Bardzo to był dobry układ, niezwykle udany: ślub, obiad z najbliższą rodziną i przyjaciółmi, a potem – z tymi właśnie przyjaciółmi – impreza u jednego z nich, radość, rzewność, poznawanie się i wciąż na nowo rozpoznawanie, poezja, szaleństwo, pukanie do kolejnych drzwi w sobie nawzajem i w sobie samym ich otwieranie. I było tak cudownie, że zupełnie nie spodziewałem się, że jeszcze jakaś chwila może być tak piękna, jak obecna, gdy siedzę na posterunku, patrzę przez okno jak pada letni deszcz, palę fajkę i piszę te słowa. I szkoda tylko, że wczoraj dałem się otumanić jakimś mało istotnym sprawom, że zmarnowałem wieczór na głupie porządki, że nie dopełniłem jeszcze jednego dnia, jaki dany mi było spędzić z Karolinką, z którą już wobec wszystkich i wobec siebie jeszcze bardziej, jeszcze inaczej, jeszcze w inny, nowy sposób jesteśmy razem. Do tego stopnia razem, na ile pozwala nasze kruche istnienie w tym kruchym i zmieniającym się wciąż nie do poznania świecie.

A propos powyższego…