Mała podmiejska stacyjka pachnie trawą, zbożem i pieczonym gdzieś, w którymś z pobliskich domów ciastem. Na peronie kilka osób. Po prawej tory zakręcają, wiodą w głąb Miasteczka. Z lewej – nikną w przestrzeni, gdzie niegdyś przewędrowałem tyle kilometrów. Lekki, cichy oddech miasta przerywa na chwilę dźwięk megafonu. Pociąg wjeżdża na stację. Ostatni pocałunek, uścisk dłoni i ukochana istotka o roześmianych oczach znika w wagonie. Machanie dłonią. Ludzie, szukający wolnych siedzeń. Żeliwne tłoki przy kołach, brudne nadwozie wagonu. Ciemna, twarda przestrzeń pomiędzy peronem a szynami. Lekki podmuch wiatru, zgrzyt maszynerii, pociąg rusza. Ludzie, brudne okno, ostatnie spojrzenie znad czyjegoś ramienia i jej postać w mgnieniu oka znika z pola widzenia. Pozostaje cicha stacyjka. Wspomnienie ostatnich słów. Żal za lekkie zniecierpliwienie w głosie. Każde pożegnanie to jakby taka mała śmierć.

A propos powyższego…