allelujaKiedy moja fascynacja twórczością Leonarda Cohena po raz pierwszy osiągała wyżyny intensywności, chodziłem jeszcze do podstawówki. Rodzice znaleźli gdzieś i podarowali mi gazetkę ze słowami piosenek, zdjęciami i tekstami na temat pierwszych  koncertów Mistrza w Polsce z 1985 r. Obecnie gazetka ta jest rozczłonkowana, popisana ołówkiem i wygląda jak psu z gardła wyjęta. Czytałem dziesiątki razy dwa teksty w niej zamieszczone – notkę biograficzną na temat artysty oraz artykulik traktujący o koncertach. Również piosenki i tłumaczenia – porównywałem, uczyłem się mozolnie grać na gitarze, czytałem, zgłębiałem. Ta gazetka była jednym z moich skarbów.

Koncerty z 1985 r. były dla mnie niedostępną, owianą mgłą tajemnicy legendą. Wyobrażałem sobie tłumy na Sali Kongresowej i Cohena, siedzącego na scenie z gitarą i snującego pomiędzy piosenkami opowieści, popijającego wino. Kilka razy ledwo mogłem znieść myśl o tym, że nie mogłem w tych koncertach uczestniczyć – miałem 5 lat, a z piosenkami Cohena zetknąłem się dopiero trzy lata później. Wizja Cohena z lampką wina i gitarą na kolanach, siedzącego w bladym świetle reflektorów przed tłumem miłośników pojawiała się w mojej wyobraźni zawsze, gdy marzyłem o tym, by kiedyś dane mi było w tym tłumie się znaleźć.

Ale dziś legenda przestała być legendą. Każdy może sobie usłyszeć i zobaczyć nagrania z koncertu w Warszawie w 1985 r. na YouTube. O, proszę bardzo:

Bardzo ucieszyłem się gdy znalazłem te klipy, napisałem o nich na Schronisku, ale jednocześnie… poczułem się uboższy. Znacznie uboższy.

A propos powyższego…