Kiedy Słońce dopiero zaczyna rozgrzewać poranne powietrze i blaszaną budę przy parkingu dla pracowników i klientów, widzę zza drucianej siatki grupkę młodych z wielkimi plecakami i karimatami, jak raźno zmierzają w stronę wylotówki na południowy wschód. Bardzo wtedy tęsknię.

Podobnie się czuję, kiedy Chick pisze o swojej włóczędze po Beskidzie Niskim. Dobrze, że chociaż wpadnie do nas na chwilę w drodze powrotnej. Jak Włóczykij do Doliny Muminków…

Dopiero wieczorem, kiedy siedzimy w recepcji popijając herbatę, czuję się lepiej. Szczególnie gdy toczą się długie rozmowy i dyskusje na okołoduchowe i okołoreligijne tematy. Kiedy pan Dozorca przedstawia swój światopogląd, spoglądam bezwiednie na zegarek, żeby z zadowoleniem stwierdzić, że pozostała jeszcze godzina do jego wyjścia i niejedną kwestię będzie jeszcze można poruszyć. Kolega Strażnik wychodzi z psem. Nic nie mówi, ale mam nadzieję, że nie ma już dość tych tematów.

I znów szósta rano. Czas do domu. Mam dwa dni na to, żeby się wyspać, załatwić kilka niezałatwionych spraw i pojechać gdzieś na rowerze. Chociaż na jedno popołudnie. Chociaż kilkanaście kilometrów w stronę ginących na horyzoncie gór…

A propos powyższego…