy wiele? Czy dotyczy wszystkich, czy każdy ma swoją?

Ja nie wiem czy jest prawda obiektywna, czy jej nie ma. Żeby to rozstrzygnąć na zasadzie: “tak jest i koniec”, musiałbym ograniczyć cały wielki wszechświat do granic własnego poznania, zredukować go i przyciąć na własną miarę. A wtedy to już nie byłby prawdziwy świat ze swoimi prawdami. Po prostu nie wiem.

Mam jednak własne doświadczenie i to, co mówią inni. W zdecydowanej większości przypadków zakładam, że kiedy opowiadają o tym co i jak widzą i co czują, to mówią prawdę, choćby nie wiadomo jak absurdalna mi się ona wydawała. Sam przecież spotykam się nieraz z zupełnym niedowierzaniem. Bywa, że ktoś nie może pojąć jak można widzieć świat takim, jakim ja go widzę. A jednak tak jest, tak go widzę. Naprawdę. I skoro moje szczere poglądy mogą wydawać się komuś absurdalne, mnie absurdalne mogą wydać się czyjeś. Ludzie mówią rozmaite rzeczy: Jeden mówi, że jest Bóg, Duch Święty i Syn, a życie mu daje na to niezbite dowody. Drugi mówi, że Boga nie ma i też doświadczenie utwierdza go coraz bardziej w tym przekonaniu. Są ludzie, którzy twierdzą, że w Polsce jest coraz lepiej. I jest im coraz lepiej i widzą, że innym jest coraz lepiej. A są ludzie, którzy uważają, ze w Polsce wciąż panuje cenzura i nacisk. I doświadczają tego nacisku i cenzury na własnej skórze.

To właśnie te naoczne dowody, jednoznaczne doświadczenia potwierdzające światopogląd sprawiają, że łatwo uwierzyć, że wszystko jest dokładnie tak jak to widzimy, a ci, którzy mówią co innego jeszcze po prostu tego nie zrozumieli, nie dotarło to do nich, nie wiedzą. A skoro oni nie wiedzą, a ja wiem, to ja jestem bardziej wtajemniczony niż oni. To niemożliwe, że Bóg nie istnieje, skoro przecież czuję jak mnie prowadzi i odpowiada na moje pytania i wątpliwości,

zsyłając takie, a nie inne zdarzenia i doświadczenia. Jeśli ktoś twierdzi, że Go nie ma,  znaczy – nie czuje Go i nie słyszy. Może nawet błądzi. A ja nie błądzę.

Jeśli ja wiem, że prawda jest taka, a nie inna i że jest to jedynie słuszna, wszystkich obowiązująca prawda, muszę przyznać, że wiem więcej niż ci, którzy nie zgadzają się z głoszonym przeze mnie poglądem. To automatycznie stawia mnie „wyżej”, ponad nimi. Jak nauczyciela nad uczniami, jak dorosłego nad dziećmi. Dlatego wierze w jakąkolwiek jedyną  obiektywną prawdę i manifestacji tej wiary w kontaktach z innymi musi towarzyszyć albo wyniosłość albo nieszczerość (jeśli np. wiemy lepiej, ale nie chcemy tego powiedzieć) albo po prostu brak kontaktu i niezrozumienie (ja wiem swoje, ty wiesz swoje, do widzenia).

Czy to znaczy, że prawda ma charakter wyłącznie subiektywny? Że jest tyle światów ile ludzi? Że ci, których spotykam, to tylko manifestacje mojego umysłu? Ja mam na to inny pomysł.

Moje doświadczenie polega na tym, że jeśli wyrażam, choćby w myślach, głębokie pragnienie, jeśli idą za tym dobre uczucia, a potem zaufanie i wdzięczność, wtedy to pragnienie realizuje się na planie fizycznym. Jeśli potrzebuję jakiejś nauki – nadchodzi takie czy inne doświadczenie, które mnie uczy. Jeśli czegoś, co jest mi potrzebne do dobrego życia nie zauważam, zostaję o tym poinformowany w nieco mniej subtelny sposób. Gdy wykazuję wyjątkową ignorancję czy nieuwagę, czasem dość brutalnie nadchodzi odpowiednia lekcja. Ale zawsze jest to lekcja najlepsza z możliwych w danym momencie.

