szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

o rewelacyjnej rewolucji filmowej, aborcji i nowych pomysłach

revolutionary roadByliśmy w kinie na filmie Revolutionary Road (gorszy, choć polski tytuł: Droga do szczęścia). Takiego filmu, traktującego kwestię stylu życia i poszukiwania sensu wprost, bez żadnych dodatkowych pretekstów, symboli i rekwizytów jeszcze nie było. Wbrew zamierzonym być może pozorom, nie jest to romansidło, kontynuacja Titanica, ani inne superbyleco, tylko mocna, bezpardonowa rozprawa z mieszczańskim stylem życia i brakiem odpowiedzialności za własne szczęście. Polecam wszystkim niezależnym umysłom, wszystkim bigtom i konserwatystom, wszystkim uwikłanym w dziwne relacje rodzinne. Nie ma w tym filmie żadnego zbędnego bohatera i żadnej zbędnej sceny. Aż do momentu, kiedy pod koniec bohaterka żegna swojego męża jadącego do pracy po śniadaniu. Bardzo chciałem, żeby film skończył się w tym momencie, niestety musiano zamalować grubą warstwą melodramatyzmu wszelkie niedomówienia i pytania, jakie mógłby postawić widz i wszystko do końca osądzić i jednostronnie wyjaśnić.Cóż – i tak ten film znaczył dla mnie wiele.

Zastanawia mnie tylko kwestia aborcji, która dla fabuły była bardzo istotna. Dlaczego zarówno tu, jak i w wielu innych obrazach, dyskusjach, filozoficznych schematach życiowa odwaga, wyzwolenie i wzięcie odpowiedzialności za siebie łączy się z postawą proaborcyjną? Czy nie można być niezależnym nonkonformistą, potrafiącym udźwignąć własne życie bez uzależniania się od autorytetów, idei i ideologii, będąc jednocześnie zwolennikiem poglądu, że życie ludzkie zaczyna się w momencie poczęcia? Czy wszyscy twórcy, autorzy i różnego rodzaju działacze muszą potwierdzać zawsze dychotomię: proaborcyjny liberał – antyaborcyjny kołtun?

Poza tym dziś pogoda pozwoliła mi na wyciągnięcie rano roweru i pojeżdżenia sobie tam i z powrotem. Nakręciło mnie to jak mechaniczną zabawkę. Poćwiczyłem emisję głosu, przegrałem z Matim kilka kawałków, popędziłem nas do roboty, wykonałem kilka zaległych telefonów (bezskutecznie), a gdy wracaliśmy z kina, wpadł mi do głowy bardzo konkretny i wyrazisty pomysł na film dokumentalny (a właściwie na dziwną trochę parodię filmu dokumentalnego). Niestety do realizacji trzeba przynajmniej jednej osoby i kamery. A tutaj na razie – choć to przecież Hollyłódź – pustynia. Wszyscy zajmują się Niezwykle Poważnymi Sprawami (głównie zarabianiem pieniędzy w sposób, którego nienawidzą, gonieniem własnego ogona w drodze do cholera wie czego oraz odmawianiem sobie prawa do wszystkiego prócz działań wyżej wymienionych) i nie mają czasu na „głupoty”, które przecież tak pięknie potrafią nadać życiu koloryt i zainspirować do różnych pięknych rzeczy*.

*) To nie o was, wy, jeden z drugą. Tak, tak, wy wiecie, że do was mówię :o)

A propos powyższego…

16 Comments

  1. Wybiorę się, chociaż do chwili przeczytania Twojej notki nie brałem tego pod uwagę. :)

  2. Trudno mi się zgodzić, że film prezentuje postawę proaborcyjną. Odniosłem raczej wrażenie że przeplata się tam nachalna antyaborcyjność z postawą „prodesperacką”. Dylematów co zrobić z niekochanym owocem odbierającej zmysły nienawiści nie sprowadzałbym do pro/antyaborcyjnych rozkminów. Nie żebyś to robił, ale można by Twoją wypowiedź rozwinąć w tym kierunku przy odrobinie złej woli, której wszak nigdy nie brak.

    A moim zdaniem końcówka dorzuca parę wystarczająco uzasadnionych drobnomieszczańskożerczych klimatów, ale film mógłby się skończyć w momencie kiedy zaprzała aborcjonistka ;) wchodzi do łazienki. Dramatyzm genialny, cała reszta już nie ma szans zrobić nic lepszego niż zepsuć klimat. Może trzeba wyciąć parę minut przed napisami i wypuścić jako wersję reżyserską?

