Przy Bramie Floriańskiej jak zwykle grali „Indianie”. Przeważnie omijałem ich pospiesznie, dziś jednak z ich muzyki spłynął prosto na mnie Duch Podróży. Flety, piszczałki, fujarki i bębny opowiadały o prowadzących daleko traktach, o bezkresnych łąkach i wysokich górach. To nic, że kiedy wrzuciłem grajkom przyodzianym w tradycyjne indiańskie stroje do dzbana dwa złote, usłyszałem w odpowiedzi „Gracias!” Ważny jest duch. Ci ludzie – a jeśli nawet nie ci, to inni, których Ci przypominają – jeżdżą po Europie, zarabiają na swojej muzyce i jadą dalej, wesoło gwarząc na tyłach rozklekotanych furgonetek, z których jedna stała w pobliżu.

I ja chciałem kiedyś wybrać podobny los. Kilka chwil zachwytu nad tą czy inną dziedziną życia zaważył na tym, że najprawdopodobniej zostanę tu. Nie żałuję. Wielu z nas, mając lat kilkanaście lub dwadzieścia, dwadzieścia dwa, marzyło o rzuceniu tego wszystkiego i ruszeniu w nieznane. Z moich przyjaciół pozostał tylko jeden, nad którym nadal wieje wiatr i nie wiadomo w którą stronę go zaniesie. Jednak bez względu na to, czy puls odmierzać mu będą jego własne kroki wzdłuż poboczy i górskich ścieżek, czy ścienny zegar w biurze, czy może – dajmy na to – dzwon na wieży jakiegoś kontemplacyjnego klasztoru – będę mu życzył szczęścia i będę dumny z tego, że pozostał do końca wierny sobie. Bo jestem o to spokojny.

Tak myśląc, wróciłem do swojego mieszkanka nad rzeczką. Kiedy otworzyłem drzwi, usłyszałem tylko tykanie zegara i szum lodówki. Zajrzałem do pokoju. Fotel, który zwykle zajmuje Karolinka, siedząc z podkulonymi nogami i pracując na laptopie, był pusty. Uczucie tęsknoty i braku, które towarzyszy takim chwilom w codzienności, kiedy wiem, że ona jeszcze ma zajęcia lub załatwia inne sprawy to zaledwie mała kropla w morzu różnych doznań. Ale dziś pomyślałem sobie, że – jakkolwiek niecodziennie to brzmi – jeśli sam wcześniej nie umrę, taki pusty fotel i taka cisza któregoś dnia spadnie na mnie jak grom i będzie nabrzmiewać, sprawiając niewyobrażalny ból. Wtedy będzie za późno na wszystko.

Kiedy nachodzi mnie taka myśl, wiem, że tego dnia na pewno nie sprawię jej żadnej przykrości. Będę czuły, kochający i najlepszy jak tylko się da. Wartość moich zachcianek, mojego komfortu i moich spraw spadnie do minimum wobec jednego spojrzenia ukochanej istotki. Oto cud miłości. Rozkwitający dzięki myślom o śmierci…

Tymczasem Duch Podróży objawił się mi dziś nie tylko w muzyce Indian. Przywiał go też pod zachmurzone niebo wiosenny wiatr. Jutro idę po raz pierwszy do pracy, a pojutrze z samego rana ruszamy na szosę wylotową w głąb kraju.

A propos powyższego…