Smutek skwarnego sobotniego popołudnia. Od dziesięciu godzin na posterunku. Przy Wadowickiej cisza. Przez prześwit pomiędzy biurowcami przepływa, mieniąc się w Słońcu, pusty tramwaj. Zaczynają się pomału wakacje w pustym mieście. Dużo czasu na czytanie, jeszcze więcej na rozmowy z ciekawymi ludźmi, których w tej firmie ochroniarskiej akurat nie brakuje. Czekają mnie wschody i zachody Słońca w industrialnym krajobrazie fabryki. Merkury i Wenus. Księżyc i letnie burze. Robotnicy, których po sobotniej nocnej zmianie lepiej nie kontrolować alkomatem, bo zdecydowana większość straciłaby pracę. A ludzi brakuje.

Mama u Babci. Zamiast mnie spędza w krainie swojego i mojego dzieciństwa upalne dni. U Babci czas nie płynie. Wydarzenia pojawiają się i znikają, ale ciągle te same promienie letniego Słońca wpadają przez balkon na wysłużony dywan, ciągle te same obłoki wolno płyną nad ulicą Piękną, ciągle ten sam księżyc przesiewa swoje ciemnozłote światło przez firanki w dawnym pokoju dzieci… Czas zatrzymał się i krąży powoli wokół Miasteczka, odmierzając po raz kolejny ten sam rok.

Kiedyś Dziadek i Babcia nie wyjdą więcej na szóstą do kościółka Kapucynów. Wtedy nagle lata przestaną płynąć, na Miasteczko spadnie szara zasłona, a we mnie otworzy się wielka rozpadlina, w której na zawsze zniknie kolorowa, cudowna kraina babcinej miłości, pięknego dzieciństwa i bajecznych powrotów. Wtedy długo, bardzo długo nic nie napiszę…

Potem Miasteczko będzie już tylko zwyczajnym punktem na mapie, jak tysiące innych miasteczek, w których nigdy nie byłem. A ja stanę się dużo, dużo mniejszy. Nie będę już tyle mówić o przeszłości, a z zabliźnionej rany we mnie wypłynie łza za każdym razem, gdy będę wymieniał nazwę mojego miejsca urodzenia.

A propos powyższego…