Słońce i wiatr. Prawie wiosna. A ja siedzę nad kubkiem kawy, słucham Dominika Księskiego i kolejny raz powtarzam wirtualną podróż po Paryżu na Google Maps. Korzystając z dostępnej od niedawna trasy przez Lasek Buloński, mogę „strzałkować” niemal dokładnie tą trasą, którą rok temu przemierzałem w Paryżu prawdziwym. Stęskniłem się za tym miastem. Choć ta moja zeszłoroczna wycieczka była krótka, dziwna, dość samotna i nieco smutna, dziś z radością wróciłbym tam. Wygląda na to, że po to odwiedzam nowe miejsca, by za nimi tęsknić.

Wyjazdowi do Paryża nie poświęciłem nawet notki na blogu. Niesłusznie. Znalazłem się tam ze względu na Karolinkę, która odbywała tam taki mały firmowy staż wraz z koleżanką i z kolegą E., człowiekiem, o którym mówiła że albo go znienawidzę za jego radykalne poglądy polityczne, pogardę dla buddyzmu i sposób, w jaki wyraża swoje zdanie albo pokocham za poczucie humoru, gust muzyczny i… powyższe poglądy. W Paryżu studiowała też (i nadal studiuje) moja ukochana siostrzyczka cioteczna, podobnie jak ja jedynaczka i podobnie jak ja osobowość niepokorna i neurotyczna, współautorka niesamowitego świata naszego dzieciństwa, odpowiedzialna za najlepsze wspomnienia z lat – żeby być dokładnym – 1986-1999. Ona właśnie odebrała mnie z lotniska im. Charlesa de Gaule’a. W jej kawalerce spędziłem, głównie śpiąc, pierwsze trzy godziny we francuskiej stolicy.

kamieniczkiW krajach dalekich wszystko wydaje się inne, egzotyczne, tajemnicze. Nawet zwykłe patrzenie przez okno, bez względu na to, że za tym oknem zza labiryntu kamieniczek wyłania się widok na wielką, tonącą we mgle spalin i pyłu metropolię i sterczącą mniej-więcej po środku znaną na cały świat strzelistą stalową konstrukcję. Inaczej wygląda owo miasto, inaczej kamieniczki, inaczej okno, parapet, gzyms, inaczej klamki, inaczej biegną po ścianie kable, inaczej zamocowane są rynny. Różnice trudno wyodrębnić, są drobne, ale składają się one na tę specyficzną atmosferę inności, zatrzymującą skrótowe myślenie i ignorancję z jaką przemierzamy przestrzenie naszej codzienności. Zwykłe nawet elementy otoczenia są niezwykłe. Jakbym urodził się wczoraj.

La DefenseW takim stanie udałem się na stację metra, wsiadłem w pociąg i pojechałem na La Defense, gdzie byłem umówiony z wracającą z pracy Karolinką. La Defense to wielki betonowo-marmurowo-szklany kompleks drapaczy chmur, w których znajdują się biura tysięcy firm i wielkich korporacji. Atmosfera tego miejsca przytłoczyła mnie od samego początku. Poczułem na sobie ciężar wszystkich małych i wielkich decyzji, wyroków i oświadczeń oznajmianych milionom ludzi na świecie przez dzienniki telewizyjne, gazety, zbiorowe e-maile. Decyzji, które ktoś przecież podjął, ale od których nie ma odwołania, bo nikt nie jest za nie odpowiedzialny. Czułem się tam jak w miejscu, do którego mały zdeterminowany do granic możliwości człowieczek mający sprawę do wielkiej korporacji musiałby dotrzeć po kolejnych szczeblach urzędniczej drabiny, zaczynającej się u pani w okienku, biegnącej przez kierownika placówki, biuro ds. kontaktu z klientem itd. W miejscu, gdzie ta drabina kończy się i po prostu rozpływa w powietrzu. Od głuchych szklanych ścian biła wielka moc. Na dole czuło się wielką bezradność. Ciekawe dlaczego dzielnice finansowe wyglądają właśnie tak, a nie np. jak dawne parki francuskich królów? Dlaczego marmur i beton, a nie trawa i drzewa? Czyja dusza odbija się w takiej, a nie innej estetyce?

To zdjęcie zrobiłem sobie czekając na Karolinkę pod łukiem na La DefenseZanim doszło do spotkania, udałem się do pobliskiej księgarni literacko-muzyczno-multimedialnej w rodzaju polskiego EMPiKu, gdzie znalazłem wszystkie pięć płyt niedostępnego w Polsce w żadnym sklepie Nicka Drake’a. Stały sobie w osobnej, podpisanej przegródce, po 6-8 euro sztuka. Kiedy już pozbierałem z podłogi opadłą szczękę, zakupiłem dwie (bez sensu, ale to był czas dziwnego spięcia i neurozy w relacjach my-nasze pieniądze). Znalazłem też sporo innych interesujących mnie płyt w podobnej cenie. Później Karolinka uzupełniła moje zapasy o The Future Cohena i World Gone Wrong Dylana.

Wieczór i noc spędziliśmy w hotelu bardzo blisko La Defense, posilając się odmrażaną pizzą i całkiem znośnym winem za dwa bodajże euro. Takie ło tam se ze sadzwki wystawałoKolega E. okazał się typem tyleż irytującym co zabawnym i niezwykle ciekawym. Wyczułem w nim dość szybko ogromną dozę dystansu do siebie, co przesądziło chyba o tym, że jednak go bardzo polubiłem. Nie mówiąc już o tym, że rzadko spotyka się Polaków w moim wieku słuchających starego amerykańskiego folku i folk-rocka. A gdzieś pomiędzy Johnnym Cashem a Bobem Dylanem, w punkcie gdzie znajdowały się cztery folkowe płyty Bruce’a Springsteena nasze gusta zgrywały się idealnie.

