Nadchodzi ciężki czas. Jutro cała doba w pracy, a pojutrze koncert w Łodzi, z którego muszę wrócić w nocy, by o ósmej dnia następnego stawić się na egzaminie próbnym z angielskiego. Zaraz po egzaminie mam odczyt na temat buddyzmu w Chinach. Dzień później znów praca. A kiedy sen?

Sen miałem dziś. Choć dotyczył między innymi ważnych i pięknych spraw, był smutny, jakiś taki przygniatający. Trochę jak obowiązki promocyjno-marketingowe, jakie sobie narzuciłem w związku z muzyką. Miasto było mroczne, ciemne, jakby wyrastało z prastarych trzęsawisk. Mieszkałem z Karolinką w małej garsonierze na osiedlu z wielkiej płyty. Nie było widać jej twarzy, ukrywała się w czymś co wyglądało na kokon z jakiejś ciemnej, nieuchwytnej materii. Jadłem jakieś mięso i smakowało mi. We śnie ledwo kołatał mi się w głowie fakt, że kiedyś, gdzieś, ktoś posługujący się moim nazwiskiem nie jadł mięsa, ale – choć było mi to w zasadzie obojętne – jadłem. I choć brało mnie obrzydzenie, kupiłem w sklepie kostkę jakiejś polędwicy czy czegoś podobnego, z przygnębieniem stwierdzając, że muszę ją zjeść. Bo tak musi być.

We śnie występowali też mądrzy barmani. Tacy mądrzy, że robiono z nimi wywiady w prasie internetowej. Jednego z nich chyba znałem. Był bardzo uduchowionym katolikiem, choć starał się ubierać swoje myśli i poglądy w słowa uniwersalne. Rozmawiałem z nim, kiedy wracał z pracy do domu. Odprowadziłem go na podmiejski pociąg. Wsiadłem do niego wraz z nim, a on powiedział pewne bardzo doniosłe zdanie. To było coś o przezwyciężaniu trudności. Miało w sobie zarówno wielką siłę, jak i wielką chrześcijańską pokorę. Zamyśliłem się nad tym, zdanie to rozbrzmiewało w moim śnie raz po raz, uderzając jak ciężki taran i krusząc powoli we mnie jakieś blokady i nagle pociąg ruszył. Maszynista nie zwracał żadnej uwagi na moje stukanie w szybę.

Wyjechałem z Krakowa. Wkrótce pierwszy świt zaczął odmalowywać za oknem pociągu jakieś zabudowania przemysłowe, słupy wysokiego napięcia, trafostacje i baraki. Pociąg zatrzymał się. Na pustym peronie nie było nikogo, tylko zaraz obok ten zakład, niezwykle czysty, ogrodzony błękitną siatką, a budynki były wyłożone czystą, niebieskawą perforowaną blachą. Pomiędzy nimi ciągnęły się żwirowane, białe alejki z klombami pośrodku. Snułem się smętnie po tym zakładzie, dopóki nie zaczęli przybywać ludzie. Nie zwracali na mnie najmniejszej uwagi, każdy szedł prosto na swoje miejsce, a ja dopiero wtedy ruszyłem z powrotem na stację, żeby sprawdzić pociąg powrotny. Okazało się, że nadjedzie dopiero po fajrancie, około piętnastej. Rozmyślania co dalej robić, czy wracać na piechotę, czy pójść do kina, które działało na terenie zakładu, czy czekać, zaczęły mieszać się w chaotyczny bełkot, a gdy już niczego nie mogłem rozróżnić z tej sennej rzeczywistości, obudziłem się.

Usiłowałem przypomnieć sobie to zdanie, wypowiedziane przez barmana w pociągu. Już udało mi się odtworzyć końcówkę, która brzmiała: „…tam, gdzie się narodziłeś”, ale mimo tego, że leżałem jeszcze piętnaście minut z zamkniętymi oczami, mocno koncentrując się nad snem, zdanie zapadło w podświadomość tak, że straciłem je z oczu. Wydało mi się, że w podświadomości mam wieloryba, który próbuje czasem coś stamtąd wywindować na grzbiecie, ale z powodu jego obłego kształtu wszystko ześlizguje się z niego. To mnie do reszty rozproszyło, choć cały sen był zbyt posępny i ciężki, by wydało mi się to śmieszne. Wstałem i zapaliłem światło, bo zimowe chmury za oknem, pustka i cisza w mieszkaniu oraz późna godzina wcale nie pomagały mi w pozbyciu się tego nastroju.

A propos powyższego…