  3. lukasz: Do Was, do Was :o)))

    Roman: I jak? :o)

    edek: W kontekście wątku aborcji w tym akurat filmie zastanowiło mnie jedno: podczas kłótni bohaterów o to czy usunąć dziecko czy nie, nawet nie padł argument, że chodzi o żywą istotę. Nawet gdyby został obalony tezą, że płód istotą żywą nie jest, nie miałbym tego niedosytu – jednostronnego widzenia sprawy wyłącznie z punktu widzenia interesu kłócących się bohaterów. Myślę, że tłumaczy to fakt, że w latach 50. takiego argumentu po prostu jeszcze nie było.

  4. uznanie tego, że człowiek zaczyna się z poczęciem nie jest jednoznaczne z postawą przeciwko prawu do aborcji na życzenie. jeszcze trzeba uznać, że ten człowiek ma prawo żyć jak pasożyt w drugim człowieku. a skoro nie akceptujemy niewoiolnictwa dobrowolnego (dobrowolnego sprzedania się w niewolę czyli) to dlaczego mielibyśmy akceptować prawo płodu do pasożytowania na kobiecie?

    przy czym ja chyba nie ma jednoznacznej odpowiedzi na tak czy nie, jeśli chodzi o prawo do aborcji.

  5. Zgodnie z Twoją wykładnią, ty też żyłeś jak pasożyt w drugim człowieku i tylko dzięki temu żyjesz. Nie masz z tego powodu wyrzutów sumienia? Również kobieta przerywająca ciążę była owym „pasożytem”. I dano jej do tego prawo.

    Przecież płód nie rozwija się w ciele kobiety na własne życzenie, tylko na skutek działań tej kobiety i jej partnera. Nie bierze się z kosmosu, jest naturalną konsekwencją naturalnego działania, czyli seksu. Jeżeli ktoś nie chce mieć dzieci, to mamy XXI wiek i całą gamę środków antykoncepcyjnych.

  6. dobrze rozumiesz mój sposób rozumowania, ja nie rozumiem krytyki. a może nie zgadzam się, sprawdźmy. moja matka miała wybór – urodzić mnie lub dać zabić lekarzowi. prawie legalny. udzielenie zgody na aborcje w PRLi było w zasadzie formalnością. moja matka wybrała i nie żałuje. nie wiem dlaczego akurat to miałby być przykłąd przeciw. ja wiem, że jestem chciany. nie jestem dzieckiem strachu, tylko mojej matki. to sporo. i oczywiście, nie miałem przez to „prawa” do życia w matce. ona mi na to pozwoliła, a nie uszanowała moje prawo. ewentualnie miałem prawo – ale to ona byłą prawodawcą.

    wyrzutów sumienia staram się nie mieć, ale nie wiele ma to wspólnego z tematem. ja nie chcę, by przeciwnicy prawa do aborcji na życzenie czuli się źle z tym, że mają takie, a nie inne poglądy. chcę tylko wyrazić opinie i ewentualnie liczyć na to, że ktoś zmieni zdanie. to drugie takie ważne nie jest. w zasadzie przede wszystkim – przekonuje samego siebie, a do tego przydają się inni ludzie.

    umowa niewolnicza też jest efektem „naturalnych” (słowo natura jest przerażajaco często używane do dziwnych zabiegów, swoją drogą) procesów – człowiek podejmuje decyzje i zawiera umowę. to jest elementem jego natury, jego zdolności. idąc z twoim tokiem rozumowania, mógłbym pójśc do kogoś, sprzedać samego siebie a następnie ten ktoś mógłby np. siłą zmusić mnie do darmowaej pracy. albo odessać trochę mojego tłuszczu. seks oczywiście bardzo często jest czymś dobrowolnym. tylko dlaczego miałby uprawiniać kogokolwiek do posiadania drugiego człowieka, skoro nie godzimy się, żebyśmy mogli siebie sprzedać w niewolę? bo nie godzimy się, prawda? nawet jeśli ktoś nie założy np. czerwonej czapeczki na głowę, to się nie godzimy? albo jak się sam przykuje komuś do kaloryfera?

