szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

o tym, że Droga buddyjska jest Drogą buddyjską, a moja Droga – moją Drogą

Nie wiem gdzie teraz bym był (i czy w ogóle bym był), gdyby nie jedna wspólna kolacja z Kaisenem – mistrzem soto-zen, opiekującym się ośrodkiem, w którym medytowałem w Krakowie. Nie wiem gdzie byłbym, gdyby nie medytacja, gdyby nie zen, gdyby nie buddyzm. Właśnie zdałem sobie jednak sprawę, że bałbym się kolejnego takiego spotkania z Mistrzem. Że przerosłoby mnie. Że mogłoby oderwać mnie od tego, co dla mnie tak drogie. Że całe buddyjskie uwolnienie się mogłoby uwolnić mnie też od Karolinki, od domu, od mojego kącika z komputerem, gitarą i sprzętem do nagrywania. A ja nie chcę się od tego uwolnić. Jestem od tego uzależniony. Ale nie jest mi już z tym źle. Nie chcę już oświecenia i nirwany.

Idę własną drogą. Drogą, która istniała na długo przed moim urodzeniem, której nie wymyśliłem, której nie wybrałem. Odkryłem ją. Wiem co mi wolno, a czego nie. Wiem, że nie udźwignę sam całego mojego życia. Wiem, że nie mam potrzeby go dźwigać. Wiem, że ono jest jak rzeka i widzę, że kiedy nią płynę, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Wiem, że kiedy próbuję zmieniać jej bieg, zaczyna się cierpienie, a wraz z nim gniew, rozpacz i niespełnienie.
I smile when Im angry.
I cheat and I lie.
I do what I have to do
To get by.
But I know what is wrong,
And I know what is right.

Religia jest tak skomplikowana, a moje życie – takie proste. Jestem szczęśliwy.

A propos powyższego…

6 Comments

  1. Jakoś nie myślę, że zarzucanie ścieżki duchowej jest wyjściem z sytuacji. To takie krótkotrwałe chowanie głowy w piasek. Może lepiej po prostu wziąć jej tyle, ile jesteś w stanie udźwignąć. A może lepiej wskoczyć na ścieżkę zgodną z Twoją drogą. Jakkolwiek zaniechanie i tak prowadzi do jednego miejsca o którym napisałeś.

  2. Ależ ja nie zamierzam zarzucać ścieżki duchowej. Chyba, że ścieżka duchowa to coś, po czym trzeba iść, iść i iść, starając się wciąż bardziej i bardziej, przyjmując coraz to nowe obowiązki i wyrzekając się coraz to nowych rzeczy.

    Dla mnie duchowość to nie tyle ścieżka, ile sposób życia. Będzie jej we mnie tyle, ile już jest. Nie potrzeba mi więcej. To, co naturalnie z tej mojej duchowości zakwita i zakwitnie – to będzie dobre.

    „Wziąć jej tyle, ile jesteś w stanie udźwignąć” – no właśnie. Albo inaczej – otworzyć się na nią na tyle, na ile mam miejsca. Bo duchowości nie da się „brać”. Ona jest i sama nas wypełnia, jeśli jej na to pozwalamy.

  3. Bardzo podoba ten wpis, jak się go czyta z tym krótkim kalendarium wydarzeń o Tobie. Tak mi się pomyślało, że droga po prostu jest, tylko się czasem gdzieś skręca, idzie w inną drogą, potem jeszcze w inną i potem znów wraca na tą właściwą. Tylko, że gdyby się wcześniej nie skręcało, nie byłoby się pewnym, że ta jest właściwa. ;)

  4. Czy mógłbyś mi wytłumaczyć, czy właściwie rozumiem tezę którą stawiasz?
    Czy to, co napisałeś oznacza, że podążanie ścieżką buddyjską, to zaniedbanie bliskiej osoby i stopniowe porzucanie tego, co dla Ciebie cenne?

  5. Jak dobrze wiesz, nie. Stąd tryb przypuszczający użyty w notce. Droga buddyjska to droga uwolnienia się od lgnięcia. A ja chcę lgnąć.

  6. to teraz ja zapuszczam sie w twoje zapiski. fajnie tu :)