Mały, biały pokoik gościnny w akademiku. Nowe i czyste, choć skromne meble, w kącie kilka kafelków, zlew i lustro. Na ścianie obrazek, w oknie żaluzja, a pod nią szeroki, pokryty drewnem parapet. Żyrandol i dwie lampki. Zaświeciłem je po kolei, chcąc pobyć tu przez chwilę w świetle każdej z nich osobno. Choć byłem zmęczony po koncercie i gitarowej imprezie, a godzina  była bardzo późna, usiadłem jeszcze w fotelu. Przecież mimo, że jestem tu tylko do jutra, do tego czasu mieszkam tu na stałe.

Miejsce niczyje. Wnętrze przechodnie. Tani… dom… do wynajęcia. Ale jednak dom. Dlatego chcę w nim pomieszkać ile się da. W ciągu kilku chwil, które mi pozostały, chcę przeżyć noce przy tym biurku, wyglądanie przez okno, kolację we dwoje przy niskim, kwadratowym stoliku. Leżenie w łóżku pod kocem i ponure gapienie się w sufit. Spokojne palenie fajki w fotelu. Żeby zanurkować jak najgłębiej, na ile tylko starczy powietrza przed ponownym wypłynięciem na Drogę. Oddać się na chwilę bez reszty tym czterem ścianom, których nikt nigdy nie pokocha.

A propos powyższego…