Korporacja to potężna sprawa. Mówię to w bardzo pozytywnym sensie. W jaki sposób korporacja daje ludziom pracę? Potrzebny jest, dajmy na to, korporacji państwowej kierowca pługa śnieżnego, który od tej do tej będzie miał za takie to, a takie – marne, trzeba przyznać – wynagrodzenie jeździć z tego do tego miejsca, tam i z powrotem. Państwo wywiesza 9-plug-sniezny-na-stacji-benzynowejogłoszenia i czeka. Ktoś się znajduje, bo odpowiada mu z jakichś względów taka praca. Kiedy stan rzeczy u pracownika się zmienia, odchodzi, a korporacja znów szuka. I się wszystko kręci. A człowiek ma skrupuły: „Nie będę proponować czegoś komuś, bo może to mu nie odpowiada”, „nie chcę prosić kogoś o to, bo mu głupio będzie odmówić” itd. Sami ograniczamy własne potrzeby, marzenia i dążenia z powodu tego, że komuś mogą one nie odpowiadać.

Ja natomiast mam wrażenie, że proszenie kogoś o coś lub deklarowanie własnych potrzeb jest świętym i niezbywalnym prawem każdego. Tak jak prawo do mówienia „nie”, odmawiania, nieprzyjmowania oferty czy propozycji, nawet do obrażania się. I to jest zdrowe, póki uczciwe i dobre są intencje. Faktem jest, że nie każdy potrafi prosić, nie każdy potrafi mówić „nie” i odmawiać. Ale zgoda i harmonia możliwe są tylko wtedy, gdy taka nieumiejętność jest przyczynkiem do samorozwoju kogoś, kto nie potrafi, a nie przyczyną poczucia winy lub – w błyskawicznej konsekwencji – poczucia krzywdy drugiej strony. Nie ma nic złego w spokojnym i życzliwym powiedzeniu: „Potrzebuję kogoś, kto odśnieży mi drogę za 10 zł. Czy podjąłbyś się tego?” Nie ma też nic złego w spokojnej i życzliwej odpowiedzi: „Nie, 10 zł. to dla mnie za mało. I nie mam w zwyczaju odśnieżać dróg”.

A propos powyższego…