Przez lata nowe koryta dla poetyckich strumieni żłobiła w mojej głowie popoetyka, czyli takie wiersze jak ten, który napisałem ostatnio w pracy:

Naści szpadel

Naści szpadel panie władco!
Jejmość przecie ma pojemność,
A szkarłatka niezłowroga
Dzieje pisze – taki z niej gość.

Naści szpadel panie władco!
W krocza wrót dostojnych wpląsaj.
Na gdzieniegdziu gdzieniegdź złoty
Kręci wąsa, kręci wąsa.

Szpadel naści mimo maści!
Gdy namaści już cię, zgaśnij.
Było w chlebie nie rujnować
Tamtych koryt. Tu jest paśnik.

Od dawna nie były to już zwykłe wygłupy. Bo jak wygłupami można nazwać słowa kołaczące się po głowie tak, że nie można zasnąć, które trzeba zapisać, których zapisanie jest jedynym uspokojeniem? Dlatego, że nic nie znaczą, że z definicji nie mogą składać się w żadną logiczną całość?

Sens ma jednak znaczenie. Dlatego raczej nie dzielę się swoimi popoetycznymi wypisami. Ale po napisaniu Naści szpadla w głowie mi nagle zabulgotało i oto wytrysnęło spomiędzy zarośli stare, dawno już zablokowane czymś źródełko, które przez długi czas nie miało czym płynąć. Kiedyś dawało początek sporej rzeczce, której szum słychać w moich wierszach sprzed 2005 roku. A teraz nagle odnalazło nurt wyżłobiony przez popoetykę i śladem Naści szpadla popłynęły kolejne, już inne wiersze. Inne niż te, które pisałem wcześniej.

A propos powyższego…