Przestawiłem biurko tak, by nie siedzieć plecami do Karolinki, kiedy przebywamy razem w pokoju i żeby mieć dostęp do okna. Monitor znalazł się zupełnie z boku i nie wznosi się już tak władczo nade mną, gdy siedzę przy biurku i coś piszę lub czytam. Nie absorbuje też mojej uwagi, kiedy włączam komputer, żeby posłuchać muzyki, wspaniale zastępuje pulpit z tekstem, gdy pracuję nad piosenką lub sobie coś gram. Jego pozycja nie przeszkadza w załatwianiu spraw związanych z koncertami i płytą. Tylko kiedy siedzę nad ścieżkami dźwiękowymi lub piszę dłuższe teksty, muszę specjalnie ustawiać fotel, myszkę i klawiaturę. I dobrze – nie zajmuję się tym codziennie. Po co komputer, z całą masą zaśmiecaczy umysłu, ma stanowić centralny punkt mojej przestrzeni?

Pożyczyłem od M. gitarę elektryczną, żeby cisza nocna i sen Karolinki nie uniemożliwiały mi grania. Niepodłączony Telecaster z jedenastkami brzmi bardzo klarownie, a jednocześnie cicho. Chyba kupię sobie jakąś tanią „deskę” bez elektroniki na Allegro.

Kiedy nie korzystam z biurka i z komputera, fotel stoi sobie przy szafce i stojaku z gitarą. Mogę siedzieć, palić fajkę i patrzeć w okno. Kącik roboczy stał się kącikiem roboczo-relaksacyjnym.

Zacząłem pić ziółka z czerwoną herbatą i błonnikiem. Znacznie mniej jem. Nie łażę bez sensu po Internecie, bo niewygodnie. Śledzę sobie tylko ulubione witryny za pomocą Google Readera (polecam – bardzo oszczędza czas). Poza tym – gdy nie szukam niczego konkretnego – wchodzę tylko na jedyne forum, na jakim czasem coś piszę. Z gier zostawiłem sobie komputerową edycję Monopolu. I tak wyżywam się ostatnio głównie na planszówkach – w soboty w ŁDK są spotkania klubu miłośników fantastyki i gier, gdzie w dobrym towarzystwie można rozegrać kilka partii. Tytułów jest cała masa – do wyboru, do koloru.

przestrzenieZrezygnowałem też na razie z lekcji śpiewu. Długie ćwiczenia artykulacyjne, śpiewanie z korkiem w zębach itd. nie należą jednak do mojego świata. Nie jestem typem wykonawcy, wokalisty, muzyka. Jestem wymyślaczem, przekształcaczem, zbieraczem i wyrazicielem. Przez tych kilka miesięcy nauki zwiększyła się bardzo moja umiejętność samokontroli i nie czuję już, że utknąłem z moim głosem w ślepym zaułku. Wystarczy. Mogę teraz spokojnie, w swoim zwykłym tempie, dalej go udoskonalać, nie zaniedbując gitary i harmonijek. Równie ważne, a nawet ważniejsze jest dla mnie zresztą czuwanie nad utrzymaniem czystego przepływu pomiędzy światem, mną, a moimi piosenkami. Chodzi o autentyczność, a nie doskonałość. Moimi mistrzami nie są Luciano Pavarotti i Paco de Lucia, ale Leonard Cohen, Bob Dylan, Nick Drake i Jan Krzysztof Kelus. Żaden z nich nie ma wykształcenia wokalnego czy instrumentalnego, żaden z nich nie wspiął się na prawdziwe wyżyny warsztatowe, za wyjątkiem Nicka Drake’a, który jest prawdziwym wirtuozem gitary.

Dlatego też jadę jutro do Warszawy spotkać się z S. i połazić po stołecznej przestrzeni miejskiej. Może uda mi się umówić jeszcze ze znajomymi. Czuję ogromne zapotrzebowanie na stukot kół pociągu, uciekający krajobraz, dobrą, bliską i szczerą rozmowę z przyjacielem i samotne snucie się pod wielkim dachem nieba.

A propos powyższego…