  7. Choć pewnie istnieją jakieś tam analogie pomiędzy owym niewolnictwem, a aborcją (pomiędzy wszystkim istnieją jakieś tam analogie), są to jednak dwie różne rzeczy. Tym bardziej, że gdybyś chciał się sprzedać w niewolę (wykastrować się, uciąć sobie głowę czy oddac cały majątek Radiu Maryja), z mojej strony nie ma przeciwskazań dla udzielenia Ci tego prawa. Jesteś wolnym człowiekiem i masz prawo do zrobienia z tą wolnością co Ci się żywnie podoba, o ile nie ograniczasz wolności innych. Natomiast usunięcie płodu w sytuacji, gdy nie zagraża on w wyraźny sposób życiu matki jest dla mnie tym samym co zabójstwo. Można je usprawiedliwiać intelektualnie, ale – umówmy się – obrotny umysł i giętki język jest w stanie usprawiedliwić intelektualnie dosłownie wszystko, łącznie z wyrżnięciem w pień własnej rodziny.

  8. dobrze, Nocny, ale co proponujesz w zamian dyskusji, gdzie coś się usprawiedliwia? zwłaszcza, że ja nie zaproponowałem wyrżnięcia w pień swojej rodziny, tylko prawo do zabicia czegoś lub kogoś (czy płód ma osobowość zwyczajnie nie wiem), kto żyje w ciele kobiety przez tą kobietę lub osobę, której ona to zleci. nie pytam się, co masz przeciwko zabijaniu kogokolwiek, tylko, co masz do zabijania płodów?

    co do niewolnictwa – czyli gdyby ktokolwiek sprzedał się w niewolę, wspierałbyś prawo właściciela niewolnika do np. zmuszania siłą kogoś do posłuszeństwa?

  9. To samo, co do zabijania kogokolwiek.

    A propos niewolnictwa – jeśli w umowie zawartej przez dwoje wolnych ludzi, świadomych wszystkiego co podpisują, byłoby to zaznaczone, to nie mnie się w to wtrącać. Człowiek wolny ma moim zdaniem prawo odebrać sobie cokolwiek, nawet wolność.

  10. Nocny, to mam tylko jedną uwagę – nie dla wszystkich życie jest najwyższą wartością, a tego co rozumiem dla Ciebie jest? bo nie dla mnie. jeśli tak, rozmowę można spokojnie skończyć, bo już Cię rozumiem w tej kwestii chyba.

    czyli mógłby też dać się zabić? a potem nie mógłby się wycofać?

  11. „umówić, że da się zabić” powinno być.

  12. Ano, jest. Razem z wolnością. Nie potrafię Ci odpowiedzieć na pytanie co jest dla mnie ważniejsze. Na pewno bardziej dopuszczalne jest dla mnie ograniczenie własnej wolności i własnego życia, niż życia i wolności kogoś innego.

    Twoje pytanie odsłania absurd tych naszych gdybań. Znajdź mi człowieka zdrowego psychicznie, który podpisze z własnej woli umowę, w której będzie zapisane, że druga strona może go zabić kiedy zechce. Sam jestem ciekaw co odpowie.

  13. to dlaczego kobieta ma się zgodzić nosić w sobie kogoś innego, skoro nie chce nosić?

  14. Z tego samego powodu, dla którego nie ma prawa zabić swojego dwu, pięcio czy piętnastoletniego dziecka, nawet jeśli nie chce już go wychowywać. Bo jest za nie odpowiedzialna jako matka. Bo nie ma prawa odbierać życia.

    Nudzi już mnie ta dyskusja. Nie chce mi się pisać rzeczy dla mnie oczywistych.

  15. tylko, że zabijając piętnastolatka nie zabija kogoś, kto bezpośrednio żyje w Jej ciele. nie chodzi tu o ochronę bliżej nieokreślonej wolności, tylko tej – do bycia wolnym od stworzeń w środku własnego ciała. jest poważna różnica między pracowaniem dla kogoś, żeby ten mógł żyć, a goszczeniem kogoś w sobie, w ciele swoim i dawanie mu swojego ciała jako posiłku. każdy albo godzi się na pewne zniewolenie, przynajmniej potencjalne, albo będzie wyklęty. jeśli kogoś siłą się powstrzyma od zabijania ludzi na ulicy, to oczywiście też będzie ograniczenie wolności tego kogoś. rzecz w tym, że prawo do usunięcia intruza z własnej macicy to nie takie samo prawo, jak prawo do zabijania przechodniów. nawet jeśli, jako buddysta pod wpływem Zen, wszędzie widzisz buddów i czujesz się z nimi jakoś połączony, więc krzywda płodu jest dla Ciebie równoważna z krzywdą matki, to przecież są jeszcze te osoby, które jednak takiego stanu nie osiągnęły – dlaczego ignorować ich odczucia? a dość łatwo wykazać, że płód najprawdopodobniej nie odczuwa cierpień choćby do 3 miesiąca swojego życia. a matka tak i zakaz dokonywania aborcji na życzenie może ją na to cierpienie skazywać.