szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

o tym jak samemu zrobić z igły widły i jak się o nie pokaleczyć

Pewnego człowieka zacząłem postrzegać jako niereformowalnego fanatyka. Spotkałem się z nim na żywo. Był spokojnym, pełnym życia człowiekiem, uważnym, słuchającym, delikatnym i nigdy nie przerywającym mi rozmówcą. Nawet kiedy ja przerywałem jemu. Wracam do domu, zaglądam do sieci, co też nowego napisał. Znowu: zupełnie jak człowiek pełen fanatyzmu i upartej arbitralności. Zakrzykiwany przez znajomych, którzy myślą, że taki stał się naprawdę. Bo dawno nie rozmawiali z nim inaczej jak siedząc samotnie przed ekranem i bębniąc w klawiaturę.

Często wyjeżdżam z domku nad jeziorem, by spotkać się z ludźmi. Przedkładam życie nad Simsy, łażenie po lesie nad Wiedźmina, seks nad pornografię, piękne widoki nad piękne tapety na pulpit i spotkania nad Gadu Gadu i fora. Widzę jak tych samych ludzi odbiera się poprzez to, co mówią, a jak przez to, co piszą. Nawet kiedy treść słowna jednego i drugiego jest taka sama. Nie tylko widzę. Sam ich inaczej odbieram, choć piszą to samo co mówią i mówią to samo co piszą. I wszystkich, bez wyjątku, wolę na żywo niż w sieci. Forumowe i blogowe dyskusje, w których dawniej brałem żywy udział, widzę dziś z nowej perspektywy – z boku. I kręcę głową z niedowierzaniem.

Ci sami ludzie potrafią na żywo siedzieć przez całą noc ze sobą w jednym pomieszczeniu, wymieniać poglądy, nieraz bardzo różne, wręcz przeciwne. I nawet te najbardziej burzliwe dyskusje zdają się w końcu zawsze wzmacniać ich wzajemne relacje. Na ekranie zaś, kłócąc się, „ubogacając” swoje wypowiedzi w coraz ostrzejsze sformułowania nie poprzestają na rozejściu się po to, by znów z radością się spotkać. Bywa, że wprost odrzucają jako znajomego czy przyjaciela całego siedzącego po drugiej stronie ekranu człowieka na podstawie wypisywanych przez niego słów.

Sieciowe dyskusje inteligentnych ludzi na poważne tematy (szczególnie takie jak aborcja, eutanazja, religia, homoseksualizm) przebiegają zazwyczaj według podobnego wzorca:

  1. Obiecujące początki: nowe spojrzenia na sprawę, nowe argumenty za i przeciw, inspirujące uwagi.
  2. Dochodzą do głosu emocje, do których dyskutujący przyznają się lub nie (w tekście drukowanym na ekranie łatwo je ukryć lub zmienić, w czym dodatkowo pomagają emotikony – sam czasem będąc wściekłym stawiałem na końcu tekstu uśmiechniętą buźkę, a do podobnych manipulacji nieraz ktoś mi się przyznawał).
  3. Ktoś daje wyraz temu, że poczuł się urażony, zwraca komuś uwagę, że przeholował. Temat rozwija się, następują liczne dygresje, chodzi już nie o wymianę informacji i opinii, ale o światopoglądy, naczelne wartości i mentalność wyznawaną przez dyskutantów. Padają oskarżenia, słowa takie jak „bezsens”, „głupota”, „paranoja” i prawie zawsze „faszyzm” i/lub „fanatyzm”. Uczestnicy pouczają się nawzajem jak należy dyskutować, co wolno, czego nie wolno, kto ma jakie prawa itd. Oczywiście często podkreślany jest fakt, że autor wypowiedzi jest bardzo spokojny, zaś do tematu ma tzw. dystans. Większość daje do zrozumienia, że jedynymi towarzyszącymi im emocjami jest zaciekawienie i niezwykła radość ;o)
  4. Następuje zmęczenie tematem, ludzie zaczynają dostrzegać, że może zbyt dużo i zbyt ostro napisali, próbują obracać sprawę w żart, łagodzą, przepraszają. Pojawiają się też usprawiedliwienia, że w Internecie to nie widać twarzy rozmówcy, nie słychać tonu głosu i że rzeczywiście taka forma rozmowy to nie jest prawdziwa rozmowa itd. itp.
  5. Temat zostaje zamknięty, nieliczni zazwyczaj pozostali przy wątku uczestnicy dyskusji godzą się, wymieniają miłe słowa i/lub żartują sobie niewinnie.

