I tylko ten lęk. Niepokój pomieszany ze strachem – o co? Wymykający się uściśleniom, odsuwający się coraz dalej, kiedy tylko próbuję go chwycić i rzucić w twarz pytanie: „Kim jesteś?”, ale wciąż pozostający w zasięgu odczuwania. Dopóki nie wybudzę się i dopóki coś się nie wydarzy. Nie wiem czym się karmi, ale powoli i nieustępliwie rośnie. Wieczorem nie ma po nim śladu, ale gdy tylko się budzę, stoi koło mojego łóżka, większy i silniejszy niż poprzednio. Tylko wciąż tak samo niewyraźny.
Skąd on się bierze? Ze zmian, które zbliżają się, równie niewyraźne i niepewne, choć potężne? Z niepewności mojego zawodu? Z niepewności tego, czy za miesiąc, dwa znów będzie na chleb i wino? Z Poezji? Czy to te słynne „wściekłe kły”? Czy łatwiej będzie mi go rozpoznać, gdy urośnie jeszcze bardziej?
A we Wrocławiu jak było? Ano, co będę opowiadał. Zobaczcie sami: