Dobra. Wróciłem z tej Warszawy, choć ze spaceru przez Pola Mokotowskie nic nie wyszło. Ładną pogodę zostawiłem w Łodzi. W stolicy myślałem, że zamarznę.

Pola MarsoweWracając do Paryża zaś… We wspomnieniach najbardziej żywy we mnie jest opisany już poprzednio spacer przez Lasek Buloński i smętne szwendanie się po centrum miasta. Ale wspomnienia wypada dokończyć, tym bardziej, że nie tylko najbardziej żywe wspomnienia są żywe. Szczególnie jeśli chodzi o Montmartre.

Pod Wieżą Eiffela złapały mnie dwie rzeczy: pierwszą była lodowata zawieja, uniemożliwiająca dalsze fotografowanie i czerpanie jakiejkolwiek przyjemności z wędrowania, drugą – czeczeńscy żebracy, którzy tak mnie ze wszystkich stron z zaskoczenia osaczyli, że pozbyłem się ostatnich czterech euro jakie miałem przy sobie. Wróciłem zatem na La Defence, by dłużej powłóczyć się po tej księgarni, gdzie w przeddzień kupiłem płyty Nicka Drake’a.

nocne La DefencePóźnym wieczorem udaliśmy się w trójkę – z Karolinką i z moją siostrzyczką na sziszę. Tyle tylko, że z powodu wprowadzonego dwa miesiące wcześniej zakazu palenia tytoniu w miejscach publicznych nie znaleźliśmy ani jednego lokalu oferującego podobną rozrywkę. Skończyło się na piwie w sympatycznej knajpce z grającym na fortepianie i śpiewającym panem i polską kelnerką, z którą porozmawialiśmy dłużej. Nocny Paryż nie zrobił na mnie większego wrażenia. Ani też małe piwo w wysokiej cenie. Bardziej cieszyłem się z towarzystwa. Do hotelu wróciliśmy bardzo późno. Po drodze dałem się po raz kolejny przytłoczyć monumentalnemu La Defence, które rozświetlały teraz miliony świateł w oknach.

Ostatniego dnia mojego pobytu w Paryżu wybrałem się na Montmartre. Po drodze zrobiłem sobie zdjęcie pod wiatrakiem stojącym na dachu Moulin Rouge, podobne do zdjęć jakie zrobił sobie mój tata w tym samym miejscu w latach 70. i chyba 90. Rozreklamowana paryska dzielnica artystów wcale nie jest przereklamowana. p1010562Spodziewałem się czegoś w rodzaju Krakowskiego Kazimierza – zaniedbanych ulic, zadbanych budek z zapiekankami i hord turystów. Tymczasem zastałem tam tylko czyściutkie, wąskie, brukowane ulice, białe kamieniczki, uliczny grajek, platany,  nienachalne i niedrogie sklepiki z pamiątkami i ciekawostkami, galerie i pracujących w plenerze rysowników i malarzy. Wokół panowała pogodna, pełna spokoju cisza. Momentami czułem się jak w jakiejś bajce albo pięknie narysowanej komputerowej przygodówce. Znów poczułem się jak intruz z zupełnie innego świata, a otoczenie wydało mi się nienamacalne, niedostępne, złudne.

p1010558Montmartre, jak sama nazwa wskazuje, położony jest na wzgórzu. Z kilku tarasków i tarasów widokowych, szczególnie z największego z nich – na dziedzińcu bazyliki Sacre Coeur – można podziwiać naprawdę rozległą panoramę Paryża. Postałem tam przez chwilę, po czym skierowałem się w dół, żeby coś przekąsić. W planach miałem jeszcze Miasto Muzyki.

Miasto Muzyki to duży kompleks muzealno-biblioteczny. Umówiłem się tam z siostrzyczką, by obejrzeć wystawę starych instrumentów. Wcześniej zagłębiłem się w przepastne zbiory audio- i wideoteki, którą udostępniano z poziomu komputerów podłączonych do słuchawek. Znalazłem między innymi film o Woodym Guthrie, kilka koncertów kapel, o których nigdy nie pomyślałbym, że ktokolwiek je nakręcił kamerą w akcji i mnóstwo ciekawych artykułów i nagrań. Gdyby taka instytucja jak Cite de la Musique istniała w Polsce, przesiedziałbym tam chyba cały tydzień, od otwarcia do zamknięcia, by potem nieraz jeszcze tam zaglądać.

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

Miato MuzykiTej nocy nadszedł czas pożegnania z miastem, ukochanym dziewczęciem, siostrzyczką i nowo poznanym, wbrew wszelkim obawom polubianym kolegą E. Karolinka miała wrócić do Polski dopiero za tydzień. Z Three Hours Nicka Drake’a na uszach (odtwarzacz powyżej), gapiąc się w ciemny i zimny krajobraz podparyskich pustkowi, terenów przemysłowych i miejscowości, jechałem ostatnim pociągiem na lotnisko, by tam znaleźć sobie wygodny kącik i z głową pełną wspomnień i tęsknoty przedrzemać czas dzielący mnie od porannego samolotu.

Być może czas zniekształcił nieco te wspomnienia, ale nie zniekształcił tego, co opowiedziała mi po powrocie Karolinka. Spotkali się w trójkę – ona, moja siostrzyczka i kolega E. Kolega E., hmm… nie ujął siostrzyczki. Przekonaliśmy się, że mimo mojego w tej kwestii sukcesu, rzeczywiście można go nie polubić. E. zapytał:
– Co studiujesz?
– Antropologię kultury – odpowiedziała siostrzyczka.
A kolega E. na to:
– Przecież antropologia kultury nie istnieje!

untitled_panorama800

A propos powyższego…