Pierwszy raz zauważyłem coś pozytywnego w konstrukcji naszego mieszkanka sprawiającej, że pomiędzy moim komputerem w jednym jego końcu, a łóżkiem w drugim są tylko jedne drzwi. Przygotowując plan koncertu pieśni rosyjskich, który mam zagrać pod koniec listopada, trafiłem na starą, zapomnianą już przeze mnie pieśń Czarny kot Bułata Okudżawy. Nie mogłem się powstrzymać przed wzięciem jej w ramiona, choćby i pospiesznie, cichaczem. Chwyciłem gitarę i – żeby nie obudzić Karolinki – wyszeptałem słowa pierwszej zwrotki:

Na podwórku, tuż za bramą –
czarnej sieni czarny wlot.
W sieni dzień i noc tak samo
rezyduje Czarny Kot.

Palce od razu ułożyły się w akord sekundowy, a szept, pod wpływem brzmienia akordu i mocy słów pieśni, przeszedł w zjadliwy syk. Wszak pieśń jest portretem wodza Józefa Stalina – znienawidzonego przez tych podwładnych, którzy byli w stanie zdobyć się na myślenie niezależne od propagandowej machiny i uwielbianego – szczerze i nieszczerze – przez ogłupione społeczeństwo.

Ani żąda, ani prosi,
Kryje w ślepiach żółty blask.
Każdy sam mu coś wynosi,
jeszcze mu się kłania w pas.

Aranżacja wyszeptana, wysyczana i wycedzona spomiędzy zębów, przy cichej, spokojnej gitarze – to jest to. Pewnie nie wpadłbym na nią, gdyby nie moje śpiące kochanie.

A propos powyższego…