Nie wiem kim lub czym jest Ten/To, co kształtuje tak te koleje mojego losu, nie wiem nawet czy jest to we mnie samym, czy gdzieś poza mną, ale jestem Mu – powtórzę się – bardzo wdzięczny i czuję, że ja (to „ja”, które tu teraz pisze, to, które myśli to wszystko) jestem z Niego. Nie muszę wierzyć w Jego taką czy inną konkretną postać, zasadę bytu, osobowość lub bezosobowość. Nie jest mi to objawione bezpośrednio, a to znaczy, że nie jest mi potrzebne. Co mógłbym z taką wiedzą zrobić? Kłócić się o nią? Głosić ją wszem i wobec? A dlaczego ktokolwiek miałby mi wierzyć w to, co mówię? A może miałbym być dumny, że taką wiedzę posiadam, a inni nie? A może cierpieć, że nie mam z nią co zrobić, a jest tak wielka? Bóg, wszechświat, cokolwiek – jest taki jaki jest. „Jestem, który jestem” – bardzo piękne określenie.

Wierzę, że moje myśli i uczucia kształtują w pewien sposób moje życie. Wiara w ośmiu Buddów, w Wielkiego Manitou, w jedynego Boga, ateizm, materializm, wreszcie wiara w obiektywną prawdę lub jej brak również kształtuje życie. To stwierdzenie mogłoby być jakąś obiektywną prawdą, w którą wierzę, ale ona zakłada, że jeśli Ty wierzysz w coś przeciwnego, to też masz rację: tego nie ma dla Ciebie, a dla mnie to nadal jest obiektywne i dotyczy wszystkich. A skoro dla Ciebie nie ma (i ja to nie tylko szanuję, ale i przyjmuję za fakt), a dla mnie jest, to co to za obiektywizm?

Ostatnie zdania są mocno zamotane i wewnętrznie sprzeczne. Ale to nie dlatego, że są bez sensu. Po prostu w tym momencie, droga wycieczko, dotarliśmy do granic możliwości logicznego dyskursu. Tam, gdzie nie ma już „tak lub nie”. Tam gdzie może być „ani tak, ani nie” oraz „i tak i nie”. Jesteśmy poza założeniami tkwiącymi u podstaw każdego światopoglądu, poza opisywalnym światem. I niech tak zostanie. Obiektywna prawda jednocześnie jest i jej nie ma.

Wszechświat, rzeczywistość, Bóg, duch – to wszystko jest nieskończone, a nawet jeśli jest skończone, my tego końca nie jesteśmy w stanie dostrzec. Nasze logiczne rozumowanie natomiast, myśli, wiedza i wiara, są w porównaniu z tym skończone bardzo. Jeśli potrafisz całą rzeczywistość zamknąć w granicach tego, co myślisz, wiesz i w co wierzysz, to to jest rzeczywistość mniejsza od Ciebie.

I jeśli jesteś wierzącym – jak nieskończony Bóg miałby się zmieścić w takiej ograniczonej przez Twoje własne postrzeganie puszce? Może tam jest tylko taki skończony model Boga, a innego Boga nie ma?

Jeśli jesteś ateistą: Boga nie ma w tym, co obejmuje Twoja wiedza i wiara, ale skąd wiesz, że Twoja wiedza i wiara nie jest obejmowana przez Niego?

Jeśli rzeczywistość jest nieskończona i wykracza poza Ciebie, to skąd wiesz czy jest obiektywnie taka-a-taka? A może przejawia się w życiu każdego z nas w inny sposób? Może w ogóle ten świat jest taki, jakim go widzimy – dla każdego z nas

nieco inny? Fizyka kwantowa odkrywa róże takie dziwne rzeczy, na przykład to, że nasze badania początków wszechświata mają wpływ na te początki. I miliardy lat dzielące nas od nich nie stanowią żadnej przeszkody. Myślę, że świat nie jest taki, że tu oto mamy materię, a wokół niej unosi się duch. Myślę, że świat ma w całości duchową naturę. A materia to tylko emanacja (mówiąc po chrześcijańsku – obraz). Ale i o to nie będę się spierał. Jeżeli dla Ciebie jest inaczej, to tak jest. I tak i tak. Obiektywnie. To nielogiczne, ale cóż – myślę, że wszechświat nie czuje się w obowiązku wyglądać tak, żeby pasować do ludzkich kategorii logicznych.

