szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

o odkryciu drugiej twarzy Miasteczka

Moje Miasteczko. Shambala dzieciństwa. Migotliwy, niesamowity świat zabaw, dziecięcej fantazji, nieposkromionej radości i szczęścia. Zdaje się wciąż pogodnie uśmiechać, jakby nadal zapraszało do tajemniczych gajów, czarodziejskich jarów, które wciąż jeszcze potrafię dostrzec w blokowych ogródkach, pod balkonami, wzdłuż chodników. Nad budowaniem tego świata czuwali nasi rodzice i dziadkowie. Ale oni noszą w sobie zamkniętą na cztery spusty tajemnicę tego, co działo się w tym samym Miasteczku przed naszymi narodzinami. Bo Miasteczko nie do każdego się tak uśmiecha.

Są kamienice, podwórka, klatki schodowe, które ze spuszczonym wzrokiem milczą, zaciskając zęby. Nikt nie chce już ich odwiedzać. Nasi rodzice mijają je nie patrząc nawet w ich stronę, starając się myśleć o czymś innym. Miasteczko jest nie tylko starym, zarośniętym placem zabaw. Jest też pustym, wymarłym cmentarzem. Głęboką, wyschniętą studnią na pustkowiu, z której dobywa się krzyk. Pękniętym sercem. Obojętnym, głuchym bogiem.

Z takich miejsc wyszli nasi rodzice. I z bólem uwięzionym w sercach starannie położyli ciężkie pieczęcie na gorejących ranach, żebyśmy mogli przemalować Miasteczko na niewinne barwy całkiem innego dzieciństwa. Żebyśmy nawet nie wiedzieli, że kiedykolwiek było inaczej. Potem oni odeszli, odjechali gdzie indziej, razem z nami. Ale my – my tęskniliśmy.

A propos powyższego…

2 Comments

  1. Bardzo enigmatyczny jesteś w tym poście. Nie podobne to do Ciebie. Mógłbyś rozwinąć temat co w Miasteczku się wydarzyło, że nikt nie chce o tym mówić?

  2. Nie wiem. Ale działo się. I nikt nie chce o tym mówić. Również i ja.