A dzisiaj to dopiero miałem dialog chrześcijańsko-buddyjski! Pani Dorota, dentystka, u której bywam co jakiś czas, żeby załatać kolejną dziurę w szkliwach, jest, jak się okazało, bardzo wierzącą chrześcijanką, czytelniczką Mertona, dawniej Stachury i w ogóle – osobą o bardzo pogłębionym spojrzeniu na wszechświat. Zamiast więc wiercić mi dziury nieprzyjemnymi wiertłami, mogła przez chwilę podyskutować z kimś, kto ma inny pogląd na świat.

Troszkę poopowiadałem pani Dorocie o buddyzmie, bo okazało się, że nie bardzo potrafi wyobrazić sobie wizję świata, która do postaci Boga nie odnosi się wcale, w której tego Boga po prostu nie ma. Dosyć szybko jednak dała sobie wyjaśnić kilka kwestii. Z kolei pani Dorota postanowiła odważnie dać świadectwo własnej wiary i roztoczyć przede mną chrześcijańską wizję świata. Znałem tę wizję (nie na darmo studiuję przecież na uczelni teologicznej) i moim głównym zadaniem podczas tej wymiany myśli było uświadomienie pani Doroty, że również i buddyzm ma swój pogląd na inne wierzenia.

Pani Dorota miała jednak nade mną w dyskusji ogromną przewagę strategiczną. Przeszło mi przez myśl, że zechce ją niecnie wykorzystać, gdy zatkała mi paszczę wacikami i włączyła wiertło.
– A ja panu powiem, panie Pawle, że Bóg się cały czas o pana troszczy – mówiła łagodnie i czule, gdy potworne urządzenie w jej dłoni bzyczało złowrogo, by po chwili nieprzyjemnie zajazgotać o moje szkliwo. – Prowadzi pana pańską drogą i bardzo, bardzo pana kocha.

Na szczęście po chwili dana mi została możność wysłowienia się i powiedziałem właśnie to coś, czego nie powiedziałbym jeszcze miesiąc temu:
– Z perspektywy wielu wierzeń buddyjskich można by to samo rzec o Buddzie. Mimo, że nie jest on Bogiem i nie „dał” ludziom chrześcijaństwa, buddyjskie tzw. Ciało Dharmy przenika cały wszechświat nieskończonym współczuciem.

Zgodziliśmy się z panią Dorotą, że wizje są różne, że każdy wierzy w swoje i że jest dobrze, kiedy tylko jest prawdziwie głęboki rozwój duchowy i to, co najważniejsze tu i teraz: miłość. Mój mózg naukowy z kolei wcisnął klawisz ENTER, podsumowując kształtowanie się swej nowej opinii – że tak jak buddyzm zmieniał się trafiając do Chin, zmieniał się przechodząc do Tybetu i do Japonii, tak też zmienia się na Zachodzie. Tutaj bardzo krytykuje się deifikację Buddy i opinię, że bez pomocy buddów i bodhisattwów nie osiągniemy oświecenia. Sam się nie raz po niej przejechałem w te i we wte. Prawda jest jednak taka, że w Azji większość ludzi wierzy w Buddę jako wszechobecną istotę, którą prosi się o pomoc w duchowym i nie tylko duchowym życiu. Sama filozofia Śakjamuniego, tzw. na Zachodzie „buddyzm pierwotny” mówi o tym, że człowiek jest pozostawiony sam sobie w drodze do oświecenia. I to najbardziej trafia w nasze potrzeby, bo wypełnia ogromną przepaść, która zieje pomiędzy bezdusznym i materialistycznym ateizmem a wiarą w Boga. Buddyzm na Zachodzie może pełnić rolę ateizmu uduchowionego. I dlatego jest taki, jaki jest. Nikt nie mówił, że ma być identyczny do tego w Indiach, w Tybecie czy w Chinach. Wyznawcy europejscy nie są przeważnie rolnikami i mieszkańcami wsi, jak to jest w Azji. Buddyzm Zachodu to głównie buddyzm wykształconych mieszkańców dużych miast, którzy mają dostęp do takich nauk, jakie na Wschodzie zarezerwowane są raczej dla mnichów. To buddyzm konwertytów i poszukiwaczy duchowych. To dopiero kształtująca się, nowa wielka gałąź Dharmy.

Ufff… A wszystko zaczęło się od życzliwej rady pani Doroty, bym w sprawie szukania pracy skonsultował się ze św. Józefem…

A propos powyższego…