szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

o tym kiedy nie mogę zrozumieć drugiego człowieka

Przebywając z ludźmi, rozmawiając z nimi i dyskutując, czytając blogi, listy, pisaniny, rozumiem ich lepiej lub gorzej – to jasne. Ale czasem jest tak, że w ogóle nie dochodzi do procesu rozumienia lub rozpoczyna się on bardzo ciężko. Dzieje się tak w trzech przypadkach:

  • Kiedy ktoś ukrywa się za skorupą jakichś przyjętych przez siebie odgórnych zasad, które mają charakter skończony (gorliwy, dosłowny wyznawca jakiejś religii czy filozofii);
  • Kiedy dominuje w jego postawie jakiś prosty, bardzo łatwy do wychwycenia mechanizm (np. skrajny intelektualizm, silny odruch obrony własnego ego, skłonność do sprowadzania rozmowy na jeden temat itp.);
  • Kiedy mam do czynienia z osobowością bardzo silną, agresywną, dominującą, śmiałą w swoich osądach i dosadną w wyrażaniu ich.

W pierwszym przypadku wyznawane odgórne zasady są jak tarcza, którą człowiek taki niesie przed sobą. Nieistotne, czy widać go zza tej tarczy, czy nie. Pod oczy pcha się owa tarcza właśnie. Intelekt zaś mój upaja się tym, że jest w stanie łatwo przewidzieć co taka osoba powie lub jak zareaguje na dany bodziec. Antysemita każdy głębszy problem polityczny lub społeczny sprowadzi do destruktywnej działalności Żydów. Gorliwy wyznawca jakiejś teorii czy idei zawsze podniesie głos w jej obronie, gdy padnie choć jedno słowo z nią związane. Bardzo łatwo w komunikacji z takim człowiekiem na tym poprzestać.

W drugim przypadku jest dość podobnie, choć mamy tu do czynienia nie tyle z tarczą, ile z mieczem. Od skrajnie intelektualnych lub skrajnie intuicyjnych reakcji, ambicjonalnej obrony własnego zdania nawet gdy nikt go nie atakuje, by przyjrzeć się komuś dokładniej,trudno jest uciec, gdyż osobnik taki wymachuje nimi na wszystkie strony. A może to mnie się tak wydaje? Intelekt chwyta ów mechanizm, który wyznacza zasadę postępowania takiego człowieka i trudno mu go wypuścić. Nie da się takiego mechanizmu zignorować, nie dostawszy przy tym po grzbiecie. A to już jest poświęcenie, które może sprawić sporą trudność. Tym bardziej, że ktoś taki może wcale nie chcieć być zrozumianym. Wygodniej mu zawsze mieć rację, stosując intelektualny trik i żonglując np. logiką, która przecież – zręcznie użyta – może potwierdzić nawet największy absurd.

Dwa pierwsze przypadki są ze sobą związane. W obu mamy do czynienia z bardzo jaskrawym elementem, dominującym w relacjach z drugim człowiekiem.Trzecia sytuacja jest zgoła inna, choć można ją rozpatrywać również jako mechanizm. Z tym, że impet, z jakim ktoś przebija się przez życie i własny umysł, zdaje mi się przeważnie być raczej cechą charakteru lub przejawem desperacji niż przemyśleń i świadomego poszukiwania. W kontakcie z człowiekiem, który nie zasłania się żadną tarczą lub mieczem, ale do którego nie prowadzą też żadne drzwi, pędzi zresztą zbyt szybko, żeby dało się takie drzwi w ogóle otworzyć, czuję się słaby, powolny i mały. I choć nieraz widzę, że ktoś taki pędzi na zatracenie, jestem bezradny.

A propos powyższego…

2 Comments

  1. Myslę,ze osoba z przykładu trzeciego jest najtrudniejszym rozmówcą, zwykle unikam takich osób, raczej słucham ich niz staram sie rozmawiac…

  2. No, niestety. Choć często tacy ludzie są najciekawsi i można się od nich wiele nauczyć (np. wyjścia z tego wszechogarniającego polskiego zakompleksienia).

    Sam jestem takim człowiekiem. Staram się tylko – raz bardziej, raz mniej skutecznie – unikać osądzania innych. Myślę, że dobrze jest umieć jasno i odważnie mówić to, co się myśli, nie bać się własnych uczuć i emocji. Ale pod warunkiem, że nie wkraczamy z buciorami w świat cudzych wartości.