Po raz pierwszy w życiu czuję tak intensywną, niewysłowioną, nieukierunkowaną i niepodlegającą żadnym wahaniom i blokadom wdzięczność. Wdzięczność za świat, taki, jaki mi się jawi, za zasady, jakim podlega, a właściwie za tę jedną zasadę, jaka rządzi jego rozwojem, za – mówiąc językiem graczy – engine, na którym „chodzi”, za to, że w ludzkiej mocy jest tę zasadę pojąć przynajmniej na tyle, by znaleźć sobie miejsce, by rozumieć przyczyny i skutki różnych zjawisk i działań. Dzięki temu wiem, że zawsze istnieje wyjście z sytuacji, że śmierć jest tylko częścią życia, że nie musi być śmiercią w pełnym i straszliwym tego słowa znaczeniu.

Czuję wdzięczność za nieskończone środki i sposoby, jakimi dysponuję, za wolność i nieograniczoność tego, co wokół, za to, że „dość jest wszystkiego, dojść można wszędzie”, za to, że nie ma innych barier niż te stawiane przeze mnie, za te kilka dni, które mogę spędzić w rodzinnym Miasteczku, w murach, gdzie kiedyś był mój pierwszy, beztroski i szczęśliwy dom.

A propos powyższego…