Wróciłem przedwczoraj z Małopolski. Bardzo dużo grania, sporo spotkań, godziny spędzone w pociągach i autobusach… ot, poezja. Dziś od rana masa roboty domowo-papierkowej, bo jutro kolejny wyjazd, tym razem Wrocław. Żyć, nie umierać!

W międzyczasie znalazłem swoje zapiski z 2005 r., z czasu poprzedzającego bezpośrednio założenie pierwszego Bloga Nocnego Grajka. A w nich – kompletne zagubienie, gorączkowe poszukiwania własnej drogi, rzucanie się na oślep w ogień, bo może tam, niby żartobliwe teksty o odebraniu sobie życia. Skończyło się bezsensowną ucieczką do obcego miasteczka, a potem dwa filmy o Dylanie i o Wojtyle – o ludziach, którzy bez żadnych kompromisów brnęli tam, gdzie świeciła ich gwiazda, nie oglądając się na małe i wielkie przyjemności. I wreszcie spotkanie z mistrzem Kaisenem, dzięki któremu ta gwiazda ponad rok później zalśniła w moich oczach zdecydowanym blaskiem. I już wiedziałem.

Dziś świat jest dla mnie polem aktywności, a nie przeszkodą. Nie potrafię jeszcze jednak zdystansować się do tamtych czasów. Tym bardziej, że niektórzy ludzie chcieli na siłę mi pomóc, wzmagając tylko cały obłęd, i wciąż tli się we mnie do nich żal. Nie przepiszę nawet części tych pisanin. Nie chcę mieć z nimi na razie ponownego kontaktu. Może za jakiś czas…

Ha ha, to chyba jedyny na tym blogu post opublikowany o tak dziwnej dla mnie godzinie, jaką jest 8:30. O tej porze przeważnie już śpię!

A propos powyższego…