Na południu o tej porze (2 w nocy) bardzo jasno świeci Jowisz. Fajnie jest popatrzeć nań nawet przez zwykłą lunetę. Widać mały krążek i skupione wokół niego punkciki księżyców. Zupełnie nam niepotrzebnych. My tu sobie na Ziemi kłócimy się czy jest Bóg, czy Go nie ma, a tam krąży sobie kilkadziesiąt księżyców wokół wielkiej planety Jowisz, na której człowiek nawet nie mógłby wylądować. A dalej kończy się zasięg naszego Słońca. A dalej kończy się galaktyka. Nie jesteśmy nawet w jej środku. I takich galaktyk jak nasza są miliardy. Warto sobie popatrzeć w niebo i pomyśleć o tym. A potem, z tej perspektywy jeszcze raz zadać sobie pytanie: „Czy ja wiem jaka jest prawda i ile ich jest?”

A propos powyższego…

2 Comments

  1. to kilka moich przemyśleń na ten temat w kontekście tego, cóżeś napisał :) to co mi się nasunęło i co bym może powiedział,jakbyś treść tej notki przekazał mi werbalnie :)

    Jeśli chodzi o prawdę obiektywną o świecie – jest sprawą wiary, dlatego, że przerasta możliwości poznawcze człowieka. Tak jak piszesz – skąd wiem, że jej nie ma, skoro może nie ona zawiera się w tym, co wiem, ale ja zawieram się w tym, czym ona jest. Co prawda odnosisz to do Boga… jakkolwiek z tym tokiem rozumowania się całkowicie zgadzam :)

    jednak w mikroskali istnieje prawda obiektywna, którą da się stwierdzić – w relacji między namacalnymi zjawiskami. Np. widzę – pies gryzie kota, to jest prawda obiektywna. Oczywiście jest to coś innego, niż jedna prawda obiektywna o świecie, o wszystkim – to jak pisałem wcześniej, sprawa zupełnie transcendentalna.

    Jeśli chodzi o przekonania – jeśli ja jestem do czegoś przekonany, to siłą rzeczy kogoś uznaję za nieuświadomionego albo bezsilnego.

    mogę uznać: narkotyki szkodzą, każdy, kto wchodzi w nałóg, krzywdzi siebie. I przecież będę miał rację ciesząc się, że wiem więcej albo po prostu jestem w lepszej sytuacji od nałogowca. Chcąc mu pomóc niekoniecznie muszę od razu zadzierać nosa jako ktoś lepszy….ta pomoc nie musi wiązać się z poczuciem wyższości ani relacją nauczyciel uczeń.. szczególnie, że od ludzi uwikłanych z ból i cierpienie zwykle można się wiele nauczyć.

    I twierdzenie – Ty masz swoją prawdę, ja mam swoją, często jest mydleniem oczu, bo skoro to takie obojętne, to czemu idę akurat tą drogą, a nie inną? Ot,widzę, że jest lepsza. Nie znaczy to, że ja jestem lepszy od innych. Ktoś może przebył dłuższą drogę, nawet jeśli nie zna tego, co ja. A co zna, nie wiem. Może wyjdzie na mojej ścieżce w miejscu, którego sobie nie mogę wyobrazić i którego może nigdy nie poznam.

    Czasem w jednej sprawie mogę coś wiedzieć, i to może nawet nie dzięki własnym staraniom, a jakimś zbiegiem okoliczności, a w innych czegoś nie wiedzieć. W tej sprawie wiem, że wiem więcej – ale nie wiem, w jakiej sprawie czegoś może nie wiem, a ten ktoś wie. I to nie pozwala mi nigdy stawiać siebie ponad innym, nie wykluczając przekonania, że w jakiejś sprawie wiem coś lepiej.

  2. Dzięki za tę garść spostrzeżeń :)

    Pomoc narkomanowi możliwa jest wtedy, kiedy jego fakt będzie kompatybilny z Twoim – będzie choćby niewielka część wspólna. Inaczej nie dogadacie się na tyle, żebyś mógł mu pomóc. Tutaj mamy już kwestię ego – jego ego w Twojej perspektywie, jego ego w jego perspektywie oraz Twoje w Twojej i Twoje w jego. Ale o tym to już w następnym wpisie chciałbym wspomnieć, bo kilka rzeczy mi się w głowie bardzo połączyło (już wiem jaką mega praktyczną wartość ma dla mnie i dla mojego życia to całe filozofowanie o obiektywizmie :).

