Dziś jest dzień leżenia do góry brzuchem. Dzisiaj jest dzień bez Windowsa, nagrywania i miksowania. Dzisiaj wezmę się tylko za jedną rzecz, nie wiem jeszcze jaką. Bo dziś jest dzień małego zwycięstwa. Coś, co nie udawało się od dłuższego czasu, dziś się uda.

A potem pójdę nad rzekę, napawać się atmosferą tego zakątka przed wyprowadzką na równiny i odnaleźć w głowie zagubiony pomiędzy całą masą różnorodnych rzeczy niepozorny sznureczek z pętelką na końcu. Kiedy go pociągnę, wszystko rozsunie się na boki, a przez umysł znów będzie mógł wiać wicher. Wicher, który już za tydzień poniesie mnie przez całą Krainę. To będzie powrót do źródeł. Do domu, mieniącego się kroplami rosy na liściach, kroplami potu na twarzy i lśniącego iskrami słońca odbitymi od asfaltu.

Bo ja mam teraz dwa wspaniałe domy, które powoli stają się jednym, choć na zawsze pozostaną różne. Powrót z jednego do drugiego to wielkie święto.

A propos powyższego…