szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

o tym czy buddyzm jest religią

Na to pytanie w ten czy inny sposób odpowiedzieli już dawno badacze i sami wyznawcy. Jednak wszędzie w internecie, gdzie można przeczytać coś na temat buddyzmu, roi się od komentarzy w stylu: „Autor jest niekompetentny, bo buddyzm to nie religia” itp. Oczywiście nikt z komentujących mądrali nie poda źródła swojej opinii, ani też nie raczy przeanalizować jej głębiej. Zrobię to ja.

Przede wszystkim należy pamiętać, że słowa takie, jak „religia”, „filozofia” i „buddyzm” powstały na zachodzie po to, żeby opisać zjawisko właściwe kulturze, w której tych słów nie ma. U prof. Marty Kudelskiej (w książce hinduizm) znajdujemy opinię, że hinduskim odpowiednikiem słowa „religia” jest wyraz „sanatanadharma”, oznaczający odwieczną Dharmę. Możemy zatem wyłącznie mówić o tym, że buddyzm jest lub nie jest religią w kontekście naszej kultury. Azjata nie będzie miał z tą kwestią żadnego problemu.

Ci, którzy twierdzą, że buddyzm jest tylko i wyłącznie filozofią, wychodzą najprawdopodobniej z założenia, że odbija on poglądy pewnego żyjącego ok. V w. p.n.e. człowieka, który idei religii się przeciwstawiał. Nie potwierdzi tego jednak żaden z azjatyckich wyznawców mahajany. Dla nich Budda Śakjamuni był buddą nie pierwszym i nie ostatnim. Człowiek, o którym wspomniałem był czymś w rodzaju emanacji, awatara. Budda w tradycji mahajany ma trzy ciała: nirmanakaja (ciało emanacji – np. Budda Śakjamuni właśnie), sambhogakaja (ciało szczęścia, manifestacja w sferach wyższych) i dharmakaja (ciało absolutne, wszechogarniający i wszystko rozumiejący umysł Buddy). Można o tym przeczytać nie tylko w Sutrze Doskonałości Mądrości, w podręcznikach do buddyzmu, ale i w starej, poczciwej Wikipedii. To może brzmieć bardzo niedorzecznie dla niektórych sympatyków buddyzmu na Zachodzie, ale za chwilkę spróbuję wyjaśnić dlaczego tak się dzieje.

W istocie, Kanon Palijski uczy, że wiara w absolut jest niedorzeczna, że wszystko przemija. Na pytanie czy Tathagata istnieje po śmierci, Budda ostentacyjnie odpowiedzi nie daje. Przed własną śmiercią mówi: „Mistrza już nie ma” i zaleca, by uczniowie sami byli swoim światłem i trzymali się wskazówek, których im udzielił. Nie należy jednak zapominać o naturalnej, ludzkiej potrzebie odwołania się do istoty wyższej, wszechmocnej, która jest w stanie pomóc nam, lub nawet w ogóle umożliwić osiągnięcie ostatecznego szczęścia. „Pierwotny” buddyzm Therawady, rezerwujący nirwanę wyłącznie dla mnichów i trzymający się ściśle Kanonu Palijskiego, zostawiający człowieka samemu sobie, nie pozwalał na spełnienie tej potrzeby świeckim, dla których Wyzwolenie musi być odłożone do czasu, aż przez nagromadzenie pozytywnego karmana odrodzą się jako przyszli mnisi lub mniszki.

Tam, gdzie obecnie panuje mahajana, a więc w Tybecie, w Mongolii, a także w mniejszym stopniu w Japonii i w Chinach, wyznawano wcześniej religie szamańskie, animistyczne lub takie, które w swojej istocie były bardziej filozofią (konfucjanizm, taoizm). Buddyzm wypełnił w ludzkich umysłach istotną lukę, dając im Buddę w postaci dharmakai, kogoś, kto był jeden, kto był nieskończenie dobry i wszechmocny (często nawet w ten sam sposób, co judeochrześcijański Theos).

U nas buddyzm trafia na inny grunt. Jesteśmy wychowani w kulturze chrześcijańskiej, i wiarę (lub choćby możliwość wiary) w taką wszechmocną istotę, a nawet w stworzyciela, mamy jakby podaną na tacy. Rodzi to jednak pewien problem. Ktoś, kto nie mógł lub nie chciał wierzyć w Boga nie miał przez całe stulecia innej alternatywy jak materializm lub magia, szamanizm czy animizm. W bardziej współczesnych czasach niechrześcijanina określano mianem ateisty, które kojarzyło się automatycznie z materializmem i brakiem jakichkolwiek aspiracji duchowych. Podobnie odbierane jest przez chrześcijan słowo „agnostyk”, tłumaczone nie zawsze trafnie jako „ktoś, kto uważa, że nie wiadomo czy Bóg istnieje, czy nie, i nic go to w związku z tym nie obchodzi).

W przestrzeń pomiędzy wiarą w Boga-stwórcę a materializmem idealnie wpasował się buddyzm, buddyzm filozoficzny, kładący akcent na zaprzeczenie istnieniu Boga i na najwyższy potencjał tkwiący w człowieku. Buddhadharma oferuje duchową ścieżkę rozbudowaną, opartą na wielowiekowej tradycji i o równie doniosłym znaczeniu, co chrześcijaństwo. Ścieżkę dla tych, którzy mając duchowe podejście do rzeczywistości, nie mogą lub nie chcą wierzyć w Najwyższą Istotę. Nic im po przyjęciu, wzorem ludowego buddyzmu z Indochin lub Syczuanu, na miejsce Boga, Buddy Kosmicznego. Wolą przyjmować Nauczyciela jako człowieka, który urodził się, osiągnął oświecenie, poprowadził duchowo swych uczniów i umarł. Buddyzm na Zachodzie, trafiając na inny grunt niż „u siebie”, staje się całkiem nowym nurtem. Tak jak w Tybecie przyjął postać Wadźrajany, w Chinach uformował się w tendai i chan, u nas – odpowiadając na konkretne duchowe zapotrzebowania – rozwija się pomału w konkretne swoje odmiany.

Na Wschodzie jednak buddyzm, mimo, że opiera się na podstawach filozoficznych (w najlepszym, praktycznym znaczeniu), stał się – z powodu istnienia naturalnego instynktu i potrzeby posiadania Istoty ponad sobą (lub jak wolą chrześcijanie – z powodu naturalnego dążenia każdego człowieka do Boga) – religią w pełnym tego słowa znaczeniu. Religią, która buduje świątynie, stupy i wielkie posągi, religią, której nawet w ascetycznym soto zen towarzyszą nieodzowne rytuały, religią, która obfituje w mity i legendy, religią, która stworzyła instytucje, utrzymywane przez swych wyznawców. I wreszcie – religią, która wielu buddystom zachodnim wcale nie jest potrzebna.

A propos powyższego…