    Mój pogląd na ten temat nie ma zresztą wiele wspólnego z postawą „ty masz swoją prawdę, a ja swoją, do widzenia”. Ostatni akapit Twojego komentarza zakłada jednak istnienie jakiejś wspólnej dla „Ciebie” i „kogoś” prawdy. Ale przecież to założenie też jest jakimś elementem tej całej układanki – jeśli opiera się na mocno ugruntowanym przekonaniu – jest to prawda. Jeśli Jaś wierzy w taką wspólną prawdę (nie musi sobie nawet z tego zdawać sprawy, że wierzy – czasem inni ludzie uświadamiają nam w co naprawdę wierzymy. Z niektórych założeń, jakie podejmujemy nawet nie zdajemy sobie sprawy, póki nam ktoś nie zwróci na nie uwagi), a Małgosia wierzy w różne prawdy, to to też są dwie prawdy, które można rozpatrywać po Jasiowemu, po Małgosiowemu albo jeszcze inaczej. I to stwierdzenie, które tu napisałem też. I to też, i tamto – to nie ma końca.

    Mój post nie dotyczy w ogóle tematu tego kto wie więcej i czy się z tego powodu może wywyższać. Piszesz: „wiedzieć coś w jakiejś sprawie”. A co to za sprawa? Może dla kogoś innego nie ma w ogóle tej sprawy, może nie istnieje taki problem? Nie chodzi mi o kwestie dobrego wychowania, czy jeśli znam się na stolarce lepiej niż mój klient, to jak tu zrobić żeby nie zadzierać nosa. To są inne problemy. W tej pisaninie staram się cofać przed najgłębsze, najdalsze założenia jakie mamy. Dla mnie fakt „oto pies gryzie kota” tym się różni od faktu „Tupolew rozbił się przez Platformę Obywatelską” (w kontekście naszych rozważań), że potwierdzi go 99,9% ludzkości (która kota kotem, a psa psem nazywa, ma wzrok w porządku i wie co to gryzienie), a nie tylko 0,1% (która wie co to Platforma, o jakiego Tupolewa idzie i ma system poglądów politycznych, mentalność, hierarchię wartości i sposób myślenie takie, które do takich pokrętnych wniosków może zaprowadzić). Niczym więcej.
    Czysta statystyka. I ta statystyka nie rozstrzyga jeszcze o obiektywności danego faktu. Czy drzewo upadające w środku puszczy, którego nikt nie słyszał, wydało dźwięk? Odpowiedź wydaje się oczywista, ale od czasów Einsteina fizycy (a nie tylko filozofowie) zaczęli się nad tym nieźle głowić.

    Ważna jest dla mnie ta paradoksalna logika: w cokolwiek wierzysz, to może być:
    – prawda
    – nieprawda
    – i prawda i nieprawda jednocześnie
    – ani prawda, ani nieprawda
    i to w wymiarze obiektywnym, subiektywnym, obiektywnym i subiektywnym oraz ani takim, ani takim.
    I to wszystko dotyczy również tego stwierdzenia.

    Trudne to do objęcia i bardzo łatwo zredukować to tylko do „prawda i nieprawda”, czyli „ty masz swoją prawdę, a ja swoją”, do prostego i również zero-jedynkowego w konsekwencji relatywizmu, ale to nie jest to, to nie jest żaden relatywizm, to nie o to chodzi. To nie jest nawet meta-relatywizm ani meta-meta-relatywizm. To jest meta-meta-. I kropka. Bez dookreśleń. Nie wiem czy ktoś jeszcze tu nadąża z osób czytających, czy nie wlazłem na jakiś arcyabstrakcyjny abstrakt, ale dla mnie jest to (a właściwie to, co z tego dla mnie ostatnio wynika, a o czym później) bardzo doniosłe: mój nienasycony, żarłoczny intelekt wreszcie zaczyna pożerać własny ogon i dzięki temu mieścić się w głowie na swoim miejscu. A ja nie tylko przeczuwam i potrafię poczuć siebie poza nim, poza głową, poza tym, co ja o sobie myślę i co o sobie myślą inni, ale zaczynam tam po prostu być. I żyć. I gęba mi się do świata i do życia z wdzięcznością śmieje. Pewnie istnieją prostsze drogi ale dla pogiętego przez lata rozmyślań mózgu są pogięte metody :)))

    I pewnie każdy coś sobie z tego zrozumie, coś pomyśli, oceni, przyjmie, zgodzi się, nie zgodzi i będzie to dla niego ważne albo nieważne. I może nie być oprócz mnie nikogo, kto z tego wyczyta to, co to dla mnie oznacza. A ja nie wiem czy to dobrze, że w ogóle o tym piszę.