Wszystko to oparte jest wyłącznie na treści werbalnej. A przecież, jak uczy nas psychologia, słowa to tylko niewielki procent komunikatu. Rozmowa to również ton głosu, mimika, gesty, postawa, wzrok. To bezpośrednie przebywanie z drugim człowiekiem. Co prawda można sobie to wszystko wyobrazić, czytając to, co ktoś do nas pisze, ale w komunikacji internetowej źródłem wszystkich elementów przekazu poza samym tekstem, jest nasz własny umysł, a nie drugi człowiek. Pół biedy, gdyby można było temu umysłowi zaufać. Z mojego osobistego doświadczenia nie pamiętam jednak ani jednego przypadku, w którym niechęci do kogoś, powziętej w wyniku nawet najbardziej – wydawałoby się – Internetowych wypowiedzi, nie zweryfikował kontakt w realu.

Dialog na forum czy na blogu to namiastka dialogu. To nie jest obcowanie z prawdziwym człowiekiem. Tekst przez kogoś napisany może dać nam jakieś informacje o człowieku, ale ogromną pomyłką jest wnioskowanie na jego podstawie o tym, jaki ktoś jest i traktowanie go jako źródła decydującej wiedzy. Łatwo jest zbyt długo obcować z ludźmi głównie przez Internet. Łatwo jest zubożyć swoje doświadczenie życiowe przez deprywację, jaką jest długotrwałe, całodzienne komunikowanie się z innymi głównie poprzez to medium. Łatwo jest wierzyć temu doświadczeniu tak samo, jak wierzyło się kiedyś doświadczeniu znacznie bogatszemu, opartemu na „realu”.

Łatwo wówczas mylić obraz jaki się wyłania z wirtualnego spotkania z żywym, prawdziwym, patrzącym ci w oczy człowiekiem. Łatwo ocenić go tylko po słowach, które pisze. Łatwo odrzucić relację z nim tylko na tej podstawie. Jeśli jest on kimś bliskim, bardzo łatwo go skrzywdzić.

A propos powyższego…

3 Comments

  1. Ha, ja myślałam o tym samym niedawno, ale od innej strony – mianowicie, jakie to jest fajne, że można sobie pogadać w ludźmi w Internecie:) Bo piszesz, że przez Internet ludzi postrzegamy inaczej niż w realu, co jest prawdą. Tylko, że to czasem wychodzi na dobre. Bo, np. ja jestem dość nieśmiała. Pracuje nad tym, wyrastam z tego, jasne, ale jeszcze kilka lat temu wyduszenie ze mnie kilku słów w towarzystwie osób, których nie znałam bardzo dobrze, graniczyło z cudem. Osoby, które mnie poznawały w realu, jedyne czego mogły się o mnie dowiedzieć to to, że jestem nieśmiała i milcząca i chowam się w kącie. Osoby, które poznawały mnie w Internecie, mogły się dowiedzieć co myślę. W internecie zdarzyło mi się też zapoznać i mocno związać z człowiekiem, który swoje niezwykle wartościowe wnętrze ukrywał pod grubą warstwą irytujących zachowań. Gdyby nie to, że przez Internet dotarłam do tego wnętrza, pewnie nie wytrzymałabym w jego towarzystwie nawet pięciu minut. Moją konkluzją jest – każdemu według potrzeb;)

  2. Wiesz co, trochę tak jest jak piszesz, a trochę odwrotnie…
    Przez net można się wyglądać na bardziej radykalnego, ale może to prawdziwa natura wyłazi z takiego fanatyka? W rozmowie czteroocznej może brak mu śmiałości, albo czasu by sformułować myśli? Może ta czułość która jest w kontakcie bezpośrednim tak łagodzi różnice poglądów, albo powoduje że bardziej zagłębiamy się w emocje niż w rozważania? Są tacy ludzie których towarzystwo uwielbiam, dajemy sobie wzajem wsparcie i uczucie, ale gdybyśmy zaczęli o niektórych poglądach rozmawiać to nie byłoby fajnie :-)

    Przez net wszakże powstało wiele pięknych relacji, ja tego doświadczyłam, mam przyjaciół wspaniałych z którymi zaczęło się przez ekran i klawiaturę, by potem dopiero poprzytulać się w PrawdziwymŻyciu, zwanym teraz „Oflajnem”. Z naszym wspólnym znajomym „fanatykiem” którego wspominasz, przez net nawiązałam wielce miłosną relację wiele lat temu. A nawet spotkałam się z sytuacją że człowiek „przez net” był „prawdziwszy” niż w realu, bo przestawał się bać. W realu bardzo trudno z nim porozmawiać, a wspaniale się to robi przez sieć.

    Więc chyba nie da się jednoznacznie orzec, gdzie jesteśmy bardziej sobą, prawdziwsi.
    W końcu jak to twierdzi Jacek Dukaj „interakcje są możliwe tylko przez manifestacje”.

  3. Ano, w ogóle dyskusyjne jest pojęcie „prawdziwy”. Prawdziwy dla kogo, według czyich kryteriów? Czy jakakolwiek interakcja moze dać pełny obraz prawdziwego człowieka? Czy coś takiego w ogóle jest możliwe?