Postanowiłem się nie spieszyć. Wyczerpała mi się bateria w komórce, więc to najbardziej absurdalne, choć jednocześnie mocne i ciężkie do przezwyciężenia zniewolenie miałem na jakiś czas z głowy. Zostałem tylko ja i świat, bez żadnych pośredników i zakłóceń. Nie chciało mi się iść na rynek, skąd odjeżdżały co 15 minut busy do Krakowa, a bar przy niepozornym dworcu PKP kusił zjawami przeszłości, zatrzymanym czasem, lekkim wiosennym wiatrem i cieniem, rzucanym przez rozłożysty parasol.

Ostatni raz siedziałem tak, pisząc i chłonąc atmosferę przydrożnego miasteczka, dobrych kilka lat temu. I nie chodzi tu o to, że nie zdarzyło mi się później siedzieć pod parasolem przy piwie w małej miejscowości. Chodzi o stan umysłu. Zawsze chodzi o stan umysłu. Parasol, bar, piwo, słońce, dworzec, kolejka postawiona staremu, zżulonemu włóczykijowi i rozmowa z nim to tylko emanacje owego stanu, który dziś nagle się we mnie uaktywnił i w który po prostu musiałem zanurzyć się, by dopełnić chwili. Jednej z tysięcy najpiękniejszych, błogosławionych, choć tak różnorodnych chwil w moim życiu.

A propos powyższego…