Następnego dnia obudziły mnie narzekania Karolinki i kolegi E., który pojawił się gotowy do wyjścia. Poranna wyprawa do pracy, szczególnie po ciągnącej się do późna imprezie, to niewesoła sprawa. Zdając sobie z tego sprawę, zakrzyknąłem jednak wrednie:
– Cicho tam, idźcie już stąd! Nie widzicie że śpię?!
Jak to zwykle bywa w przypadku bezczelnej złośliwości kierowanej wobec innych bezczelnych złośliwców, których uwielbiam, moje słowa zamiast ich dobić, poprawiły im humor. Ponabijawszy się trochę ze mnie zamknęli drzwi. Hotelowa cisza brzmi egzotycznie nie tylko w Paryżu. Wsłuchałem się w nią i zasnąłem znów.

Łuk w oddaliDwie godziny później zszedłem na dół, wziąłem kilka mapek i turystycznych prospektów, by korzystając z nieobecności towarzystwa pozwiedzać. Pogoda była mroźna, przewiewało mnie na wylot, ale co miałem robić? Odkąd Karolinka tu przyjechała tęskniłem za nią bardzo i fakt, że znajduję się w pobliżu i że za dwa dni odlecę stąd znów bez niej wcale tej tęsknoty nie zmniejszał. Odbijała się echem od egzotycznej, jakby nieobecnej atmosfery obcego miasta, potęgując uczucie pustki we mnie. Wzmagała się momentami jak dźwięk sprzężenia, gdy zbliża się włączony mikrofon do kolumny. To sprawiło, że nie miałem siły zastanawiać się w jaki pociąg wsiąść i szedłem po prostu pieszo. Na wiadukcie oddzielającym szklane, zimne piekło La Defense od właściwego Paryża mogłem uchwycić wzrokiem zostawiony w tyle nowoczesny łuk triumfalny zbudowany pośrodku głównego placu dzielnicy finansowej, a dokładnie "A nad Sekwaną..."naprzeciw niego, gdy patrzyłem wdłuż biegnącej pod wiaduktem wielopasmowej alei de Gaulle’a, majaczył w oddali zabytkowy i znany powszechnie łuk. Tak jakby stary Paryż sygnalizował nowemu Paryżowi: „U mnie wszystko w porządku, kolego!”. Przechodząc mostem przez Sekwanę przypomniały mi się Ostatnie dni Norwida śpiewane przez Kaczmarskiego. Kolejna tęskna melodia na moją głowę niesioną przez obce miasto jakby mimochodem.

Huk węzła komunikacyjnego przeszedł łagodnie w miękką ciszę osiedla willowego rozciągającego się po prawej stronie alei de Gaulle’a. Było tu sporo kamienic w stylu hiszpańskim. Za czarnoskórą nianią pchającą wózek otoczony małą gromadką przypominającą ruchome ziemniaczki w kolorowych kurteczkach powlokłaem się w stronę Lasku Bulońskiego. Chciałem posiedzieć tam chwilę, ale mróz szybko podniósł mnie z ławki i popędził dalej.

Paryż, gdzieś łoIdąc przez ogromny opustoszały park naszła mnie ochota by sprawdzić czy pamiętam jeszcze tekst Take This Waltz Cohena. Zacząłem go recytować półgłosem i wtedy coś w moim umyśle pękło, z oczu poleciały mi łzy, a kiedy się uspokoiłem, ciężar tęsknoty i samotności był już znacznie łatwiejszy do zniesienia. Udało mi się chyba nawet po długim marszu znaleźć stację metra, wsiąść gdzie trzeba i ruszyć ku centrum. Byłem ciekaw wyspy, na której dawno temu, jako Lutecja, stolica Galii, powstał Paryż.

Zwiedziłem w ten sposób Notre Damme (a właściwie muzeum z rzymskimi ruinami, znajdujące się pod katedrą – do katedry była zbyt duża kolejka), wiele ulic i uliczek zabytkowego centrum, a nawet wybudowane w stylu starojapońskim kino specjalizujące się w filmach azjatyckich, gdzie na ławce w cieniu bambusa pod spiczastym, wygiętym dachem zjadłem bułkę z serem. Skierowałem To i tak nie to samosię stamtąd w stronę Wieży Eiffela, by przekonać się z bliska o tym jakie robi wrażenie. Rzeczywiście – mimo tego, że widziałem tę konstrukcję na tylu zdjęciach i w tylu filmach, nie spodziewałem się, że jest tak ogromna. Jej monumentalność wbiła mnie w ziemię. Nie wiedziałem do tej pory, że znalezienie się w pobliżu czegoś ogromnego może wywołać jakieś głębokie i obezwładniające uczucie. Próbowałem oddać to w fotografii, ale okazało się to niemożliwe. W reprodukcjach Wieża Eiffela to po prostu ciekawa budowla. Oglądanie jej na zdjęciach nie ma zupełnie nic wspólnego z wrażeniem, jakie wywołuje na żywo.

No dobra, kończę. Może wrócę do tych wspomnień kiedy indziej. Teraz wybieram się w inną podróż. Do Warszawy. Pospiesznym. Przejdę się do jednego z miejsc, które chcę odwiedzić piechotą. Przez Pola Mokotowskie. To może nie to co Lasek Buloński, ale…

A propos powyższego…