Wyszło Słońce, ale po kilku minutach znów zakryły je ciężkie od śniegu chmury. Senność pojawiała się i znikała. Nie chciałem się jej poddawać nie tylko dlatego, że wtorek jest najruchliwszym dniem na zakładzie. Miałem Koniec Świata i Hard-Boiled Wonderland Murakamiego. Od szóstej rano przeczytałem ok. 200 stron i nie mogłem przestać. Napisałem nawet smsa do pewnego znajomego basisty i poleciłem mu tę książkę. Noszę w sobie ślady napotkanych w życiu osób i zawsze kiedy trafię na coś, co w jakiś nieuchwytny sposób do tych śladów idealnie pasuje, informuję o tym.

Kiedy skończyłem książkę, pomyślałem o medytacji. Co takiego sprawiało, że jeszcze dwa lata temu regularnie oddawałem się jej przynajmniej raz na jakiś czas, a teraz, po pewnym okresie zaniechanych zamiarów, podchodzę do niej jak do zabawki, która, choć atrakcyjna, już mi się znudziła? Gdybym nawet wzbudził w sobie nowy ku niej entuzjazm, byłby on przedmiotowy. Czogiam Trungpa powiedziałby, że uległem duchowemu materializmowi. I miałby rację.

A propos powyższego…